21 października 2011

Elizabeth Gilbert - Jedz, módl się, kochaj

Zazwyczaj najpierw czytam książkę, a potem dla zwykłej przyjemności oglądam film, który został nakręcony na jej podstawie. W przypadku 'Jedz, módl się, kochaj', było na odwrót. Najpierw zapoznałam się z ekranizacją, a gdy nadarzyła się okazja - z książką. Film spodobał mi się, i to bardzo, więc miałam cichą nadzieję, że książka będzie jeszcze lepsza. W końcu dwugodzinny seans nie jest w stanie oddać wszystkich emocji i sytuacji, tak jak robi to książka. Myślałam, że powieść autorstwa pani Elizabeth Gilbert będę wychwalała pod niebiosa. Jaka szkoda, że tak się nie stało.

Elizabeth Gilbert (bo główną bohaterką tak naprawdę jest sama autorka) kiedyś miała wszystko. Wspaniałą pracę, piękny dom, kochającego męża. Pomimo tego nie była szczęśliwa, brakowało jej... wolności. Jej miłość do męża się wypaliła, postanowiła wziąć z nim rozwód, który pomimo wszystkiego, bardzo ciężko przeżyła. Potem nastał czas na depresję i kolejną nieszczęśliwą miłość. Aż w końcu powiedziała: dość, spakowała najpotrzebniejsze rzeczy, i wsiadła w samolot, który miał za zadanie dowieźć ją do pierwszego miejsca, rocznej, trzy etapowej podróży - do Włoch. Potem odwiedziła Indie i Indonezję. Chciała odnaleźć spokój i harmonię. Odpocząć od nieszczęśliwych przeżyć. Pobyć samej ze sobą. Czy Elizabeth osiągnęła wszystkie zamierzone cele?

Na początku były wielkie ochy i achy. Oglądałam ekranizację, także wiedziałam mniej - więcej co się wydarzy. Główna bohaterka, Elizabeth, najpierw wybrała się do Włoch. Jestem zauroczona tym państwem, kulturą Włochów, a przede wszystkim - ich cudownym językiem, który jest lekki i zwiewny niczym chmurki na wiosennym niebie. Nie wiem czy to jest trafne określenie, ale ok. Wracając do Włoch, a raczej do części książki, która je opisuje - było miło, przyjemnie i smakowicie. Nie raz miałam ogromną ochotę spróbować tych wszystkich przysmaków, które Gilbert spożywała. A jadła naprawdę dużo! Po czterech miesiącach (na szczęście nie moich, tylko tych w książce), główna bohaterka wyjeżdża do Indii. I tutaj zaczęły się problemy. Elizabeth nie robiła nic ciekawego, poza modleniem się, łażeniem na jakieś mantry i rozmyślaniem. Ostro wiało nudą. Te wszystkie rozmyślania, snucie refleksji i głupie problemy (kobieto, jak nie lubisz chodzić na jakieś tam śpiewy, to po prostu je sobie odpuść, a nie narzekaj mi przez sto tysięcy stron, jaka ty jesteś nieszczęśliwa, bo o trzeciej nad ranem musisz wyśpiewywać bodajże 108 wersów jakiejś dziwnej indyjskiej pieśni! O trzeciej nad ranem to normalni ludzie śpią) na przemian doprowadzały mnie do szewskiej pasji lub do płaczu - płaczu z bezsilności. Po moich długich, pełnych katuszy mękach Gilbert postanowiła udać się na Bali. Na horyzoncie zaświeciło mi małe słoneczko, jednak nie na długo. Im dalej brnęłam w tę opowieść, tym bardziej pogrążałam się w nudę i otępienie. Boże, co ja ci takiego zrobiłam?! Wróćmy jednak na Bali. Elcia (jak to z pieszczotliwą ironią zaczęłam nazywać naszą podróżniczkę...) codziennie odwiedzała swojego ulubionego szamana, modliła się, spała, jadła itp. Potem nastąpił przełom, znalazła przyjaciółkę (!), balijską uzdrowicielkę, i zaczęła u niej przesiadywać dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Cudownie. Po jakimś czasie nawiązała romansik (wow) i stwierdziła, że jest najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. A potem nastąpił koniec. Alleluja!

