07 września 2016

Lata smutnych uśmiechów - „Tak słodko...”, T. Webber

2 komentarze





Spokojny sen przerywa moment, w którym człowiek nagle, bez żadnego większego powodu, uświadamia sobie, że w tej grze, tej na którą wołają miłość, nigdy nie będzie wygranym. Oddech zanika, w jego miejsce pojawia się obezwładniające otępienie; podjęta zostaje szybka, prawdziwie męska decyzja, przesycona zwierzęcym strachem, że wszelkie wielkie działania, do tej pory prowadzone z tak olbrzymią precyzją, wywołujące milion miłych myśli, odejdą w zapomnienie. Decyzja całkiem wbrew sobie, ale przecież tak trzeba, należy sobie, zwyczajnie mówiąc, odpuścić, coby nie zabrnąć dalej; jak dobrze, że oprzytomnienie nadeszło w całkiem odpowiedniej chwili. Starania są dobre, wiadoma to oczywistość, ale cóż, jeśli nie przynoszą one trafnych rezultatów? Mawiają, że póki człowiek gra, dopóty wygrywa. Ileż wart są te słowa w obliczu kolejnych niespełnionych wizji, wygasłych emocji, niewypowiedzianych słów? Czy naprawdę warto jest toczyć tę walkę, walkę w sensie ścisłym, z sobą samym? Ale odpuścić sobie, jakkolwiek by się to łatwe zdawało, wcale tak uczynić prosto nie jest. Bo chociaż kolejne wątłe uśmiechy i patetyczne rozmowy w jednej błahej chwili utraciły swój sens, przez myśl, którą rzekomo rozsądną zwać można, to zaszyta gdzieś nadzieja, często mylona z głupotą, rwie się do walki o wciąż nieosiągnięte, nawet jeśli wkraść by się miała gdzieś ukradkiem beznadzieja, a i szaleństwo może też. Satysfakcji nigdy nie ma, kiedy człowiek uprze się odpuścić, to jednocześnie stara się nie myśleć, w efekcie czego myśli więcej i mocniej, aniżeli przed rozpoczęciem całego zgubnego procesu. Sytuacja patowa, zdawać by się mogło. Wybrać serce czy rozsądek, odwieczny problem ludzkości. Brnąć dalej w niespełnienie, trwać w martwym punkcie, czy pozwolić dumie prowadzić się za rękę? Uciekamy, głupcy, oszukując się. Zostajemy, żądni spełnienia rojeń naszych umysłów, cierpimy.

A może da się umrzeć z miłości?
To chyba nie byłoby takie złe.

Odróżnijmy jednak od miłości fascynację, zauroczenie i zakochanie - bo to całkiem różne bajki, których granice często zacieramy. Skaczemy z jednego kwiatka na drugi, w zależności od humoru, sytuacji w innych życiowych sferach i tego, jak bardzo beznadziejni danego dnia jesteśmy. Każdy z tych etapów zżera podobną część nas, każdy kolejny jest trochę bardziej tragiczny, lecz tak bardzo pociągający. Chcemy się zakochiwać, chcemy żyć miłością, pragniemy tego, by tylko ona się liczyła w naszym życiu. Ależ oczywiście, zaprzeczamy, sami chwilami wierząc w swoje absurdalne tłumaczenia. Stajemy przed lustrem, jarzeniówki sprawiają, że mrużymy oczy, ale gdzieś tam dostrzegamy odbicie tego fajnego człowieka, który nigdy nie miał tego, na co zasłużył. I znowu, starania są dobre, ale czasami starania nie wystarczają. A może wcale ich nie ma, może tylko są naszym wymysłem, może tylko nam się wydaje, że były, a szlag je trafił przed przekroczeniem progu własnego domu? Kiedy zastajemy sami siebie w punkcie absolutnej pustki, czujemy się przerażeni. Czasami brak odwagi, czasami nie odróżniamy jawy od snu. 

