20 kwietnia 2013

Cinda Williams Chima - Dziedzic wojowników

Nikt nie przeczy, że magia istnieje w naszym świecie. Nie ma na to realnych dowodów, nikt nie jest w stanie udowodnić, że faktycznie ma ona prawo bytu, jednak mnóstwo osób wierzy w jej istnienie. Magia to słowo szeroko pojmowane, dla każdego może być czymś innym. Magia to uśmiech ukochanej osoby, magia to delikatna rosa zalegająca na zieleniutkiej trawie, magia to także czary, dobrze nam znane hokus-pokus i abrakadabra. Nie wiem jak Ty, kochany Czytelniku, jednak ja w magię wierzę całym swym sercem. Objawia się ona w moim życiu pod każdą możliwą postacią. Mam z nią do czynienia na co dzień. Nie, Czytelniku. Nie jestem dobrą wróżką, która spełni wszystkie Twoje życzenia. Ale możemy ponegocjować, bo czarownica ze mnie jest niezła. Żadne czary nie mają przede mną tajemnic. A zwłaszcza czary, które zalegają na kartach książek.

Jack Swift to zwykły nastolatek, który posiada typowe dla młodych ludzi problemy: szkoła, kłopoty rodzinne, przyjaciele, drużyna sportowa i miłość. Pewnego dnia zapomina napić się specyfiku, który zażywa od najmłodszych lat. Lek ten ma za zadanie utrzymywać serce chłopaka z zdrowym rytmie. A przynajmniej tak myśli Jack i jego matka. Po kilku zdarzeniach, spowodowanych niespożyciem lekarstwa, Jack przekonuje się, jakie zadanie czeka go w przyszłości. Okazuje się, że jego dotychczasowe życie było mistyfikacją, a rola, jaką odegra, będzie niezwykle znacząca dla świata, gdzie magia to słowo używane i praktykowane na porządku dziennym.

Cinda William Chima to jedna z tych autorek, których powieści nigdy mi się nie znudzą. Coraz to nowsze pomysły, doskonale rozplanowane fabuły, bajecznie kolorowi bohaterowie, i ta nuta klasycznej fantastyki zawarta gdzieś tam, pomiędzy zdaniami na zadrukowanych kartach. Pamiętam dokładnie, jakby to było wczoraj, moje pierwsze spotkanie z twórczością tejże autorki. Lato. Gorące popołudnie. Żar lał się z nieba. Ja, jako absolutna przeciwniczka wszelakiego ciepła, kryłam się w cieniu wielkiej lipy, w rękach dzierżąc Króla Demona. Powieść, o której nigdy wcześniej nie słyszałam, powieść, która zabsorbowała mą uwagę do reszty. Na początku me nastawienie było wielce sceptyczne, jednak już po przeczytaniu pierwszych kilku stron, wpadłam po uszy. Albo i głębiej. Od pierwszego słowa zakochałam się w stylu i języku pisarki. Fabuła wciągnęła mnie do reszty, zaś akcja mocno trzymała w napięciu. Bohaterowie książki stali się wyśmienitymi kompanami podróży. Już od samego początku wiedziałam, że seria Siedem Królestw stanie się moją faworytką. I tak się faktycznie stało, jakżeby inaczej. Brzmi banalnie? Tak sądzę. Ale twórczość Cindy Williams Chimy banalna nie jest, co obrazuje chociażby Dziedzic wojowników, który niezwykle przypadł mi do gustu. A jakżeby inaczej...

Szczerze mówiąc, na początku trochę obawiałam się tej powieści. W mej głowie tkwił wyidealizowany obraz doskonałego kunsztu pisarskiego Chimy, i bardzo bałam się, by ten obraz nie został niespodziewanie nadszarpnięty. Wątpiłam, by Cinda potrafiła stworzyć coś równie dobrego jak seria Siedmiu Królestw. Bałam się zawodu, bałam się... No właśnie, czego? Że już nigdy nie będę mogła zaufać tej autorce? Że przez pryzmat Dziedzica wojowników będę patrzyła na inne jej książki? Że wybuchnę gromkim płaczem, pobiegnę do Rodzicielki, zawieszę się u rąbka jej spódnicy (co z tego, że ona nie nosi spódnic) i wyszlocham jej, jak to rozczarowanie bardzo boli? Tak, właśnie to spędzało sen z mych powiek. Ale przecież ja jestem odważna, to ja stawiam czoła wielkim wyzwaniom, i postanowiłam udowodnić sobie, że nawet jeśli rozczarowanie zaboli, nie zrujnuje to mojego uwielbienia do twórczości Cindy Williams Chimy. Sięgnęłam po Dziedzica wojowników, mocno zagryzłam zęby i... pozwoliłam się oczarować. Czyli jednak płacz nie był mi pisany. Na całe szczęście.

