13 października 2018

„Czy masz depresję? TAK/NIE” — „Psy ras drobnych”, O. Hund

0 komentarze
Szpital psychiatryczny w Kobierzynie, zwany potocznie Kobierzynem, jest istotnym punktem na mapie Krakowa dla jego mieszkańców. To miejsce poniekąd kultowe, figurujące w myśli krakusów tuż obok szkieletora i Zalewu Nowohuckiego. Kobierzyn to instytucja, która kojarzy się negatywnie nie ze względu na rolę, jaką pełni; rdzenni mieszkańcy uczynili z niego krakowski straszak, i to właśnie z powodu tejże nobilitacji Kobierzyn kojarzony jest negatywnie. Mit przerósł rzeczywistość. Myśl o Kobierzynie jako szpitalu psychiatrycznym jest czymś drugorzędnym. Na pierwszy plan wysuwają się wszelkie kobierzyńskie legendy. Piszę mit, bo to miejsce zmitologizowane. Uroczyście przysięgam, że nie tylko moja ciotka wzdychając w niebogłosy zapewniała nas wszystkich, że ma dość, i że wyląduje w Kobierzynie. Kobierzynem w mojej rodzinie straszono również kolejne nadambitne dzieci, które z nerwów wywołanych otrzymaniem czwórki, nie piątki, przestawały jeść na kolejne dwa dni. „Wylądujesz w Kobierzynie, zobaczysz.” — Kobierzyn jest krakowską metaforą finalnego szaleństwa, z którego nie da się wyjść; mitem silnie zakorzenionym w krakowskiej mentalności. Jestem przekonana, że warszawskie Tworki nigdy nie doczekają się tak względnej sławy.

Piszę o Kobierzynie, bo właśnie tam akcję swojej debiutanckiej powieści osadziła Olga Hund. Autorka wepchnęła główną bohaterkę, dwudziestoośmioletnie zrezygnowane, apatyczne, chodzące zaburzenie, w świat krakowskich wariatów, i postanowiła poczekać, co się wydarzy. Z premedytacją używam słowa „wariat”, nie zaś „pacjent” — postaci krążące po orbicie dwudziestoośmiolatki przedstawione są nie jako osoby z problemami ze zdrowiem psychicznym; ale jako upodmiotowieni odklejeńcy, każdy z nich stanowi przykładowy okaz nowego, zwajchrowanego gatunku. Złap je wszystkie. Główna bohaterka, z depresją, z zanikającymi umiejętnościami życia wśród innych ludzi, z coraz to mniejszą ochotą do nabierania kolejnych oddechów, smęci się po kobierzyńskim szpitalu, czyta trochę złej literatury (jak już musiał Karpowicz, to mogła chociaż Sońkę czytać) i próbuje zlać się ze ścianami otoczenia. Dziewczyna jest dobrą obserwatorką, dużo widzi, brak jej jednak krytycznej refleksji. Nie jest to z pewnością wynik nadmiernego zainteresowania własną osobą, który mógłby powodować naturalną obojętność na otaczający ją świat; jej obojętność jest tak silnie wystudiowana, że mam wrażenie, że sama ona ma z siebie bekę. Nie śmieszy jej to, nie bawi. Ona ma bekę z siebie, ze swojej choroby, z sytuacji. Nie zależy jej, a przynajmniej udaje, że nie — na sobie samej. Nie wiem, czy ona chce siebie ratować, nie wiem nawet, czy ona sama wie. Chyba nie. Jej myśli są równie apatyczne i beznamiętne, jak ona sama. Hund serwuje nam główną bohaterkę, której nawet nie chce się zrobić show z powodu tego, że znalazła się w Kobierzynie, co mogłoby być odczytywane jako próba radzenia sobie z nową sytuacją. Dziewczyna jest średnio interesującym widmem, które oprowadza nas po kobierzyńskim szpitalu. Tak trochę bez celu.

