03 sierpnia 2016

„Najważniejszy jest porządek w układzie z samym sobą”

3 komentarze

Zawsze nie ma nigdy, J.Pilch, E. Pietrowiak

W drugiej klasie liceum z okazji mikołajek wychowawca podarował mi Wiele demonów Jerzego Pilcha. Nie był to prezent trafiony, stwierdziłam wówczas, czego dowodem stał się fakt, iż na półce zalegał, kurząc się coraz bardziej, kolejne dwa lata. Pod koniec zimowego semestru pierwszego roku studiów ktoś gdzieś szepnął nazwisko, potraktowane przeze mnie kiedyś z obojętnością. Ogarnęła mnie nagła ciekawość, czyste pragnienie poznania. Z radosnym podnieceniem przypomniałam sobie, że Pilch gdzieś u mnie, z powoli żółknącymi kartkami, spokojnie oczekuje. Mojego dorośnięcia być może, albo właściwej chwili po prostu. Drżącą ręką ściągałam z półki niedoceniony tom, obdarzony niegdyś jedną szansą, bardzo krótką, może nieśmiałą, która egzaminu nie zdała. Nadeszła kolejna, szczęśliwa; ta, która pozwoliła mi odkryć istnienie kogoś, kto kreśli po papierze moimi myślami.

I teraz stoję przy przeszklonych drzwiach rynkowego Matrasa, biodrem opieram się o jeden z regałów, kolejni ludzie mnie mijają, wchodzą i wychodzą. Pojawiam się tu czasami między zajęciami, nic nie kupuję, patrzę na książki i zabierających je ze sobą do domu ludzi. Zbieram myśli, albo się ich pozbywam, szukam spokoju. I ja też, przychodzę i odchodzę, a teraz stoję od paru chwil w bezruchu, w dłoni trzymam tę jedną konkretną pozycję, dla której wstępuję tutaj ostatnio niemal codziennie, dzień za dniem, idąc za swoją zasadą, jedynie oglądam, dotykam i marzę o lekturze. I na moment cały świat znika, za chwilę w spojrzeniu rodzi się tęsknota, odkładam ten zbiór słów na jego miejsce. I znikam, inny świat, nie zapominam.

„Świat zmierza ku jednemu - że się rozleci, co jest wyliczone.

Swoją szczerością w udzielanych wywiadach często zdumiewa, lecz jak sam twierdzi „(…) podkręcam, bo jak ktoś słusznie powiedział, udzielający wywiadu autor w pewnym sensie zarysowuje dalszy ciąg swojej twórczości”. Nazywa to niewinną zabawą. Niewinną, bo chociaż lubi wyrazistość, a czasami nawet i gra w lekką przesadę, to w rozmowie nie kryje się ze swoimi przekonaniami. Wypada więc zapytać, na ile w takim razie Pilch w rozmowach ze swoją długoletnią przyjaciółką, Eweliną Pietrowiak, spisanych na kartach tomu Zawsze nie ma nigdy, jest tym stuprocentowym sobą, a ile w tym wszystkim jest „podkręcania” i podnoszenia stopnia niegrzeczności, z którą tak wielu jego sympatyków się już oswoiło. Rozsądek podpowiada, że, kładąc to na karb zażyłości rozmówców, potok często gorzkich, trujących brutalnym realizmem słów, budujących kolejne anegdoty, którymi Pilch tak lubi się dzielić, jest skrajnie autentyczny, bo i na cóż wystawiać jednoosobową sztukę przed bliską osobą. Zawsze nie ma nigdy, czyli wywiad-rzeka, a przy tym zbiór archiwalnych fotografii z życia autora, zaczął powstawać w czasie gdy Pilch po przebytej operacji dopiero odzyskiwał mowę. Kolejne udzielane Pietrowiak odpowiedzi na pytania często intymne, dotyczące minionego czasu, jak i obecnych działań, były cegiełkami pomagającymi odbudować fonetyczną sprawność pisarza. Zapis osobliwego rodzaju terapii jest perłą dla tych, którzy gawędziarstwo Pilcha cenią i lubią. Umiejętnie zadawane pytania, często o drobnostki, bo to właśnie one w życiu odgrywają najważniejszą rolę, wydobyły z Pilcha szereg arcyfascynujących historii, o których czyta się, stojąc w zatłoczonym autobusie, jednocześnie odnosząc wrażenie jakby snujący swą opowieść Pilch siedział w fotelu tuż naprzeciw nas. Dobrze zgrany duet stworzył cenny ozdobnik kawału mocnej literatury, jaką jest ta tworzona przez przepytywanego delikwenta.