'Jedz, módl się, kochaj' to jedna z najnudniejszych, najbardziej męczących książek jakie czytałam do tej pory. Bo chociaż przygody głównej bohaterki są tak naprawdę szalenie ciekawe, autorka niezgrabnie i nieumiejętnie przedstawiła je w postaci recenzowanej przeze mnie książki. Autorka zagłębiała się w szczegóły, bez których książka wcale nie byłaby uboższa - czasami też przeskakiwała między dużymi odstępami czasowymi, przez co czytelnik nie jest w stanie połapać się, co, kiedy i dlaczego się dzieje. Autorka ma naprawdę bardzo chaotyczny styl pisania... Dobra, nasłuchaliście się już za dużo krytyki. To może przejdę teraz do pozytywów? Wiem, czekaliście na nie, jednak ja wpierw musiałam się pastwić nad niedoskonałościami :). Plusy, no cóż... Występują tu takowe! (Amerykę odkryłam, od dzisiaj nazywajcie mnie proszę Pani Kolumb) Otóż wszystkie nudne opisy, rozwlekłe sytuacje i bardzo, bardzo irytującą postać głównej bohaterki (o tym później) ratowały inne ciekawe postacie, a także motyw podróży. No bo w końcu kto z nas nie ma ochoty, by odbyć tak wspaniałą, pełną emocjonujących przygód wyprawę, na której tak wiele można doświadczyć, zobaczyć i przeżyć? Nikt. A tu autorka serwuje nam piękne widoki, opisy ciekawych miejsc. Dzięki niej możemy delikatnie poznać inne kultury, co jest szalenie pasjonujące. Co do bohaterów - oczywiście cały świat kręcił się w okół szanownej Elizabeth Gilbert, jednak takie postaci jak Ketut, Wayan czy Felipe są urozmaiceniem tej książki. Ciekawe i naprawdę barwne postacie. Plusik, proszę państwa.

Elizabeth Gilbert. To imię i nazwisko jeszcze długo mnie będzie prześladowało. W życiu nie spotkałam się na kartach książki z tak niedowartościowaną, nudną, niepewną siebie, bojącą się otoczenia, stereotypową kobietą. Boże, litości! Nasza główna bohaterka to taka typowa szara myszka, która ma jednak odwagę, by wyruszyć w świat. Postać do bólu przeciętna, niczym się nie wyróżniająca. To nie ona powinna przeżywać te wszystkie przygody, ona do tej historii pasuje jak pięść do nosa. I choć bardzo często zdarza mi się utożsamiać z bohaterami, lubić ich, ba! wręcz kochać - Gilbert wywarła na mnie same negatywne uczucia. I niestety, nie lubię jej. Bardzo jej nie lubię. Ja jej wręcz nienawidzę!

Podsumowując: 'Jedz, módl się, kochaj' wcale nie jest AŻ tak bardzo złą książką, jak to wynika z mojej recenzji. Znajdziemy tu i plusy, i minusy, jednak tych drugich jest troszkę więcej. Na początku jest miło i przyjemnie, lecz niestety z każdą kolejną stroną robi się coraz gorzej. Przykro mi to mówić, ale autorka mając ciekawy, wręcz pasjonujący pomysł, nieumiejętnie ubrała go w słowa. Te słowa bolą, jednak faktycznie jest to dość słaba pozycja. Pomimo wszystkiego, zachęcam do zapoznania się z nią - może wy odkryjecie tam coś, co mi umknęło...

„Utrata czasem równowagi dla miłości stanowi część zrównoważonego życia”

Ocena: 4/10

5 komentarze:

Alexx pisze...

Czytałam... nie wspominam miło tej książki.

kasandra_85 pisze...

Film jeszcze przede mną, ale książka choć nie powaliła na kolana, to jednak aż tak zła nie była. W moim odczuciu, oczywiście:).
Pozdrawiam!!

Dusia pisze...

Nie będę się zabierać: filmu nie widziałam, romanse mnie nie kręcą... Szkoda czasu, dzięki za ostrzeżenie, Pani Kolumb ;))

Piter Murphy pisze...

Obejrzałem film i wystarczy. Na więcej nie mam ochoty

Maya pisze...

Rzeczywiście czuć złość i irytację w Twojej recenzji. Zazwyczaj irytuje nas w innych to, co mamy w sobie, a tego nie akceptujemy ;).

Mnie się właśnie część o Indiach najbardziej podobała przez duchowość i mistycyzm, ale wydaje mi się, że to kwestia wieku i dojrzałości. Gdybym czytała tę książkę w tym wieku, w którym Ty aktualnie jesteś, pewnie miałabym takie same odczucia.

Prześlij komentarz