Główna bohaterka jest słaba. W każdym znaczeniu. Jej choroba ją definiuje. Ona wyznacza jej czas. Błędem, który Hund popełnia, nie jest uczynienie z głównej bohaterki istoty niechętnej, bezsilnej. Błędem jest brak jakiejkolwiek dyskusji dotyczącej jej zachowań, stanów; Hund nie drąży, nie zastanawia się nad problemem, po prostu go przedstawia. Zapomina, że nie wystarczy napisać powieści poruszającej ważny temat. Należy go przede wszystkim solidnie umocować w fabule. Przedyskutować. Hund tego nie robi. Psy ras drobnych są zadrapaniem, szczypią i dają o sobie znać. Ale nikt się tej ranie nie przygląda, nie zastanawia, jakie może nieść za sobą konsekwencje, do jakich zakażeń może doprowadzić.

Psy ras drobnych są kolejną próbą głośnego debiutu, który ma zostać zasypany wszelkimi nagrodami za swoją interwencyjność (której tutaj brak — jest sygnał, że fajnie byłoby coś z tym zrobić, ale na tym się kończy) i za temat, który przez następne miesiące będzie szeroko dyskutowany (będzie, ale to my, czytelnicy, będziemy sobie dopowiadać, dużo dopowiadać). Hund to taka trochę Weronika Murek, która z Kostuchą jest za pan brat, a trochę Anka Cieplak, próbująca postawić diagnozę, tyle że nie współczesnej młodzieży, lecz wycinka społeczeństwa, jakim jest kobierzyńska wspólnota. Nie wiem, czy dobrze robię, stawiając Hund przy dwóch tak mocnych, dobrych debiutach. Podsumujmy: autorka pisze książkę na temat ważny, o którym powinniśmy mówić. Dobry temat to tylko fragment sukcesu, Hund słabo go realizuje, zmusza beznamiętne i znudzone widmo młodej kobiety do ciągnięcia nas przez kolejne kobierzyńskie sale. Dystans głównej bohaterki jest tak namacalny, że prawie można go dotknąć. Ale Hund robi też kilka dobrych rzeczy, dla których warto przeczytać tę drobną książeczkę. Przede wszystkim, buduje bardzo ciekawy obraz szpitala psychiatrycznego, który żyje swoim własnym życiem, jest mikroklimatem posiadającym swoją hierarchię — na samej górze drabiny są pielęgniarki, trochę niżej lekarze, potem nasza główna bohaterka, a na szczeblu na siłę wsadzonym w ziemię — reszta pacjentów. Psy raz drobnych są pomnikiem dla odczłowieczonych, złośliwych pielęgniarek, które przychodzą do szpitala „odwalić” robotę (polegającą głównie na wrzasku, traktowaniu pacjentów jak śmieci, trzymaniu lekarzy na smyczy i rozwiązywaniu krzyżówek). Hund dobrze portretuje środowisko szpitala psychiatrycznego, ukazuje niesprawiedliwość i brak zrozumienia dla pacjentów, brak jakiejkolwiek próby ratowania ich. Są, bo są, wyjdą, to wyjdą, jak nie, to jeszcze sobie posiedzą. Brak w Psach ras drobnych aktu walki o siebie, o innych — zastrzyk uspokajający, przeciwbólowy, jest lekiem na całe zło, świata wewnątrz, jak i tego od niedawna całkiem obcego, zewnętrznego.

