14 kwietnia 2013

Tricia Rayburn - Mroczna toń

Gdzieś tam, w mrocznych odmętach zimnej toni, gdzie Ty, słaby śmiertelniku, nie odważysz się nigdy dotrzeć, swoją kryjówkę mają pradawne istoty, które zwą się syrenami. Powoli rosną w siłę, by w niedalekiej przyszłości uprzykrzyć żywot kilku przystojnym młodzianom. Ich urok jest nieodparty, wdzięki urocze, zaś samo ich spojrzenie czaruje potencjalną ofiarę. Te piękne kobiety kochają się w śmierci, ból jest ich przyjacielem, a sianie zniszczenia to ich zajęcie na pełen etat. Niebezpieczeństwo kryje się w każdym ich ruchu. Czy odważysz się, drogi Czytelniku, stanąć z nimi oko w oko? Twoja odwaga mnie zadziwia. Imponujesz mi. Skoro taka jest Twoja decyzja, życzę Ci powodzenia. Wierzę, że Ci się uda. Wiem, że do mnie powrócisz. A jeśli nie... To trudno.

Vanessie coraz trudniej jest odnaleźć się w roli syreny. Zmiany, które dzieją się z jej organizmem, bardzo dają jej się we znaki. Dziewczyna postanawia w czasie letnich wakacji wyjechać do swojego ukochanego nadmorskiego miasteczka, jakim jest Winter Harbour. Nie podejrzewa jednak, że wszystko dookoła będzie jej przypominało o niedawno utraconej miłości. Vanessa wciąż darzy Simona uczuciem i nie jest w stanie sobie wyobrazić życia bez niego. W głębi serca wierzy, że naprawdę są sobie pisani.

Mój głośny płacz było słychać chyba nawet w Kołobrzegu, albo i nawet dalej. Pozwolę sobie przypomnieć, że jestem z Krakowa, i to właśnie tutaj siedzę, kiwam się w przód i w tył, i nie mogę przestać wyć z rozpaczy. Taka dobra seria, tak fantastyczna, tak obiecująca, tak niesamowicie ekscytująca... zakończyła się w sposób doprawdy gorszący. Jestem absolutnie załamana poziomem, jaki reprezentuje Mroczna toń, i nie jestem w stanie pogodzić się z bólem, który zadała mi Tricia Rayburn. Nie, ja wcale nie przesadzam. Nie, nie dramatyzuję. Nie, wcale mi się nie pomieszało w głowie, wszystko jest ze mną zupełnie okej! Nie lubię po prostu, gdy seria, która rozpoczęła się naprawdę interesująco, która została pociągnięta w ciekawy sposób, kończy się fiaskiem. No kochany Czytelniku, przecież to skandal jest. Jak można ranić tak moje już i tak mocno obolałe serce? Nie ma litości na tym świecie. To smutne.

Syreny to istoty, które już od dawna mnie inspirują. Motyw pół-kobiet i pół-ryb już od dawna jest ubóstwiany przez artystów - nie tylko pisarzy. Obecnie na rynku wydawniczym znaleźć książkę, której tematem przewodnim są syreny, zakrawa niemalże o cud. Dlatego tak bardzo cieszyłam się, gdy w moje szpony wpadła Syrena Trici Rayburn. Genialne połączenie mitologicznych w niedosłownym sensie istot z gatunkiem paranormal romance. Druga część, Głębia, przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Pochłonęłam ją w tempie natychmiastowym, i z głośnym westchnieniem stwierdziłam, że długo przyjdzie mi czekać na ostatnią, finalną część. Gdybym wtedy wiedziała, jak bardzo się zawiodę, nie brałabym Mrocznej toni do ręki, tylko kończąc lekturę na Głębi, sama dopowiedziałabym sobie, jak dalej potoczyły się losy Vanessy i Simona. Naprawdę, bardzo chciałabym powiedzieć (napisać?!), że finał zaskoczył mnie w tym pozytywnym sensie. Niestety, nie mam w zwyczaju Cię kłamać, drogi Czytelniku, dlatego od razu wywalę Ci kawę na ławę: Jedna. Wielka. Porażka. Amen.

