17 stycznia 2018

Spotkanie autorskie z Anną Cieplak

1 komentarze

30 grudnia 2017

W życiu przede wszystkim chodzi o śmierć – W. Gogola, „Po trochu”

0 komentarze
Dorosłość jest kłamstwem. Dorosłości nie ma. To tylko nazwa pewnego okresu w życiu człowieka, w którym tenże winien być mądrzejszy, bo doświadczony, a tak naprawdę jest doświadczony, ale głupszy, bo życie go takim zrobiło. Oszukuje się dzieci, wmawiając im, że jak dorosną, to zrozumieją. Że przestaną się bać. Bzdura. Człowiek nazywany dorosłym jest bardziej przerażony niż dziecko, które umyka przed własnym cieniem. I co rozumie, nic nie rozumie, przecież życia nie da się zrozumieć. Starzejemy się, skóra na naszych dłoniach zaczyna przypominać papier ścierny, zmarszczki wokół oczu tworzą korytarzyki, przez które przepływają łzy, pytanie czy te smutku czy radości, a może jedno oko jest od tych pierwszych, drugie od tych drugich, któż wie. Czysto biologiczny proces, który zajść musi, wymierzony wprost w to niewinne, wciąż oszukiwane dziecko, które w zużytym opakowaniu złożone zostanie w trumnie, bez wszystkich lęków i trosk, bo one do świata żywych należą, umarłym nie wolno ich mieć. Śmierć jest łatwiejsza od życia, trwa chwilę. A nawet najkrótsze życie trwa za długo, bo jak już się weźmie ten jeden oddech, to tak jakby połknąć zawartość tego nieszczęsnego puzderka Pandorowego, na wszystko już za późno.

Gogole umierają w okolicach pięćdziesiątki. Mężczyźni, bo kobiety nie mają tak łatwo, one muszą z życiem cackać się dużo dłużej, tak do siedemdziesiątki, osiemdziesiątki, a może nawet jeszcze dłużej, zależy jak bardzo niedobre były, im bardziej, tym dłuższa pokuta na tym łez padole. I jak już jakiemu Gogolowi postanowi się umrzeć, to pada on, na ziemię, bez tchu, bez wyrzutów sumienia, że inni za niego nim cierpieć będą. Jedni powiedzą: straszne, Gogole powiedzą: zbawienne. Taki zmarły to już się niczym przejmować nie musi, nie ma go, i już, jego nie ma, nie ma problemów, a jak nie ma problemów, to życia nie ma, i tak nam się ten okrąg ładnie domyka, jak wieko trumny przed ostatnią nieszczęśnika drogą. W życiu przede wszystkim chodzi o śmierć, to ona jest naszą wizytówką. Padanie na ziemię nie jest najlepszym rozwiązaniem, jest to jednak element towarzyszący śmierci bardzo efektowny, o tym się będzie mówiło. Jak odejść, to z klasą, jak trzasnąć drzwiami, to tak, żeby cała wieś słyszała. Kiedy ktoś z Gogoli umiera, to i w sąsiedniej słychać.

21 listopada 2017

Demon nałogu – J. Pilch, „Pod mocnym aniołem”

0 komentarze
Pisanie o umieraniu jest prostsze niż pisanie o piciu. Kiedy piszemy o umieraniu, zmierzamy do określonego punktu, mamy przed sobą pewne zakończenie, do którego musimy poprowadzić czytelnika za rękę. W pisaniu o piciu, jak i w samym akcie picia, końca nie widać, zapada stagnacja, ciężko jest przedzierać się między kolejnymi stanami nieświadomości, budząc się z pustą butelką w dłoni i bez rozdziału, który miał być na wczoraj. Gdybyśmy niegrzecznie mieli wskazać palcem na naczelnego pijackiego twórcę, który nie tylko poradził sobie z nałogiem, ale też – napisał powieść o alkoholowym demonie, w której sam się nie zgubił – wybór byłby oczywisty.
Stała się najważniejszą, najwyższą nad wszystkimi jego powieścią, bo opowiada o jego największej tragedii. Pilch zawsze czynnie praktykował przelewanie swojego życia na karty powieści, czyniąc z codzienności literaturę, tworząc tym samym swój wyjątkowy obraz pisarza-grafomana-rzemieślnika będącego „prostym synkiem z Wisły”, który pod przykryciem swoich kolejnych alter ego (jednocześnie zapewniając, iż są one wymysłem i bujdą) mierzy się w swojej twórczości sam ze sobą. Pod mocnym aniołem, zdobywczyni Nike 2001, okrzyknięta wielką i znaczącą polską powieścią, jest rozprawą autora z jego nałogiem. Jurek nie kryje się ze swoim alkoholizmem. Bezczelnie, prosto w twarz czytelnika pluje opisami swoich kolejnych pijackich wybryków, mając na celu uświadomić powagę alkoholizmu, ale i porozczulać się samemu nad sobą, bo to taki rodzaj autoterapii, jeśli zapiszesz, to może zniknie z twojego życia. A jeśli nie, to może będzie ci trochę łatwiej. Pilch pastwi się nad swoim bohaterem (w domyśle  nad sobą samym), wystawiając go na kolejne próby. Pod mocnym aniołem ukazuje upadek człowieka, opętanego demonami alkoholu i seksu, który wpadł w czarną dziurę swojego życia. Spowiedź, autoterapia, ale i trochę, może nawet bardziej niż trochę, ekshibicjonizm. Pilch nie martwi się o negatywne opinie na temat swojej osoby, pisze, jak jest, ma misję zbawienia siebie, reszta wszechświata gra w drugiej lidze.
older post