I chociaż Psy ras drobnych nie zwracają na siebie uwagi wariacją językową, oryginalnym stylem, są ciekawie podzielone na bardzo krótkie rozdziały, każdy zazwyczaj na osobnej stronie — są krótkie, lecz treściwe, stąd też moje skojarzenie z formą dziennika. Kiedy czytam o tej mini-powieści, często spotykam się z określeniem „mały-wielki debiut”. Wydaje mi się, że ostatnimi czasy zbyt dużo mamy tych „wielkich” debiutów, niekoniecznie małych objętościowo. Obecnie tendencją jest tworzenie treści ważnych społecznie, o konstrukcji, realizacji, często się zapomina. Rozmawiajmy na ważne tematy. Piszmy na te tematy książki. Nie zapominajmy jednak, że literatura jest literaturą, i chociaż ma wiele odmian, wszelka dowolność jest dozwolona, musi być także dobrze wykonana. A Psy ras drobnych są zaledwie wielkim pomysłem, który mam wrażenie, że został spisany na szybko. Głośny, dyskusyjny debiut jest dobrym startem, ale dobrze by było, gdyby nie był tylko pięknym opakowaniem.

08 sierpnia 2018

„Już tydzień jak to się stało.” — É. Louis, „Historia przemocy”

0 komentarze
Tak jak każda Historia ma swoją przemoc, tak i każda Przemoc ma swoją historię. Przemoc nie zawsze ma cel, czasami jest bezmyślna; bywa i skrupulatnie planowana, często jest agresywna i bywa świadectwem nieszczęścia człowieka, który postanowił szczęście odebrać drugiemu — chociaż „odebrać” nie jest tutaj słowem najwłaściwszym, bo odebranie wcale nie sprawia, że to szczęście nagle zmieni właściciela. „Odebrać” możemy odczytywać jako synonim „zawłaszczyć”, a nie o to chodzi, raczej o pozostawienie ofiary z Pustką. Zdecydowanie „pozbawić” jest tutaj słowem dużo bardziej odpowiednim. Akt zła (przemoc) między Wykonawcą Przemocy, a jego Ofiarą, wyrywa ją (Ofiarę) z jej dotychczasowego życia. Pojawia się dystans, Ofiara konfrontuje się ze swoim „ja”, które staje się obce, wyklucza się ze swojej codzienności. Dokonuję rozróżnienia na Przemoc i jej Wykonawcę, gdyż pojęcie „przemocy” pozbawione osoby wykonawczej, nie istnieje, Przemoc uaktywnia się w działaniu człowieka. Wypada jednak zapytać, kto (co) występuje w roli narzędzia — człowiek czy przemoc?

Édouard nigdy nie dowiedział się, co kierowało Wykonawcą jego Przemocy — Redą, mężczyzną, który zaczepił go na ulicy w wigilijną noc. Nie można powiedzieć, że zaproszenie nieznajomego do mieszkania było wyrokiem, który Édouard sam na siebie wydał; Reda prawdopodobnie również nie wiedział, jak tamta noc się zakończy. Tym straszniejsza wydaje się myśl o Przemocy, którą na zawsze przesiąknęło życie młodego Francuza — Przemocy nieprzemyślanej, porywczej, która nie musiała się pojawić, lecz się pojawiła, być może stając się jednym z elementów zabawy organizowanej przez Redę. Przemoc stała się w tym przypadku formą spędzania wolnego czasu, wyjątkowo nieatrakcyjną, gdyż jej Ofiarą stał się nie tylko Édouard, lecz jednocześnie również Reda (chociaż być może trafniejsze byłoby odczytanie, że ofiarą Przemocy jest wyłącznie Reda, którego z kolei ofiarą pada, pod jej wpływem, Édouard), którego kolejne ruchy jakby zaskakiwały jego samego; Przemoc wymknęła się spod kontroli Wykonawcy, w pewnym momencie stała się przemocą wspólną, uderzyła w obie strony. Nie wiemy jednak w jakim stopniu wpłynęła ona na życie Redy, czy była to pierwsza, ostatnia sytuacja w jego życiu — Historia przemocy jest zapisem doświadczenia Édouarda — głównego bohatera, narratora i autora powieści.

„Siedziałem i czułem się jak statysta w jakiejś historii, która nie była moją historią.”

