09 listopada 2019

Spór o intymność — A. Świrszczyńska, „Jeszcze kocham… Zapiski intymne”

0 komentarze
Ciężko jest oceniać jakąkolwiek wartość literacką intymnego dziennika Świrszczyńskiej, bo wartości tej tutaj po prostu nie ma — poetka w swoich nerwowych, chwilami wręcz spazmatycznych notatkach całkowicie się odsłania, jest naga, i właśnie, nie wykorzystuje jakichkolwiek zabiegów literackich, by móc się nimi choć połowicznie okryć. Pojawia się pytanie, czy możemy w tym przypadku w ogóle mówić o literaturze. Oczywiście, dziennik intymny, którym Jeszcze kocham… jest, zaliczymy gatunkowo do literatury dokumentu osobistego — odbieram jednak te notatki jako tak silnie motywowane chwilą, nagłą emocją, że ciężko jest mi o nich jako o literaturze myśleć, ich tworzenie stanowi dla mnie naturalny odruch, porównywalny wręcz z fizjologicznym — pamiętajmy, że mamy tutaj do czynienia z notatkami osoby z literatury żyjącej, literaturą oddychającej (i literaturę wykorzystującej do ustawiania sobie życia wedle własnego widzimisię, zainteresowanych odsyłam do wstępu poprzedzającego faktyczny dziennik poetki, przedstawiającego liczne sytuacje, niejednokrotnie wręcz groteskowe, w których Świrszczyńska wręcz żądała dofinansowań, stypendiów, etc. od Związku Literatów Polskich, którego członkinią była — bo jej, jako artystce, „się należały”). Czytam te wpisy jako świadectwo istnienia człowieka i uczucia, nie jako dziennik pisany z myślą o jego późniejszym wydaniu.

06 sierpnia 2019

Przebrnąć przez noc — G. Musso, „Zjazd absolwentów”

1 komentarze
Mamy w zagranicznej literaturze popularnej kilka takich nazwisk, których powieści wydaje się u nas w zasadzie w ciemno. Nazwiska te reprezentują pewną markę, pociągają za sobą również informację o — wyższym lub niższym, ale zazwyczaj stałym — poziomie kolejnych dzieł, który dla wydawcy jest bezpieczny, a co za tym idzie, gwarantujący pewien sukces komercyjny. Mam na myśli tutaj takie nazwiska jak chociażby Stephen King czy Nicholas Sparks, którzy są niekwestionowanymi królami utrzymującymi się na samych szczytach list bestsellerów (uprzejmie proszę o wybaczenie mi tak niefortunnego zestawienia, wszyscy wiemy, że pod każdym innym względem nie można tych nazwisk ze sobą porównywać). Jednym z takich autorów jest Guillaume Musso (który to z kolei nie powinien figurować przy Sparksie; tak, teraz będę broniła Sparksa, ale jakkolwiek pokraczny i tkliwy by nie był, Musso zawsze pozostawał dla mnie jego gorszą, niedopracowaną, francuską kopią), znany czytelnikom głównie z powieści obyczajowych z wątkiem romantycznym, i hybryd tychże z thrillerami. Niepodważalnym faktem jest to, że jest on pisarzem poczytnym. Drugim niepodważalnym faktem jest z kolei to, że jest nie tylko pisarzem słabym; jest pisarzem słabym, wesoło hasającym po rozległych polach grafomanii, czego dowodem jest jego najnowsza, wydana w ubiegłym tygodniu, książka — Zjazd absolwentów.

27 lipca 2019

Anuluj mi interakcję — M. July, „Pasujesz tu najlepiej”

0 komentarze
Zastanawiam się, co jest bardziej fascynujące: same opowiadania Mirandy July wchodzące w skład tomu Pasujesz tu najlepiej, czy fakt, że stanowią one debiut prozatorski amerykańskiej autorki, wydany pierwotnie w 2007 roku. July jest artystką wielozadaniową, uprawia jednocześnie reżyserię, aktorstwo i (sceno)pisarstwo. Dlaczego fascynują mnie te opowiadania? Bo są przemyślane, wzorcowo uszyte i są głośnym krzykiem autorki. Dlaczego fascynuje mnie fakt takiego debiutu? Z dokładnie tych samych powodów — jest odważny, bardzo śmiały i bardzo, bardzo ważny. Mimo iż od jego wydania upłynęło już dwanaście lat, dopiero teraz nabiera pełnego oddechu i staje się naprawdę aktualny. Miranda uderza prosto z mostu, nie ma zahamowań, topi czytelnika w rzece absurdu; jej proza jest dzika i narowista. Po lekturze Pierwszego Bandziora (pierwszej full version powieści autorki z 2015 roku, która u nas ukazała się w roku ubiegłym) sądziłam, że to właśnie ten kawał totalnie odjechanej i szalenie inteligentnej prozy jest szczytem możliwości July. No nie, myliłam się. Opowiadania z Pasujesz tu najlepiej mają nad Bandziorem ogromną przewagę. Tematycznie i stylistycznie obie książki są bardzo podobne. Różnica tkwi w formie — Miranda jest niekoronowaną królową krótkiej formy, która wszechobecnemu absurdowi dodaje płomienia.

older post