22 maja 2013

Elizabeth Gaskell - Ruth

Delikatnymi rękoma unosisz sprawnym ruchem rąbek swej najlepszej sukni, by uchronić ją przed bliższym spotkaniem z błotem, które mogłoby zniszczyć jej wszelkie walory. Wzdychasz głęboko, gdy pomimo wszelkich starań, kilka kropel błotnistej brei spada na Twe nowe trzewiki. Gorset uciska Twe wątłe ciało, a gustowne rękawiczki chronią delikatną skórę przed wszelakimi uszkodzeniami. Nie dane Ci jest narzekać, bo prawdziwej damie narzekanie nie przystoi. Prawdziwa dama znosi swój los z godnością, nie afiszuje się z bólem i cierpieniem. Prawdziwa dama szanuje swoje przeznaczenie, i nawet nie myśli, by uderzyć do Boga z jakąkolwiek skargą, ba! nawet boi się o tym pomarzyć. A gdyby tak nagle wszystko się zmieniło? Gdyby wszystko wyglądało inaczej? Gdyby wszyscy dookoła przestali dyktować Ci, jak masz żyć? Prawdziwa dama nie śmie o tym nawet pomyśleć. Ale zaraz, zaraz. Kto powiedział, że Ty musisz być damą? Nikt. Więc zacznij żyć tak, jak chcesz. Żyj własnym życiem, i nie bój się rozwiązać kilku supłów w swoim ciasnym gorsecie. Odetchnij w końcu pełną piersią, poczuj, że żyjesz.

Ruth Hilton to młoda dziewczyna, sierota, która utrzymuje się z bycia szwaczką. Pewnego dnia, przez niefortunną sytuację traci swą posadę, a razem z tym wszelkie nadzieje na lepszą przyszłość. Z opresji ratuje ją przystojny mężczyzna, oczarowany urodą i wdziękiem Ruth, który proponuje jej dach nad głową. Ich wspólne szczęście nie trwa jednak długo, zhańbiona i zdruzgotana Ruth zmuszona jest zacząć całkiem nowe życie. Pociechę znajduje u ludzi, którzy gotowi są dać jej swój szacunek i ciepło. Kiedy pan Bellingham ponownie wkroczy w życie dziewczyny, rozegra się prawdziwa wojna pomiędzy uczuciami, a osobistą dumą młodej damy.

Mam taką ogromną ochotę napisać Ci, drogi Czytelniku, że tak, Ruth ogromnie przypadła mi do gustu, że zakochałam się w tej pozycji, że czytając tę pozycję ogarniały mnie pieszczotliwe ciarki rozkoszy. Kłamcą jestem wręcz doskonałym, kłamstwem jednak się brzydzę, dlatego zawsze powtarzam, że ja tylko koloruję prawdę. Gdzieś jednak zagubiłam moje doskonale zaostrzone kredki, więc tym razem nie zamierzam kolorować. Naprawdę chciałabym napisać, że Ruth to lektura mojego życia, jednak prawda ma się nieco inaczej. Od dosyć niedługiego czasu jestem absolutną miłośniczką klasyki. W końcu nadszedł ten czas, kiedy dziewiętnastowieczny język przemówił i do mnie, nareszcie dane jest mi wzdychać nad wyimaginowanym obrazem cudownych, niepowtarzalnych sukien, eleganckich powozów, a przede wszystkim - nienagannych manier. Zawsze twierdziłam, że urodziłam się nie w tej epoce, co trzeba. Moim marzeniem jest choć na jeden dzień przenieść się w czasy wiktoriańskie, bym mogła założyć suknię z mych snów, zostać przepasana gorsetem, wziąć parasolkę do ręki, i móc pić zacną, popołudniową herbatkę w gronie mych dobrych przyjaciół. Miałam ogromną nadzieję, że Ruth pozwoli mi chociaż na kilka godzin zapomnieć o codzienności, że to dzięki tej powieści przeniosę się choć na kilka godzin w czasy, kiedy tak naprawdę powinno mi być dane prawo bytu. Choć lektura zapowiadała się przednio, nie do końca spełniła moje wszelkie oczekiwania. A było to tak...

Nie, zaraz, zagalopowałam się. Nie będę Ci tu, drogi Czytelniku, opowiadała żadnych bajek, bo nie za to mi płacą (taki drobny żarcik). Liczy się prawda, i tylko ona - tak, mówię to ja, nałogowa kłamczucha, czy też ubarwiaczka (?) prawdy. Lektura zapowiadała się nad wyraz zacnie, gdyż fabuła wydawała mi się niebanalna. Jak zwykle, jak to ja, miałam wielkie oczekiwania co do tej pozycji, o których wspomniałam już chwilę wcześniej. Miałam nadzieję, że dzieło Elizabeth Gaskell zaczaruje mnie do tego stopnia, że absolutnie zapomnę o szarej rzeczywistości. I na początku tak było. Pierwsze sto stron pochłonęłam w mgnieniu oka. Na mej twarzy wypisane zostały rumieńce, spowodowane emocjami. Oczy me z zachłannością pochłaniały te delikatne, czarne znaczki wydrukowane na białych kartach. Wyobraźnia pracowała na pełnych obrotach. Miało być tak pięknie! Niestety, jestem pechową osobą, którą spotykają wielkie rozczarowania, tuż zaraz po momencie ogromnej ekscytacji. Drugą połowę książki przemęczyłam, i to ledwo ledwo. Gdy patrzyłam na okładkę Ruth, miałam ochotę wrzeszczeć - z wściekłości. Bo miało być cudownie. Może nie perfekcyjnie, ale cudownie. A wyszło jak zwykle. 