Édouard, mimo statusu narratora, w wielu fragmentach udziela głosu siostrze, która rekonstruuje zdarzenia wigilijnej nocy w rozmowie z mężem. W ten sposób część ciężaru i odpowiedzialności za opowiadanie swojej historii zostaje zdjęta z ramion Édouarda. Podział narracji jest dobrym posunięciem; mogłoby się wydawać, że opowieść snuta przez Clarę może być niepełna — mogła coś pominąć, zapomnieć — jednak jej wszelkie potknięcia natychmiast dopowiadane i prostowane są przez głównego bohatera, który siedzi za drzwiami i w tajemnicy słucha swojej historii opowiadanej przez kogoś innego. Dalej jest jej bohaterem, lecz traci w tym momencie nad nią kontrolę, dystansuje się i nie doświadcza jej już bezpośrednio. Tuż po zdarzeniach wigilijnej nocy, kompulsywne opowiadanie o Przemocy stało się nałogiem Édouarda. Pragnął opowiedzieć o Redzie całemu światu, jednocześnie uznając historię za wyłącznie swoją własność. Co ciekawe, Édouard opowiada wyłącznie wtedy, kiedy sam tego chce. Gdy jest do tego zmuszany, proszony, czuje, że chciałby milczeć. Ma prawo milczeć. Opowiadanie historii przemocy jest jak zdradzanie wstydliwego sekretu — trochę się wahamy, ale w końcu jest to sekret, więc jest w jakimś stopniu ekscytujący, a co za tym idzie, atrakcyjny, interesujący; warto więc jest się nim podzielić z kimś innym i sprawdzić jego reakcję. Czy będzie to współczucie? Gniew? Litość? Poprzez opowiadanie Édouard oswajał sobie swoją historię, przyzwyczajał się do niej. Pragnął być wysłuchanym, niekoniecznie zrozumianym.

„(…) ta historia to coś, do czego jestem najbardziej przywiązany, a co zarazem wydaje mi się najbardziej obce i dalekie temu, kim jestem, z całych sił tulę tę historię do piersi w obawie, że zostanie mi odebrana, a zarazem czuję tylko niechęć, najgłębszą niechęć, kiedy ktoś szepnie, że ona należy do mnie, jest tylko moja; natychmiast, jak tylko mi się o niej przypomni, mam chęć rzucić ją precz i odejść.”

Édouard jest bardzo zaborczy, jego narracja przybiera ton, z którego wyraźnie możemy wyczytać, że jest to jego historia i jego oprawca. Kiedy opowiada o Redzie, mówi o nim z lękiem, ale i z pewną czułością. Co istotne, stara się wytłumaczyć jego zachowanie. Jest świadomy swojej pozycji Ofiary, która zdaje się wcale go nie dyskwalifikować w konfrontacji z Przemocą. Édouard jest poszkodowanym, lecz nie przegranym — mimo traumy, którą będzie przepracowywał przez całe życie. Dystans, dystans jest kluczowym słowem w rozmowie o Historii przemocy — dystans, który Édouard ma do siebie, do Przemocy, do Redy, do reszty świata. Utożsamia się ze swoją historią, jest nią, lecz w pewnych momentach jest ponad nią, ponad sobą samym. Louis w niezwykły sposób ukazuje w tej książce czym jest przemoc dla człowieka; nie jest to jednak spopularyzowane ujęcie przemocy jako tragedii ostatecznej, czegoś złego, lecz wyjątkowego; Louis postrzega przemoc jako coś wpisanego w realia codzienności, Przemoc od zawsze była wpisana w Historię. Nie powinna się zdarzyć, ale może. Jest złem, z którym trzeba nauczyć się żyć — co na samym początku dla Édouarda było wyjątkowo trudne. Chłodne podejście Louisa do tematu przemocy nie świadczy o jego zgodzie na nią. On tę przemoc akceptuje — bo nie ma innego wyjścia.

