04 lipca 2018

Zgoda na własną nieobecność — J. Pilch, „Żywego ducha”

1 komentarze
Na Hożej, i wszędzie poza nią, żywego ducha.
Jeżeli, parafrazując jednego z bohaterów kultowej polskiej komedii, zapytamy, ile jest w Żywego ducha zawartości Pilcha w Pilchu, odpowiedź uzyskamy prostą: dużo. Napis na tylnej okładce, głoszący, iż „Oto Jerzy Pilch, jakiego nigdy dotąd nie czytaliśmy!” to, jakby sam Pilch powiedział, czyste frajerstwo, bo Żywego ducha to pilchowy klasyk, nieodbiegający zupełnie niczym od wcześniejszych dzieł autora, to powielenie doskonale nam znanych, utartych przez pisarza schematów: jest Sigła (którą Pilch już w Wielu demonach stosował zamiennie za rodzinną, zmitologizowaną Wisłę), jest choroba (klasyczne ciągoty głównego bohatera vel autora do alkoholu, ale uwaga, parkinson też się pojawia!), są kobiety (tak dokładnie to jedna, i nieskończone pokłady tęsknoty za nimi), oczywiście, jest też literatura. Na tym lista przewinień się nie kończy, kolejne elementy składowe Żywego ducha wymieniać można by jeszcze długo, nie zdradzając przy tym fabuły, która trochę nam tutaj zanika, wypierana przez fragmenty o charakterze kreowanego non-fiction. Problem z tą powieścią jest taki, że Pilch nie może się zdecydować co tak naprawdę chciałby pisać, prozę czy publicystykę jest ona typową dla Pilcha hybrydą, połączeniem prozy z dziennikiem intymnym, wszystko to wydane pod szyldem autobiograficzności. Pilch może sobie powątpiewać, czy jego bohaterowie to jego alter ego, może temu zaprzeczać, przecież my doskonale wiemy, że tak jest. I to byłby Pilch, którego nigdy wcześniej nie czytaliśmy, gdyby się trochę zdystansował, gdyby w końcu postanowił zająć się konkretną fikcją, albo porzucił ją na rzecz pisania doskonałych dzienników, które tak dobrze mu wychodzą, albo niech się przeprosi z felietonami. I chociaż to wszystko powyżej brzmi jak pewna litania nieszczęść, to tak naprawdę wcale nią nie jest, bo właśnie za tę schematyczność i powielanie samego siebie tak bardzo Pilcha lubię. Literatura Pilcha jest trochę jak powrót do domu — zawsze wiesz, czego się spodziewać, zawsze wiesz, że będzie ci tam dobrze.


„Od paru lat nieśpiesznie dochodzę do wniosku, iż świat jest absurdalnym wynikiem zbiegu upiornych przypadków, ale upierać się przy tej tezie nie mam zamiaru.”


Odczytuję Żywego ducha jako złożoną metaforę. Nowa powieść Pilcha opowiada o pisarzu, który pozostał sam na świecie. Warszawa opustoszała, wszystko inne również. Główny bohater boryka się z samotnością, jest ocalałą jednostką, nie wie, jak ma się zachować w tak odrealnionej sytuacji. Jest władcą całego świata, posiada wszystko, nie ma jednak z kim dzielić się swoim nagłym, nieplanowanym bogactwem i swobodą działania. Nikt na niego nie patrzy, jest wolny. Pozostaje w tej złotej klatce sam ze sobą. A przecież wiemy, że Pilch w ostatnich latach zaczął narzekać na tę swoją długo upragnioną samotność. Przyznał, że przesadził z byciem całkiem niezależną, odrębną duszą. Zważając na silny autobiografizm, który gości w twórczości Pilcha, zadaję sobie pytanie, czy Żywego ducha nie jest literackim dziennikiem intymnym samego pisarza, który zwłaszcza w ostatnich latach skazany był na samego siebie. W powieści występują fragmenty, w których nie jesteśmy w stanie zweryfikować, czy przemawia do nas główny bohater, czy sam Pilch. To taki trochę dziennik rozpaczy, zbiór kompulsywnych zapisków rozrzuconych po wszystkich zakamarkach mieszkania na Hożej, próba odratowania samego siebie przy pomocy jedynej ostoi, jaką jest literatura. Żywego ducha jest marzeniem pisarza o powrocie do dawnej sprawności literackiej, to powieść, w której autor testuje samego siebie — za główny temat obiera widmo apokalipsy, co ma być posunięciem odważnym, otwierającym nowe drzwi w jego twórczości. Pilch decyduje się na literacką próbę, pozostając wiernym swoim dotychczasowym literackim nawykom. Hybrydyczność tej powieści można rozpatrywać w wielu aspektach. Żywego ducha jest taflą lustra, która odbija rzeczywistość Jerzego Pilcha.