Obyło się bez szalejących palpitacji serca, wypieków na policzkach i bezsensownego obgryzania paznokci, spowodowanego nerwami (na szczęście...), jednak przyznam, iż konsumpcja tejże pozycji przebiegła nadzwyczaj pozytywnie. Z ciekawością obserwowałam metamorfozę autorki, dane mi było zobaczyć ją w zupełnie innej roli. Fabuła Dziedzica wojowników nie jest może nadzwyczaj oryginalna, lecz banalną też nazwać jej nie można. Akcja galopuje z prędkością światła, a urok małego miasteczka, w którym mieszkają bohaterowie, oczarował także mnie. Dziedzic wojowników to taka nieskomplikowana, bardzo lekka i przyjemna powieść z gatunku fantasy, której najambitniejszą nazwać nie możemy, jednak jako motyw do rozrywki spisuje się świetnie. Niezwykle przypadł mi do gustu fakt, iż Chima w zgrabny sposób oparła fikcyjną fabułę na realnych wydarzeniach - mowa tutaj oczywiście o Wojnie Dwóch Róż, która miała miejsce w Anglii, w piętnastym wieku. Zaskakujące jest to, w jak doskonały sposób autorka podporządkowała pewne wydarzenia właśnie temu zdarzeniu. Dzięki temu zabiegowi, fabuła jest urozmaicona i niebanalna. Pani Cindo, congrats!

Niezwykle cenię sobie bohaterów danej powieści, którzy stają się niepowtarzalnymi kompanami przygody. Lubię zżyć się z jakąś postacią, móc przeżywać to samo, co ona. Niestety, w przypadku Dziedzica wojowników nie do końca było mi to dane. Owszem, główny bohater, Jack, to chłopiec, którego da się lubić, jednak nie połączyła mnie z nim żadna głębsza więź. Jego los nie był mi zupełnie obojętny, jednak nie przeżywałam tych wszystkich przygód całym sercem, z nim. Bardzo spodobała mi się kreacja postaci ciotki Jack'a, Lindy, która to jest kobietą niezwykle tajemniczą, charyzmatyczną i urokliwą. Ogólnie, Chima ma dar do tworzenia ciekawych postaci, jednak w Dziedzicu wojowników nie wykorzystała go w pełni. A szkoda. Bo mogło być bardziej kolorowo. Jest żywo, z emocjami, wszystko dzieje się szybko, ale czegoś mi tutaj brakuje. I sama nie wiem czego. Mam uczucie pustki, której nie da się wypełnić, a której do końca nie jestem w stanie zdefiniować. Dziwne. No ale, cóż poradzić.

Nie mogę pozbyć się wrażenia, że Dziedzic wojowników to lektura skierowana głównie do nastoletnich odbiorców. Nie jest to fantastyka z górnej półki, nie ma w niej nic szalenie ambitnego, momentami akcja dzieje się za szybko i zbyt lakonicznie, jednak nie zamierzam spisywać tego wszystkiego na straty. Dziedzic wojowników, pomimo kilku wyraźnych wad, jest lekturą niezwykle ciekawą, ujmującą i wartą przeczytania. Emocje odgrywają w tej powieści dość ważną rolę, zaś magia i fantastyczne istoty są zsunięte na nieco dalszy plan przez doskonale ukazaną potęgę miłości i przyjaźni. Nie jest milutko i ckliwie, co to, to nie. Cinda Wiliams Chima zadbała o to, by dostarczyć swym czytelnikom dobrej, wartościowej rozrywki, lecz także sporej dawki prawdziwych, tych najważniejszych wartości życiowych. I za to Cindę lubię. I wiem, drogi Czytelniku, że Ty również ją docenisz. Kiedyś na pewno.

Ocena: 7/10


„- Pamiętasz co mówiłem, kiedy wyjeżdżałeś z Trinity?
- Żebym nie zapominał, kim jestem.”

3 komentarze:

Kate pisze...

Po przeczytaniu tej recenzji chyba bardziej mam ochotę przeczytać 'Króla Demona', ponieważ nie miałam jeszcze okazji. I chyba własnie tak zrobię. :P

Pozdrawiam. :D

Chabrowa pisze...

Wiele dobrego słyszałam już o tej autorce. Muszę w końcu sięgnąć po jakąś książkę. Najpierw chyba jednak zacznę Siedem Królestw

Sol pisze...

Jak dobrze, że mam Króla demona :D Ponoć pierwszy tom taki sobie... Ale uzbieram całość i dopiero się za nią zabiorę :)

Prześlij komentarz