Chodzą po tym świecie tacy bezmyślni, a być może tacy odważni, którzy postanowili miłości zawierzyć na amen, i uczynili z niej swoją codzienność. Nie dający się zranić, przyzwyczajeni do cierpienia, uparci wręcz przeraźliwie. Nadzieja została wyeliminowana, godność pozostała na swoim miejscu, bo dlaczego by nie, a serce zajęło się tęsknotą z gatunku tych rozpaczliwych, lecz znośnych. Wśród gęstego tłumu znanych mi twarzy mało wyliczę takich niezłomnych, być może nikogo. Ludzie lubią sobie odpuszczać, z odpuszczania czynić dziedzinę sportu. Na myśl przychodzi mi jednakże pewien bohater literacki, bo jak nie w swoim świecie, to w innym znajduję, który w powyższe gra z przyjemnością wręcz bolesną.

W Tak krucho… Boyce Wynn przedstawiony został jako brutal, bawidamek i chuligan, przed którym tłumy wypełniające szkolne korytarze rozstępują się w obawie przed jakimkolwiek bliższym kontaktem. Typ bad boy’a, który, jak głosi wszechobecny w literaturze, filmie, ale i życiu codziennym stereotyp, kręci sporą część żeńskiego społeczeństwa. Skory do kłótni i bójek, chamski, niekiedy prostacki. Twarda skała pozbawiona jakiegokolwiek przebłysku pozytywnych emocji - można by rzec. Szkic wyraźny, odgrywający w powieści rolę dalszą, drugoplanową. Ale jednak, okaże się, powierzchowny i niepełny - pełen obraz młodego Wynna ukazuje nam kolejna powieść autorstwa Tammary Webber, o lukrowanym tytule Tak słodko…, na łamach której Boyce’a przyjdzie poznać nam bliżej, gdyż tym razem na niego spadł zaszczyt bycia głównym bohaterem, a i narratorem. Nową rolę dzieli wraz ze swoją długoletnią przyjaciółką, Pearl Torres Frank, która jest powodem, dla którego śmiem nazywać Wynna upartym głupcem. Upartym w miłości.

Tammara Webber dała się poznać jako autorka historii opowiadającej o burzliwej miłości dwójki młodych studentów - Landona vel Lucasa Maxfielda i Jacqueline Wallace, historii opowiedzianej z dwóch perspektyw, wydanej w dwóch osobnych tomach noszących subtelniejsze niż Tak słodko… tytuły, odpowiednio - Tak blisko… oraz wspomniane już Tak krucho…. Twórczość Amerykanki jest szablonowym przykładem literatury z gatunku young adult. Jej bohaterowie to tak zwani młodzi dorośli (ukłon ode mnie w stronę sympatyków Simsów), którzy dopiero wkraczają na ścieżkę dojrzałego życia. Kończą szkoły, rozpoczynają studia; odbierają dyplomy, ubiegają się o kolejne prace. Głównymi problemami webberowskich postaci są te okołosercowe, jednak nie to stanowi definicję powieści przez nią tworzonych; nie tylko miłostki w duszy autorce grają - ważne są relacje międzyludzkie, sytuacja w rodzinie, zgoda ze samym sobą - to tematy, które na kartach powieści stanowią zapalniki do przemyślenia pewnych życiowych aspektów. Dwa pierwsze tomy cyklu to powieści na tyle dojrzałe, na ile pozwala na to wiek głównych bohaterów. Autorka często sięga po retrospekcję, po kolei wraz z czytelnikiem analizując przeszłość, której piętno odbija się w najbardziej aktualnych perypetiach postaci. Nie jest pięknie, kolorowo - jest zwyczajnie, bardzo przyziemnie, lecz z pewnym błyskiem szczęścia, którego nie każdy w życiu dosięga. Historia Lucasa/Landona i Jacqueline, jedna z tych, o których pamiętam przebudzona o trzeciej nad ranem. Nawet jeśli nie ma w niej nic innowacyjnego, szturmowego - lubię kreacje tworzone przez Webber, doceniam jej nieprzekombinowane, ale misternie snute losy bohaterów i prosty, acz niebanalny język. Jak do tego wszystkiego ma się kolejna część cyklu, cukierkowe Tak słodko…? Ma się bardzo dobrze, stwierdzam z zadowoleniem. I nawet ta słodycz wisząca w powietrzu mi nie wadzi, słodycze piękna sprawa.