Bohater Żywego ducha to taki trochę Juruś z Pod Mocnym Aniołem kilkadziesiąt lat później. Żółta sukienka, którą kiedyś wypatrzył z wysokiego piętra, zamieniła się w czarną, już bez właścicielki. Co się z nią stało? Zniknęła, wraz z młodością i sprawnością; razem z głównym bohaterem została „zdjęta z krzyża seksu”. Pozostał jedynie Bóg, którego upatrywać możemy w osobie „śledzącego”, o którym wspomina główny bohater — niby jest sam w centrum swojego wszechświata, lecz wciąż czuje czyjś oddech na karku. Może to odizolowanie, samotność, są jedynie kreacją wyobraźni? Żywego ducha jest powieścią pełną smutku, sentymentów, i tęsknoty za tym, co na zawsze zostało utracone. To także pewnego rodzaju zapis żegnania się i odchodzenia, narrator mówi o samobójstwie. Być może powinniśmy odczytywać Żywego ducha jako opowieść o apokalipsie, nie świata jednak, ale człowieka.

Bardzo chętnie zabroniłabym czytania Żywego ducha wszystkim tym, którzy nigdy wcześniej nie mieli z Pilchem styczności. Pisarz bardzo mocno osadza nową powieść we wcześniejszej twórczości. Mimo eksperymentu z pisaniem o czymś mocno, nawet jak na Pilcha, odrealnionym, ta powieść to Pilch, którego my doskonale znamy. Znakomity stylistycznie. Jednocześnie jestem bardzo ciekawa, jak nowy czytelnik odebrałby tę powieść. Powiedzmy więc, że zabraniam, ale jeśli ktoś sobie nie weźmie tego do serca, to chętnie wysłucham, żali i zachwytów. Dla mnie Żywego ducha nie jest żadnym zaskoczeniem, nie jest to Pilch, którego lubię najbardziej. Bardzo się cieszę na tę premierę — ale wciąż czekam na coś na miarę Wielu demonów.
(i na trzeci dziennik tak notabene)

13 maja 2018

„Kreski, dilerzy, chłam” — D. Masłowska, „Inni ludzie”

0 komentarze
Przez blisko sto sześćdziesiąt stron bujasz się i mruczysz pod nosem kolejne słowa zlepione w zdania, w rytm swoich ulubionych rapsów. A nawet jeśli rapsów nie lubisz, to i tak mruczysz, bo Innych ludzi, najnowszej książki Masłowskiej, w inny sposób nie da się czytać — to rodzaj dramatu-piosenki, który opowiada historię szarych bloków Warszawy; chciałbyś usłyszeć go na żywo, będąc wśród tłumu ludzi, spoconych ciał wykrzykujących: „Kochanie, pięknie pachnie twoje ciało, ale / coś tu śmierdzi i to nie jest moja kurtka wcale. / Powiedz, czy twój mąż nie będzie miał obiekcje, / jak tymi rękami będziesz z dzieckiem robić lekcje.”. Inni ludzie to bystra obserwacja autorki zaglądającej wraz z czytelnikiem przez okno, którego futryn nikt nie wymieniał od lat; przez okno mieszkania co któregoś Polaka, bo mówić o Innych ludziach jako o diagnozie polskości — okej, ale do pewnego stopnia, bardziej mówmy tutaj o diagnozie wycinka naszego społeczeństwa, który niektórym jest bliski, innym znany jedynie z historii takich jak ta. Nie każdy wychował się na trzepaku, nie wszyscy spalali pierwsze mentole na ławce pod blokiem, część tak, jest to bliski świat, nie dla wszystkich jednak, bo niektórzy o jego istnieniu pojęcia nie mają, a jednak jakby coś kiedyś słyszeli, gdzieś im się o uszy obiło. Masłowska prezentuje nam obraz środowiska blokowego, bardziej gwałtownego, fizycznego, lepiej nakreślonego, niż to w Latach powyżej zera zrobiła Cieplak. Główny bohater Masłowskiej, Kamil, któremu życie podcina skrzydła, ociera się o tę „lepszą” warstwę Warszawki, zachowuje jednak w pełni swoją autonomię, nie próbuje przechodzić zmian (one nie próbują przejść na nim), nie ulega wpływom i transformacji, bo jakby to ująć, lepsza sferka igra z nim i jego rozwalającymi się najkami, wykorzystuje go w sposób perfidny, by nie powiedzieć — uwłaczający, Kamil staje się rzeczą, zabawką, przedmiotem, który ma polepszyć humor, bo niższa warstwa ma gorzej, na nią można zwalić swoje żale, Kamil jest naprawiaczem zepsutych nerwów, powodem kolejnych i zasługuje jedynie na machnięcie ręką i dalszy płacz w poduszkę. Leczy wyrzuty sumienia, jest pionkiem w cudzej grze. Kamil to chłopak niegłupi, cisną go stereotypy i matka, żyje jak może, żyje jak potrafi, marzy o nagraniu płyty; pytanie, który dres z obskurnego, patologicznego bloku nie marzy, by gorycz życia przelać na słowa, słowa na rapsy, jedynie muza może ocalić. Generalizuję, bo generalizuje Masłowska, w sposób subtelny jednakże, konkretnie, lecz nienachalnie, bo tego od niej jej dramat wymaga. Inni ludzie to Warszawka w pigułce, to wycinek Polski w proszku, wystarczy popić tajgerem, zalać kranówą. Masłowska zwraca uwagę na wszystko, co w Polsce się dzieje tu i w trybie nał, jest aborcja i są uchodźcy, #metoo i diety w pudełkach. To taki stan rzeczy na teraz i już, jak przyjdzie nowe, będzie jak wspominać, bo Masłowska spisała to za nas i dla nas, i bardzo dziękuję, bo przejrzałam się w lustrze (nie zobaczyłam odbicia).