Zacznijmy może od tego, że w Mrocznej toni fabuły praktycznie nie ma, a akcja zanika na trzy czwarte książki. Dziękuję, tyle wystarczy. Lektura ostatniej części trylogii upłynęła mi pod znakiem tępego wpatrywania się w karty powieści, mechanicznego przewracania owych kart, i niemego okrzyku, który wyrywał się z mych ust. Pełna desperacji biegałam oczami po tych czarnych znaczkach, w nadziei na przebłysk czegoś znajomego, czegoś, czego mogłabym się chwycić niczym tonący brzytwy i powiedzieć: no, nareszcie, Rayburn wraca do formy! Płonne były te moje nadzieje, oj płonne. Po tej jakże beznamiętnej lekturze, zamknęłam książkę, odłożyłam na biurko, i z powrotem rzuciłam się na łóżko, mając w głowie totalną pustkę. To nie tak miało być. To nie tak miało się skończyć. Zastanawiałam się, co sobie tak w ogóle ta Rayburn myślała, pisząc tak katastrofalne zakończenie, które nie wniosło absolutnie nic nowego w stosunku do całej trylogii. Jak już wspomniałam, równie dobrze mogłam zakończyć swą przygodę z syrenami na Głębi, i chyba wyszłoby mi to na dobre. Gdzie się podział ten lekki, nieabsorbujący styl pisania? Gdzie jest fabuła? Co się stało z akcją?! W tym momencie powinnam napisać - ciąg dalszy nastąpi. Ale no cóż, jakby to ująć... Nic już nie nastąpi. Bo to jest koniec. Beznadziejny koniec.

Omdlewając niemalże z rozpaczy, bezsensownie wierzyłam, że chociaż moi ulubieni bohaterowie uratują mnie od absolutnej zagłady. Pudło. Ja chyba naprawdę muszę przestać wierzyć w cuda, bo ta moja głupia naiwność kiedyś mnie wykończy. Vanessa, która do tej pory była bohaterką naprawdę przyjemną, w miarę ogarniętą, którą dało się lubić, stała się nudna, szara i zwyczajna. Prócz pochłaniania hektolitrów słonej wody nie robiła absolutnie nic innego. W pewnych momentach miałam ochotę nią potrząsnąć i wykrzyczeć w twarz, żeby wzięła się do życia. Niestety, nie odkryłam jeszcze metody na przeniesienie się w fizyczny sposób do wyimaginowanego świata, ale kiedyś to z pewnością uczynię, bo mam ochotę zrobić tylu postaciom awanturę, że to przechodzi ludzkie pojęcie. Ale dobrze, wróćmy jeszcze na chwilę to realnego świata. Simon, w którym zadurzyłam się po uszy, który był kochany, opiekuńczy, romantyczny i taki słodki, stał się... No właśnie, czym?  Jakimś chłopkiem roztropkiem, za którym ugania się syrena na niepełnym etacie. Ani to romantyczne, ani słodkie, jakieś takie nijakie. Zarówno Vanessa, Simon, jak i ich związek to jedna wielka porażka. Zabrakło jakichkolwiek... uczuć!

Myślałam, że to pożegnanie będzie wyjątkowo łzawe, gdyż niezwykle zżyłam się zarówno z Vanessą i Simonem. Zżyłam się z uroczym Winter Harbour. Zżyłam się z tymi okrutnymi syrenami, bądź co bądź. Jednak w obecnym momencie nawet nie mam ochoty pomachać im białą chusteczką na pożegnanie, mam ochotę rzucić to wszystko, zapomnieć i uciec z krzykiem, daleko, bardzo daleko. Nie pozwoliłam sobie na zepsucie opinii o całej trylogii - zapamiętam Vanessę, Simona i resztę bohaterów takimi, jacy byli w Syrenie i Głębi. Dla mnie Mroczna toń nie istnieje, a przynajmniej próbuję sobie jej istnienie wyperswadować, bo gdybym miała ciągłą świadomość, jak to się naprawdę potoczyło, tak bardzo beznamiętnie, tak bardzo nudno, tak bardzo bez życia, to wyrwałabym sobie wszystkie włosy z głowy, sztuka po sztuce, w pełnym szaleństwie. Pani Rayburn dziękuję za wprowadzenie mnie do tak magicznego świata, jednak mam ochotę wysłać jej bardzo chamskiego i niecenzuralnego emaila, z treścią, która aż buchałaby nienawiścią. Ale gdzie tam, aż taka wredna nie jestem. Chyba. Raczej. No cóż, jeszcze przemyślę tę kwestię. Arivederci.