Louis stworzył z fragmentu swojego życia gotową literacką formę, która nacechowana jest bardzo chłodnymi, przez co i trudnymi, emocjami. Stworzenie fabularyzowanej autobiografii pozwoliło mu przepracować temat przemocy, która doświadczana jest codziennie na nowo. Historia przemocy jest wyjątkową, bardzo chropowatą powieścią, która jest jak ciasne pomieszczenie, w którym zgaszono światło: ciemność nas przeraża, i jednocześnie otula, wśród czterech ścian czujemy się jak w klatce, ale mogą nam one zapewnić bezpieczeństwo. Podobnie jest z Historią przemocy, która jednocześnie powoduje dyskomfort, i koi. W swojej autobiograficznej powieści Édouard Louis nie siebie ustanawia głównym bohaterem — oddaje tę rolę Przemocy.


Historia przemocy ma swoją premierę dzisiaj, 8 sierpnia. 
W znakomitym tłumaczeniu Joanny Polachowskiej została wydana nakładem Wydawnictwa Pauza.
books silence objęło patronat nad powieścią.

04 lipca 2018

Zgoda na własną nieobecność — J. Pilch, „Żywego ducha”

1 komentarze
Na Hożej, i wszędzie poza nią, żywego ducha.
Jeżeli, parafrazując jednego z bohaterów kultowej polskiej komedii, zapytamy, ile jest w Żywego ducha zawartości Pilcha w Pilchu, odpowiedź uzyskamy prostą: dużo. Napis na tylnej okładce, głoszący, iż „Oto Jerzy Pilch, jakiego nigdy dotąd nie czytaliśmy!” to, jakby sam Pilch powiedział, czyste frajerstwo, bo Żywego ducha to pilchowy klasyk, nieodbiegający zupełnie niczym od wcześniejszych dzieł autora, to powielenie doskonale nam znanych, utartych przez pisarza schematów: jest Sigła (którą Pilch już w Wielu demonach stosował zamiennie za rodzinną, zmitologizowaną Wisłę), jest choroba (klasyczne ciągoty głównego bohatera vel autora do alkoholu, ale uwaga, parkinson też się pojawia!), są kobiety (tak dokładnie to jedna, i nieskończone pokłady tęsknoty za nimi), oczywiście, jest też literatura. Na tym lista przewinień się nie kończy, kolejne elementy składowe Żywego ducha wymieniać można by jeszcze długo, nie zdradzając przy tym fabuły, która trochę nam tutaj zanika, wypierana przez fragmenty o charakterze kreowanego non-fiction. Problem z tą powieścią jest taki, że Pilch nie może się zdecydować co tak naprawdę chciałby pisać, prozę czy publicystykę jest ona typową dla Pilcha hybrydą, połączeniem prozy z dziennikiem intymnym, wszystko to wydane pod szyldem autobiograficzności. Pilch może sobie powątpiewać, czy jego bohaterowie to jego alter ego, może temu zaprzeczać, przecież my doskonale wiemy, że tak jest. I to byłby Pilch, którego nigdy wcześniej nie czytaliśmy, gdyby się trochę zdystansował, gdyby w końcu postanowił zająć się konkretną fikcją, albo porzucił ją na rzecz pisania doskonałych dzienników, które tak dobrze mu wychodzą, albo niech się przeprosi z felietonami. I chociaż to wszystko powyżej brzmi jak pewna litania nieszczęść, to tak naprawdę wcale nią nie jest, bo właśnie za tę schematyczność i powielanie samego siebie tak bardzo Pilcha lubię. Literatura Pilcha jest trochę jak powrót do domu — zawsze wiesz, czego się spodziewać, zawsze wiesz, że będzie ci tam dobrze.


„Od paru lat nieśpiesznie dochodzę do wniosku, iż świat jest absurdalnym wynikiem zbiegu upiornych przypadków, ale upierać się przy tej tezie nie mam zamiaru.”