Kiedy człowiek ratuje innemu życie, rodzi się pomiędzy nimi niepisana umowa, rodzaj paktu, swoistego rodzaju więź, taka tworząca pewne specyficzne uczucie, często niemające nic wspólnego z miłością, przyjaźnią czy nawet banalnym koleżeństwem. Czy modlitwy kierowane do naszych aniołów stróży zostają wysłuchane, ciężko stwierdzić. Za pewne jednak uznać można, że jeśli znajdzie się takiego gdzieś tu, na ziemi, niekoniecznie w najbliższym sąsiedztwie, to czuć możemy się bezpiecznie po kres naszej pozaniebiańskiej egzystencji. To jak niewypowiedziana obietnica - będę przy tobie zawsze. Tego typu skomplikowana więź połączyła Boyce Wynna i Pearl Torres Frank nad brzegiem oceanu, wśród szumu fal, który to dźwięk mógł być ostatnim usłyszanym przez pięcioletnią wówczas Pearl. Chłopiec, starszy zaledwie o dwa lata, przybiegł jej na pomoc, gdy ta, skuszona przez perfekcyjny błękit, podczas charytatywnego sprzątania plaży, wiedziona przez ocean na zgubienie, porwana została w jego mroczną toń. Przez kolejne lata wydarzenie to pielęgnowane było w pamięci Wynna, stało się ono kolosalną częścią jego tożsamości. Każdy kolejny dzień stawał się trochę bardziej znośnym dzięki myśli, że to on, właśnie on, uczynił coś dobrego. Wraz ze wspomnieniem trwało uczucie, które nieświadomie zrodziło się w dniu ocalenia dziewczyny. Uczucie, które przetrwało wiele gorzkich lat, podczas których ich relacja ewoluowała od codziennej uprzejmości do przyjaźni, lat, podczas których Pearl podbijała świat, bawiła się, wchodziła w nowe związki - z dala od domu - zaś on, skazany na problemy w rodzinie, kształtował to, kim jest. Skupiając się na kolejnych dniach, wszystkich podobnych do siebie, odpychał myśli o nieszczęśliwej miłości. Nie dawał szans czemuś, co nigdy nie miało prawa zaistnieć. Nie odpychał jednak myśli o samej Pearl, która tego pamiętnego dnia stała się częścią jego samego.

A Pearl, Pearl też nie zapomniała. Boyce zawsze kojarzył jej się z miejscem, do którego chciała wracać - z domem. Boyce był jej aniołem stróżem; gdyby nie on, nie dane byłoby jej wyjechać, uczyć się, korzystać z życia - tego życia by nie było. Kiedy dziewczyna postanowiła zrezygnować ze swojej dotąd szczegółowo planowanej przyszłości, całkowicie rozczarowując tym swoją matkę, pierwszą osobą, do której się zwróciła, był właśnie Boyce. Wygórowane oczekiwania rodziców względem dzieci, temat powszedni, wciąż majaczący nam gdzieś przed nosem. Czy można mieć za złe matkom, ojcom, że ci przesadnie dbają o przyszłość swoich dzieci? Oczywiście, że nie. Taka już ich rola. Czy można mieć pretensje, że nie dali dziecku wolnej ręki przy snuciu wizji na przyszłość, a wręcz nakazali spełnić swoje ukrywane, nigdy niespełnione ambicje? Oczywiście, że tak. Ten problem nigdy mnie nie dotyczył, nikt nigdy nie wskazywał mi kierunku, w którym mam iść; zawsze miałam pełną dowolność, do czego na pewno przyczynił się fakt, że od zawsze wiedziałam, co chcę w życiu robić. Swoimi decyzjami nikogo nie niepokoiłam, czasami pomysły były szalone, konsultowane, ale zawsze realizowane lub nie przeze mnie samą. Dostawałam wskazówki, ale myślałam sama za siebie, wybierając kolejne szkoły, podejmując się kolejnych wyzwań. Jestem jednak w stanie sobie wyobrazić, co czują osoby, całe życie kierowane przez bliskich, którzy nie wspierają ich wymarzonych planów na życiowe ścieżki; osoby, które ze swoimi ambicjami tkwią same ze sobą. Tym samym byłam pełna współczucia dla Pearl, która odkrywając, co tak naprawdę chce robić w życiu, spotkała się z upartym sprzeciwem ze strony matki, która przez długie lata wychowywała ją sama. Ucieszyłam się na ten wątek w powieści, gdyż jest on potwierdzeniem moich ciągłych zapewniań, że powieści Tammary Webber to nie soczyste, przekolorowane love story, które czynią świat bajkową krainą, lecz historie piękne, nie pomijające tych mniej świetlistych aspektów naszego życia.