Spomiędzy kolejnych pytań i odpowiedzi możemy wyciągnąć obraz człowieka, który jest samotnikiem i domatorem, pracującego w pomieszczeniu stanowiącym salon, bibliotekę i gabinet w jednym, które to znajduje się w mieszkaniu w samym sercu Warszawy, bo na Hożej. Mówi, że z tą samotnością trochę przesadził, ale podobno pisarz nie powinien otaczać się zbyt dużym wianuszkiem bliskich osób, bo pracy poświęcić się trzeba w pełni. Z kolegami po fachu o literaturze rozmawiać nie lubi, przynajmniej dziś, bo wcześniej się zdarzało. Zapytany o życie po życiu odpowiada, że raczej nie ma czegoś takiego, co jednak nie zezwala nam na bezczynne przeczekiwanie swojego istnienia, bo „(…) staranie jest dobre. Mamy przeświadczenie takie, że cały czas świadkujemy swemu życiu, przyglądamy się mu i bierzemy w nim udział”. Swoimi zdecydowanymi odpowiedziami, otwartością, czarnym humorem i dystansem do życia frapuje, bo nie mydli oczu, mówi, jak jest. Któż inny, z taką swobodą, mówiłby o swoich niepowodzeniach w miłości,  zbawienności co jakiś czas otrzymywanego kosza, czy, trochę poważniej, o powodzie, dla którego Bóg zesłał na niego chorobę: 

„Wymyśliłem pewien argument teologiczny, który przekonuje, i być może w tym miejscu należy to powiedzieć. Otóż gdyby nie choroba, to najprawdopodobniej, a może nawet - dajmy sobie spokój z prawdopodobieństwem, bo na pewno - ja dalej byłbym w szponach nałogu. Co pewien czas bym się w to zanurzał, tak jak się zanurzałem, z coraz gorszymi skutkami. Prawdopodobieństwo, ze prędzej czy później znaleziono by mnie martwego, było wielkie. Pan Bóg, jeśli oddać sprawę w Jego ręce, przyglądał się mojemu przypadkowi i mówił tak: Jedyną rzeczą, która może mu trochę pomóc, jest parkinson. Bo na parkinsona będzie chorował dłużej.

Powracając do wcześniej cytowanej wypowiedzi, jakoby udzielany przez autora wywiad był przedłużeniem jego twórczości - w przypadku Pilcha działa to w obie strony, jego osoba, wypowiedzi, tożsame są z kolejnymi spisywanymi (najchętniej ręcznie, ale kiedy ręka nie pozwala, to na laptopie też można) opowieściami. Ta relacja pomiędzy pisarzem-człowiekiem, a nie pisarzem-bóstwem (którego mit i tak w swoim czasie upada), a jego dziełami u Pilcha tak dobrze działa z powodu naleciałości autobiograficznych, których doznać możemy przy niemal każdej lekturze jego powieści. Tym samym, ze zdumieniem przyswajałam zamieszczone w Zawsze nie ma nigdy anegdoty dotyczące jego ojca i babki, w których to rozpoznałam bohaterów jednej z powieści. I być może tutaj znajduje się podstawa mojego absolutnego zafascynowania twórczością pisarza, jak i samą jego osobą - bo lubię to, że książki pisze za niego życie.

Pietrowiak przepytuje Pilcha ze śmiałością, którą obca osoba nie odważyłaby się posłużyć. I nie tylko pyta, ale i dopowiada, często odkrywając pilchowe karty na tyle, aby nie zdradzić zbyt wiele, ale by rzeczony rozmówca wycofać się nie mógł, przez co, chcąc nie chcąc, zmuszony jest narzucony temat kontynuować. Rozmawiają o literaturze, której to podporządkował życie. O książkach przeczytanych i napisanych. Pisarz wspomina, że ceni sobie rękodzieło, a na biurku trzyma trzydzieści dziewięć ołówków. Chętnie opowiada o swoim późnym debiucie (Wyznania twórcy pokątnej literatury erotycznej), o pierwszych „próbkach literackich”, pod którym to określeniem kryją się teksty pisane dla takich magazynów jak „Na przełaj”, „Życie literackie” czy „Student”. Historię ciągnie dalej, aż po pracę dla „Tygodnika powszechnego”, „Polityki” i przeprowadzkę z Krakowa do Warszawy, której z początku nie lubił. I kończy na tym, co jest teraz, bo w przyszłość nie chce wybiegać - nigdy tego nie praktykował, a powodów, by nawyk zmienić, raczej ubyło niż przybyło. Jedno jest pewne - chociaż za podróżami nie przepada, i z każdej kolejnej czym prędzej wracał do domu - ta, która trwa obecnie, przez wielu nazywana po prostu Życiem, wyjątkowo mu się podoba. I na chwilę obecną, raczej nigdzie Pilchowi nie jest spieszno.


Wszelkie zamieszczone w tekście cytaty pochodzą z Zawsze nie ma nigdy.