Ktoś mi może zarzucić, że jak zwykle dramatyzuję. Wzdycham sobie smętnie, kręcę powoli głową, i nie dowierzam, jak można być tak beznadziejnie płytkim, by sądzić, że specjalnie opowiadam takie bzdury, o, jakby nie było, perełce wśród klasyków. Przyznam szczerze, że w pewnych momentach przeżywałam tak wielkie rozterki emocjonalne, że miałam ochotę rzucić Ruth daleko w kąt, i nigdy do niej nie wracać. Nie jestem jednak aż tak wredna, przynajmniej nie dla samej siebie, i wytłumaczyłam sobie, że dokończenie tej lektury to moja powinność. Zagryzłam więc zęby, i brnęłam dalej, w głębokie błoto. Wiem, że nie powinnam porównywać Elizabeth Gaskell do sióstr Brontë, bo to niejako mija się z celem, jednak muszę wykrzyczeć, iż pani Gaskell mogłaby Emily, Charlotte i Anne buty czyścić! Ba, nawet na to nie zasługuje. Ale spokojnie. Wdech i wydech. Co z tego, że Ruth to książka, która na kilometr wieje nudą, co z tego, że fabuła jest tak drętwa, że w płucach czułam stęchłe powietrze, co z tego, że akcja wlecze się niczym najwolniejszy ślimak tego świata, co z tego, że bohaterowie są beznadziejni, bezpłciowi i nijacy? No cóż, nic z tego. Miałam ochotę na wspaniałą, subtelną ucztę literacką. Chciałam poczuć się zaspokojona, syta, chciałam, by ta opowieść zagrała mi na emocjach. Co z tego, że chciałam dobrze? Skończyło się na zasłanianiu ust ręką, coby nie urazić nikogo mym wyjątkowo częstym ziewaniem.

Zawsze marzyła mi się taka stylowa, elegancka parasolka, którą mogłabym nosić zawsze przy sobie, bynajmniej nie jako osłonę przed złośliwym deszczem, który notabene wprost ubóstwiam, lecz w celach dekoracyjnych. Gdybym takową miała teraz pod ręką, chętnie zdzieliłabym autorkę Ruth po głowie, i nie, wcale bym się nie wahała. Najbardziej boli mnie to, że Gaskell na siłę rozwlekła swoją opowieść, podczas gdy mogłaby ją śmiało zmieścić na połowie tych zadrukowanych kart. Przez to bezsensowne, usilne rozwijanie fabuły, historia jest fascynująca, a i owszem, lecz jedynie na samym początku, i samym końcu, gdzie akcja jest troszeńkę żywsza, a bohaterowie choć odrobinę bardziej... realni. Osobiście, wyjęłabym najostrzejsze nożyczki jakimi tylko dysponuję, i wycięłabym całą środkową cześć książki. Gwarantuję, że potencjalny czytelnik wcale by na tym nie ucierpiał, ba! wyszłoby mu to wręcz na lepsze. Takie przysypianie nad książką nie jest zdrowe, człowiek się tylko męczy, i nic więcej. Lepiej od razu wrzucić książkę w płomienne czeluści ogniska, i odpłynąć w mocny, słodki sen. Ale wiesz co, kochany Czytelniku? Ruth ma także swoje pozytywne strony. Bo chociaż główna bohaterka nie przypadła mi do gustu, a wręcz przeciwnie, ostro działała na nerwy, bo była aż do bólu mdła, szara, nudna i bezpłciowa, na dodatek dziewczę to stanowiło obraz osóbki niezwykle głupiutkiej i nienadającej się do życia, to jednak dziewiętnastowieczne realia zawsze mnie fascynowały, i to właśnie przedstawienie tej całej gamy zachowań, tradycji i kultury, uratowało mnie od porażającej klęski. Prócz tego, niezwykle spodobał mi się sposób, w jaki autorka ukazała czytelnikowi ówczesną mentalność, odbiór roli kobiety w tamtejszym społeczeństwie i szereg sytuacji, które bardzo wzbogacają wiedzę kulturową. Nie dramatyzuję, nie było aż tak tragicznie. Ale piać z zachwytu nie mogę, niestety.