Odczytuję Żywego ducha jako złożoną metaforę. Nowa powieść Pilcha opowiada o pisarzu, który pozostał sam na świecie. Warszawa opustoszała, wszystko inne również. Główny bohater boryka się z samotnością, jest ocalałą jednostką, nie wie, jak ma się zachować w tak odrealnionej sytuacji. Jest władcą całego świata, posiada wszystko, nie ma jednak z kim dzielić się swoim nagłym, nieplanowanym bogactwem i swobodą działania. Nikt na niego nie patrzy, jest wolny. Pozostaje w tej złotej klatce sam ze sobą. A przecież wiemy, że Pilch w ostatnich latach zaczął narzekać na tę swoją długo upragnioną samotność. Przyznał, że przesadził z byciem całkiem niezależną, odrębną duszą. Zważając na silny autobiografizm, który gości w twórczości Pilcha, zadaję sobie pytanie, czy Żywego ducha nie jest literackim dziennikiem intymnym samego pisarza, który zwłaszcza w ostatnich latach skazany był na samego siebie. W powieści występują fragmenty, w których nie jesteśmy w stanie zweryfikować, czy przemawia do nas główny bohater, czy sam Pilch. To taki trochę dziennik rozpaczy, zbiór kompulsywnych zapisków rozrzuconych po wszystkich zakamarkach mieszkania na Hożej, próba odratowania samego siebie przy pomocy jedynej ostoi, jaką jest literatura. Żywego ducha jest marzeniem pisarza o powrocie do dawnej sprawności literackiej, to powieść, w której autor testuje samego siebie — za główny temat obiera widmo apokalipsy, co ma być posunięciem odważnym, otwierającym nowe drzwi w jego twórczości. Pilch decyduje się na literacką próbę, pozostając wiernym swoim dotychczasowym literackim nawykom. Hybrydyczność tej powieści można rozpatrywać w wielu aspektach. Żywego ducha jest taflą lustra, która odbija rzeczywistość Jerzego Pilcha.

Bohater Żywego ducha to taki trochę Juruś z Pod Mocnym Aniołem kilkadziesiąt lat później. Żółta sukienka, którą kiedyś wypatrzył z wysokiego piętra, zamieniła się w czarną, już bez właścicielki. Co się z nią stało? Zniknęła, wraz z młodością i sprawnością; razem z głównym bohaterem została „zdjęta z krzyża seksu”. Pozostał jedynie Bóg, którego upatrywać możemy w osobie „śledzącego”, o którym wspomina główny bohater — niby jest sam w centrum swojego wszechświata, lecz wciąż czuje czyjś oddech na karku. Może to odizolowanie, samotność, są jedynie kreacją wyobraźni? Żywego ducha jest powieścią pełną smutku, sentymentów, i tęsknoty za tym, co na zawsze zostało utracone. To także pewnego rodzaju zapis żegnania się i odchodzenia, narrator mówi o samobójstwie. Być może powinniśmy odczytywać Żywego ducha jako opowieść o apokalipsie, nie świata jednak, ale człowieka.

Bardzo chętnie zabroniłabym czytania Żywego ducha wszystkim tym, którzy nigdy wcześniej nie mieli z Pilchem styczności. Pisarz bardzo mocno osadza nową powieść we wcześniejszej twórczości. Mimo eksperymentu z pisaniem o czymś mocno, nawet jak na Pilcha, odrealnionym, ta powieść to Pilch, którego my doskonale znamy. Znakomity stylistycznie. Jednocześnie jestem bardzo ciekawa, jak nowy czytelnik odebrałby tę powieść. Powiedzmy więc, że zabraniam, ale jeśli ktoś sobie nie weźmie tego do serca, to chętnie wysłucham, żali i zachwytów. Dla mnie Żywego ducha nie jest żadnym zaskoczeniem, nie jest to Pilch, którego lubię najbardziej. Bardzo się cieszę na tę premierę — ale wciąż czekam na coś na miarę Wielu demonów.
(i na trzeci dziennik tak notabene)
older post