Masłowska w Innych ludziach pokazuje, że jest źle. Nikogo nie obwinia. Stwierdza fakt, idzie przed siebie. „Popatrzcie ludzie, takiego świata nie znacie” albo „Znajoma sytuacja, coo?” — zdaje się mówić przez zęby zaklejone różową orbitką. Często zapominamy, że istnieje kilka światów. Nowa książka Masłowskiej to jednak nie tylko trudne sprawy w rzeczywistości, to coś więcej niż studium niespalonych petów i słów, o których niewypowiedzeniu nikt w Innych ludziach nie myśli. To literacka zabawa, która jest dużą próbą, w znacznej mierze udaną, niebezbłędną jednak. Ta chwila przedstawiona, te trzy dni z życia Kamila poniedziałek wtorek środa, mogłaby być nieco bardziej równa, początek jest gwałtowny i intensywny, potem Masłowskiej rytm się nieco gubi. Mimo to jednak mamy do czynienia z domkniętą całością, Inni ludzie to szybki rzut oka na beznadzieję istnienia, na te wszystkie zimne ryby zamknięte w korpo-akwarium czy innych planach zdjęciowych seriali, z którymi jadamy kolację. Treść dramatu-piosenki, rapsu długiego na godzinę i trochę, jest chłodną realią. Nie wiem na ile Masłowska chciała szokować tą książką, dobitnym,  nieobcym jej twardym słowem, i samym pomysłem, dość oryginalnym. Wątpię, że chciała, a jak chciała, to wyszło nie do końca. Inni ludzie są pewną innowacją, ciekawym zabiegiem literackim, ale przez to, że na okładce widnieje akurat to nazwisko, nie możemy mówić o pełnym zachwycie nową formą. Masłowska przyzwyczaiła nas do pewnych chwytów, które stosuje — i to wcale nie jest złe, bo każdy twórca swoje chwyty ma, z tego jest znany, za to go lubią i czytają. Nikogo nie dziwi, że Masłowska porwała się na napisanie współczesnego dramatu w raperskim duchu, Masłowska taka właśnie jest. Nowoczesna, zagadkowa, przełomowa. Każde słowo dokładnie przemyślane, skrzętnie dobrane, sens zdania zachowany, językowa wariacja i wydanie w formacie płyty CD. Dramat-piosenka, podział na zwrotki, dużo przerzutni. Twarda melodyjność. Tą książką mnie kupiła, nie kryję, do tej pory nie lubiłam — twórczości, sposobu noszenia się, pretensjonalności przeze mnie na ogół cenionej, w jej przypadku — nie zdzierżonej. Ale Inni ludzie to moja bajka, i mimo ogromnych wątpliwości i szydery na twarzy wypisanej, kiedy dostałam Innych w swe ręce — odkuwam wszelkie złe słowa, dziękuję za tę przygodę, za historię Kamila czytaną w rytm trochę Visy, a trochę Madagaskaru. Fajnie się czyta będąc odzianym w trzy lampasy, zalecam, lepiej wchodzi.

21 kwietnia 2018

Nie uciekaj od swojej zabawy — M. July, „Pierwszy bandzior”

1 komentarze
„(…) nikt na przykład nie zrobi z tego wielkiej amerykańskiej love story naszych czasów.” — tak swoją miłość komentuje główna bohaterka, Cheryl, która dopiero odkrywając, czym miłość jest dla niej, spróbowała zdefiniować, czym to uczucie jest w ogóle. Pierwszy bandzior nie jest historią miłosną, nie jest, idąc za cytatem, typowym love story, chociaż okładkowy tekst może sugerować, że dokładnie właśnie tym jest powieść Mirandy July — typową kobiecą czytanką, którą odgradzamy się od słońca w upalne, letnie dni. Jednak nazwisko autorki nie pozwala nam podejrzewać, że mogłaby być to historia nie tyle banalna, co bardzo prosta. Przeciwnie, July, uznana performerka, reżyserka, jest gwarancją stuprocontowości absurdu w absurdzie, chwilami niewysmakowanego i bezczelnego, lecz niezwykle inteligentnego i przemyślanego. Pierwszy bandzior jest książką, która wymyka się ze wszelkich ram, i nie pozwala się przypisać do określonych kategorii, tej historii nie da się złapać w klatkę.
older post