Zawsze twierdziłam, że klasyka daje mi swoistego rodzaju ciepło, ciepło, którym mogę się żywić, wśród którego czuję się dobrze, a przede wszystkim, bezpiecznie. Dziewiętnastowieczna literatura to naprawdę wyborny sposób ucieczki od szarej rzeczywistości. Jednak Ruth nie jest tego doskonałym przykładem. Styl pisarki mnie urzekł, przypadł mi do gustu ten wyszukany, subtelny język. Sam pomysł na fabułę jest przedni, jednak tak, ja już wspomniałam wcześniej - można było z tego zrobić o połowę cieńszą książkę, która nie znudziłaby potencjalnego czytelnika ani w jednym momencie. Na chwilę obecną mamy jednak opowieść, która dobrze się zaczyna, i dobrze się kończy. Środkową część pozostawię bez komentarza, bo w sumie, nie ma co komentować. Ruth wyborną ucztą literacką nazwać nie mogę, a szkoda. Bardzo tego żałuję. Myślę jednak, że części miłośników klasyki Ruth przypadnie do gustu. Mój błąd, za często porównywałam Elizabeth Gaskell do moich ukochanych sióstr Brontë. Nic jednak na to nie poradzę, to one są dla mnie ideałami kobiet i pisarek XIX wieku. Ale ja jestem zawsze otwarta na wszelkie nowości! Dlatego się nie poddaję, i zamierzam dobrać się do innej powieści pani Gaskell - Północ i południe. Mam wielką nadzieję, że ona zreperuje nadszarpnięty kunszt pisarski autorki. Wierzę w to całym sercem.

Ocena: 5/10

13 komentarze:

Sol pisze...

Oj... A mnie marzy się ta książka :D Same dobre recenzje o niej czytałam, a tutaj proszę... Niemniej, z chęcią się z nią zapoznam :)

LadyBoleyn pisze...

Jestem w trakcie czytania tej książki i przyznam, że mam mieszane uczucia. Przede wszystkim irytuje mnie zachowanie Ruth. Jednakże swoją opinię lepiej wyrażę jak już dobrnę do końca, bo jak zapewne sama dobrze wiesz - wrażenie to rzecz niesamowicie zmienna. ;)

Pozdrawiam,
www.okiem-recenzenta.blog.onet.pl

tom571 pisze...

Ciekawa recenzja, niestety książka chyba nie dla mnie. Nie dałbym rady dotrwać do końca.
Pozdrawiam.

Flora pisze...

Tym razem spasuję, ale recenzja świetna :-)

Hanna pisze...

Mi też się marzy przywdzianie sukni rodem z epoki wiktoriańskiej... Cóż, może kiedyś mi się poszczęści i zagram w jakimś filmie, w którym taką suknię będę mogła założyć jako kostium XD

A książka? Na razie robię kolejne podejście do klasyki z "Dziwnymi losami Jane Eyre", bo poprzednie (z "Dumą i uprzedzeniem") było nieudane. Także niczego nie mogę być pewna, i chociaż mam chrapkę na "Ruth", to może mi się nie spodobać... Ale zobaczymy ;)

miqaisonfire pisze...

Myślałam, że bardziej spodoba Ci się ta książka. Ja ją mam w planach czytelniczych.

P.S. Jeśli zechcesz i znajdziesz czas, to zapraszam Cię do zostawienia komentarza u mnie i zwiększenia szansę na moją wygraną w konkursie pod postem http://miqaisonfire.wordpress.com/2013/05/24/332-konkurs-fabryki-slow-zgadnij-co-to-za-okladka-3/

Patrycja Bajerczak pisze...

A mnie jakoś do tej książki nie ciągnie. Niby dużo osób chwali, ale wydaje mi się, że ja bym się przy niej nudziła :)

Pozdrawiam!

kasjeusz pisze...

Ciekawy początek recenzji, lubię (czasem) narrację drugoosobową.
Ale na "Ruth" tak pozytywnie się nastawiłam, że żadne słowa nie zmniejszą mojej chęci kupna. :)

Pręgusek pisze...

A sądziłam, że to dobra książka i warto ją przeczytać...

monalisap pisze...

Szkoda, że środek książki jest taki bezbarwny i niepotrzebny- rozwleczona akcja, a bohaterowie średni- nie przepadam za tym. Jednak coś mnie w tej pozycji przyciąga i chyba spróbuję :) Dobrze, że pisarka zachowała klimat tamtej epoki.

Sylwuch pisze...

Jejku, jak Ty pięknie piszesz! :) Twoje recenzje czytam z nieukrywaną radością i niemałym zachwytem. "Ruth" posiadam na swojej półce i zabiorę się za tę lekturę niebawem. Nie ukrywam, że mam pewne obawy, ponieważ trafiłam już na kilka niezbyt pochlebnych recenzji tej książki, jednak... mam nadzieję, że wywrze na mnie trochę lepsze wrażenie. :)

Chmurka pisze...

Ja czytałam bardzo dużo recenzji tej książki, z których wszystkie były pozytywne, po za teraz oczywiście twoją. Trochę mnie zaskoczyłaś. Z opisu fabuła nie wydaje mi się taka nudna, ale być może to tylko zachęta do przeczytania książki. Cóż... Miałam na nią wielką chrapkę, którą szybko poskromiłaś. Będę musiała się nad nią jeszcze zastanowić. Z ceną to już w ogóle przesadzili...

Basia ♥ pisze...

Aż tak źle? Ja mam wielką ochotę na przeczytanie "Ruth" ;)

Prześlij komentarz