06 sierpnia 2019

Przebrnąć przez noc — G. Musso, „Zjazd absolwentów”

1 komentarze
Mamy w zagranicznej literaturze popularnej kilka takich nazwisk, których powieści wydaje się u nas w zasadzie w ciemno. Nazwiska te reprezentują pewną markę, pociągają za sobą również informację o — wyższym lub niższym, ale zazwyczaj stałym — poziomie kolejnych dzieł, który dla wydawcy jest bezpieczny, a co za tym idzie, gwarantujący pewien sukces komercyjny. Mam na myśli tutaj takie nazwiska jak chociażby Stephen King czy Nicholas Sparks, którzy są niekwestionowanymi królami utrzymującymi się na samych szczytach list bestsellerów (uprzejmie proszę o wybaczenie mi tak niefortunnego zestawienia, wszyscy wiemy, że pod każdym innym względem nie można tych nazwisk ze sobą porównywać). Jednym z takich autorów jest Guillaume Musso (który to z kolei nie powinien figurować przy Sparksie; tak, teraz będę broniła Sparksa, ale jakkolwiek pokraczny i tkliwy by nie był, Musso zawsze pozostawał dla mnie jego gorszą, niedopracowaną, francuską kopią), znany czytelnikom głównie z powieści obyczajowych z wątkiem romantycznym, i hybryd tychże z thrillerami. Niepodważalnym faktem jest to, że jest on pisarzem poczytnym. Drugim niepodważalnym faktem jest z kolei to, że jest nie tylko pisarzem słabym; jest pisarzem słabym, wesoło hasającym po rozległych polach grafomanii, czego dowodem jest jego najnowsza, wydana w ubiegłym tygodniu, książka — Zjazd absolwentów.

27 lipca 2019

Anuluj mi interakcję — M. July, „Pasujesz tu najlepiej”

0 komentarze
Zastanawiam się, co jest bardziej fascynujące: same opowiadania Mirandy July wchodzące w skład tomu Pasujesz tu najlepiej, czy fakt, że stanowią one debiut prozatorski amerykańskiej autorki, wydany pierwotnie w 2007 roku. July jest artystką wielozadaniową, uprawia jednocześnie reżyserię, aktorstwo i (sceno)pisarstwo. Dlaczego fascynują mnie te opowiadania? Bo są przemyślane, wzorcowo uszyte i są głośnym krzykiem autorki. Dlaczego fascynuje mnie fakt takiego debiutu? Z dokładnie tych samych powodów — jest odważny, bardzo śmiały i bardzo, bardzo ważny. Mimo iż od jego wydania upłynęło już dwanaście lat, dopiero teraz nabiera pełnego oddechu i staje się naprawdę aktualny. Miranda uderza prosto z mostu, nie ma zahamowań, topi czytelnika w rzece absurdu; jej proza jest dzika i narowista. Po lekturze Pierwszego Bandziora (pierwszej full version powieści autorki z 2015 roku, która u nas ukazała się w roku ubiegłym) sądziłam, że to właśnie ten kawał totalnie odjechanej i szalenie inteligentnej prozy jest szczytem możliwości July. No nie, myliłam się. Opowiadania z Pasujesz tu najlepiej mają nad Bandziorem ogromną przewagę. Tematycznie i stylistycznie obie książki są bardzo podobne. Różnica tkwi w formie — Miranda jest niekoronowaną królową krótkiej formy, która wszechobecnemu absurdowi dodaje płomienia.

15 maja 2019

Emerytura felietonisty — J. Pilch, „Trzeci dziennik”

0 komentarze
W pierwszym odruchu chciałam na wstępie zacytować zdanie otwierające Trzeci dziennik, brzmiące następująco: „Nigdy nie byłem tak stary, nigdy nie byłem tak chory, nigdy nie zabierałem się do pisania z tak ściśniętym sercem i nigdy moje serce nie było tak wezbrane nadzieją.”, i zastanowić się nad wyzwaniem rzucanym przez Pilcha już na samym początku wściekle wyczekiwanych notatek mających składać się na trzeci dziennik: wyzwaniem polegającym na próbie rozpoznania, czy też stanowi on faktyczny dziennik rozpaczy, czy pełną czarnego humoru grę z czytelnikiem. Odeszłam jednak od pomysłu analiz i interpretacji tak mocnego pierwszego zdania, które z założenia takim miało być, jak na Pilcha przystało, bo przecież wiemy, że u niego wszystko od pierwszego zdania się zaczyna. Nie twierdzę jednakże, że odczytuję je jako ironiczną zagrywkę Pilcha, bo musiałabym skłamać; odchodzę jednak od czytania Pilcha poprzez jego chorobę, co też czynią jeśli nie wszyscy, to prawie. Oczywiście, choroba jest istotnym kontekstem, o którym zapomnieć nie można, bo stanowi obecnie integralną część życia pisarza — co jest szczególnie istotne w przypadku twórcy tak silnie korzystającego z autobiograficzności; sam on przecież ustanowił nią główny temat poprzedniego, Drugiego dziennika. Wydaje mi się jednak, że w całej tej autobiograficznej zapaści Pilch, a razem z nim my, być może wystawieni przezeń na próbę, zapomnieliśmy, że nie jest on tylko alkoholikiem w stanie spoczynku, a przede wszystkim, na tę chwilę, parkinsonikiem, ale przecież — doskonałym komentatorem współczesności — kultury, polityki, literatury. Felietonistą w stanie spoczynku.

older post