Tak krucho… może funkcjonować jako pojedyncza, niezależna powieść, znajomość losów drugiej pary nie jest wymagana, choć sam pomysł skupienia się na bohaterach, którzy do tej pory stanowili jedynie tło w historii, i stworzenie z tego drugiej opowieści, jest ciekawy i zajmujący. Autorka w tym tomie skupiła się na wyraźnym nakreśleniu postaci Boyce’a, uwaga czytelnika zwrócona jest ku jego kolejnym ruchom - w przeciwieństwie do poprzednich części, które kolejno przedstawiały punkt widzenia najpierw Jacqueline, a później Landona/Lucasa, w tej za rękę prowadzi nas dwoje bohaterów - przy czym jeden z nich jest tym charyzmatycznym, intrygującym, drugi zaś, o Pearl mowa, stanowi dość monotonne tło, bez którego powieść nie miałaby prawa istnieć, jednak nadal jest to tylko tło. I teraz wszystko zależy od nas, jeżeli zadowalają nas niewymagające postaci, panna Torres Frank będzie tą, którą da się lubić. Jeśli nie, to cóż, szybko zaczniemy traktować ją bez większej uwagi.

Webber zręcznie operuje retrospekcją, co daje nam szansę na poznanie relacji dwójki głównych bohaterów od podstaw. Całe Tak słodko… jest zapisem relacji Boyce’a i Pearl, ich historią od początku, aż do końca (chociaż, kto wie, kto wie) - relacji skomplikowanej, często nieoczywistej. Powieść odpowiada nam na pytanie, które często sobie zadajemy - czy warto?. Równie często zbyt szybko dajemy za wygraną, co i za długo trwamy w bezruchu. Losy Boyce’a Wynna, bohatera z przymrużeniem oka tragicznego, który przez całe życie zmagał się z dość osobliwą sytuacją w rodzinie, od której myślami uciekał w podobnie zgubną (a może nie?) relację, powinny udowodnić nam, że wiele tak naprawdę zależy od charakteru człowieka, od jego wewnętrznej siły. Życie nierzadko serwuje nam ciąg niekomfortowych sytuacji, często te kumulują się, skrupulatnie gromadzą, wywołując prawdziwą lawinę nieszczęść. Od nas samych zależy, jaką postawę przyjmiemy. Wszystko zależy od sytuacji, i… czy warto?

Lubię tę opowieść. Nie tak bardzo jak historię Lucasa i Jacqueline, która z wielu powodów bliższa jest mojemu sercu - ale zawsze będzie mi się miło kojarzyła. Ze spokojnymi, długimi popołudniami spędzonymi - wbrew miejscu, w którym rozgrywa się akcja całej książki - nie nad brzegiem oceanu, ale wśród wysokich drzew w ogrodzie położonym gdzieś między jedną a drugą górą. I jeśli miałabym mieć jakiekolwiek pretensje, to wystosuję jedną zaledwie - Jaguarze, Tak słodko… prosi się o powtórną korektę. Literówki błąkają się niczym mrówki wśród traw. 

Piękny czas i urocza powieść. 
Webber nie zawodzi.
older post