Ocena: 3/10


„- Jeśli nie widzisz każdego dnia, to wcale nie znaczy, że wymazujesz to z pamięci. ”


Syrena
Syrena   |   Głębia   |   Mroczna toń

11 komentarze:

Dzosefinn pisze...

Mimo Twojej surowej oceny przeczytam tę trylogię, bo jestem po prostu jej ciekawa :)

cyrysia pisze...

Ojojoj, nie myślałam, że ,,Mroczna toń'' tak słabiutko wypadnie w twoich oczach. No cóż, w takim razie sama również nie będę jej szukać i czytać, tylko już teraz razem z tobą napiszę jej -Arivederci.

Rosemarie pisze...

Bardzo nisko oceniłaś, co nie zachęca mnie raczej do tej serii. Nie czytałam jej, kiedyś się przymierzałam, ale mam wrażenie, że z tego gatunku jest o wiele więcej ciekawszych i LEPSZYCH książek. :)
pozdrawiam!

Véronique. pisze...

Jestem zafascynowana sposobem pisania postów. Mam pytanie, czy ty aby też nie piszesz książki, czy jednak tylko czytasz książki? idealnie się do tego nadajesz. Poważnie. Może warto spróbować, nie każdy ma wrodzony talent, a ty masz wyobraźnie sądząc po pisaniu. Do końca, nie doczytałam, przyznam się bez bicia. przeczytałam 3/4 ale i tak jestem zauroczona. zaobserwowałam, żebym mogła cię znaleźć aby jeszcze kiedykolwiek wpaść.
co do książki. nie zachęciła mnie zbytnio, te syreny. ale sam tytuł jest niezwykle interesujący, pełen tajemnic.
wpadnij do mnie jak znajdziesz chwilę: http://i-could-go-either-waybow.blogspot.com/

Pozdrawiam :)

Lady Redżina pisze...

Nigdy nie byłam zainteresowana tymi książkami, ale, o rany, to musiało być dołujące, że dobrze zapowiadająca się historia nie zakończyła się zadowalająco... Rozczarowania bywają bardzo gorzkie... Moja przyjaciółka czytała Syrenę i bardzo ją chwaliła, nie wiem czy kontynuowała swoją przygodę z tą serią, ale mam nadzieję, że jeśli ostatnia część jest faktycznie tak beznadziejna, to się bardzo nie załamie ;)
Całusy! :*

Klaudia Sowa pisze...

Nie czytałam jeszcze tej serii, ale po przeczytaniu Twojej niepochlebnej opinii nie sądzę, że sięgnę po nią w najbliższym czasie. Zacznijmy od tego czy sięgnę po nią w ogóle.. Tak dobry i nietuzinkowy pomysł na książkę został potraktowany brutalnie( łagodnie mówiąc). Nie dziwię się Twojego płaczu i zawiedzenia, ja w takich sytuacjach mam ochotę przejść się do autora i rzucić w niego książką, że tak zniszczył moją przygodę z książką, która swoim początkiem mnie zafascynowała :).

Alice pisze...

SPodziewałam sie lepszej lektury, niestety myliłam sie. Uwazam, ze sam pomysl byl dobry, ale jak widac gorzej z wykorzystaniem go.
Obserwuje.
P.S
Tez uwielbiam Johnego Deepa :) no i oczywiscie Stephena Kinga :)

Sol pisze...

Ojeee... A mnie się podobało. Jednak, jak na zakończenie całkiem dobrej serii, to kiepsko - fakt ;)

Miłośniczka Książek pisze...

Szczerze powiedziawszy na dzień dzisiejszy nie ciągnie mnie do tej serii. I z tego, co widzę, nie mam czego żałować.

miqaisonfire pisze...

To chyba nie jest idealne zwieńczenie trylogii... Chyba w ogólne nie odważę się sięgnąć po tę serię.

Alexandra Sz pisze...

Boże cudownie piszesz naprawdę !
Naprawdę super blog, widać, że wkładasz w niego dużo serca ;]
Będę odwiedzac częściej ;)
+ obserwuję , jeśli masz ochotę, możesz mnie rownież zaobserwować ;3
http://sooletsbecrazytogether.blogspot.com/

Prześlij komentarz