01 czerwca 2013

Cinda Williams Chima - Karmazynowa korona

Czasami są takie momenty, kiedy ma się wrażenie, że nic nie idzie po naszej myśli. Kiedy świat staje się szary i obcy, kiedy mamy ochotę się poddać, i uciec w kąt z głośnym płaczem. Chcemy być niewidzialni dla otoczenia, tak, by błędy naszej przeszłości rozeszły się po kościach. Wiesz, drogi Czytelniku, co w takich momentach należy zrobić? Uwierzyć w magię, gdyż to ona jest naszą jedyną deską ratunku. Magia istnieje wśród nas, i jeśli umiemy ją dostrzec, jesteśmy prawdziwymi szczęściarzami. Magia objawia się w przeróżny sposób - niekoniecznie jako błyszcząca wiązka światła, którą chętnie rozwalilibyśmy wszystko dookoła. Magia to miłość w najczystszej postaci. Magia to przyjaźń. Magia to każde wartościowe uczucie, które potrafimy w sobie odnaleźć. Magia potrafi zwalczyć nawet największe zło - chociażby to wywoływane przez otaczający nas świat, kiedy nic nie dzieje się tak, jakbyśmy tego chcieli. Ale uwaga! Magia to nie wszystko. Przede wszystkim... trzeba jeszcze umieć rzucić urok. Kto powiedział, że magią nie można się trochę zabawić? Można! 

W Fells znowu wrze. Młoda królowa, Raisa ana' Marianna ma problemy z utrzymaniem porządku w swoim królestwie. Napięcie pomiędzy czarownikami a klanami sięga zenitu. Ciągła walka o tron trwa, nie wiadomo już, kto jest przyjacielem, a kto wrogiem. Han Alister, były herszt ulicznego gangu, obecnie jedna z bliższych osób królowej, rozbudza wątpliwości zarówno w klanach jak i w rodzinach czarowników. Odkrywa on dawno skrywaną tajemnicę, informację, która ma szansę zjednoczyć ludność Fells. Młodzieniec jednak nie wie, że ujawnienie tego sekretu może mieć dla niego skutki wręcz tragiczne. Ale czego się nie robi z miłości. Czego się nie robi dla królowej Fells. 

Wprost ubóstwiam to cudowne uczucie, kiedy po raz kolejny dane jest mi powrócić do uwielbianego przeze mnie świata przedstawionego. Świata, w którym czuję się jak w domu, świata, który jest dla mnie tak bardzo realistyczny, tak bardzo bliski mojemu sercu, że z ogromną ochotą zgodziłabym się, gdyby ktoś zaproponował mi przeniesienie się w tamtejsze realia, tu, zaraz, teraz, od razu. Nie zastanawiałabym się, tylko czym prędzej chciałabym znaleźć się w moim ukochanym Fells. Czemu ukochanym? Bo od pierwszej strony Króla Demona, czyli pierwszej części serii Siedem Królestw, poczułam się w końcu na swoim miejscu. Od zawsze marzyłam, by żyć w świecie, w którym magia to nie tylko coś, w co można wierzyć lub nie, ale coś, co jest normalną rzeczą, która ma prawo bytu na porządku dziennym. Wiem, że nie zawsze byłoby tak kolorowo, jakbym tego pragnęła, jednak zadaję sobie pytanie: czy i w naszym świecie wszystko, zawsze idzie po naszej myśli? Czy faktycznie jest tak kolorowo, jakbyśmy tego chcieli? Nie. Więc, uprzedzając wszelkie pytania, ogłaszam wszem i wobec, że tak, poradziłabym sobie w świecie przedstawionym w Siedmiu Królestwach. No bo kto, jak nie ja, dałby sobie radę? Tupnęłabym nogą, wykrzyknęłabym kilka mocnych słów i... całe królestwo leżałoby u mych stóp!

No dobrze, koniec już tych moich różowych mrzonek. Czasami sama mam dość własnej paplaniny. Seria Siedem Królestw to jedna z tych serii fantastycznych, które zyskały moje serce od pierwszego zdania na pierwszej stronie pierwszego tomu. Od samego początku wiedziałam, że autorka ma potencjał, i że zrobi wszystko, by przelać go na karty swych powieści. Nie zawiodłam się. Okazało się, że wyrocznia ze mnie całkiem niezła, bo powoli brnęłam w tę historię, tom po tomie, aż doszłam do tego miejsca, w którym teraz jestem. I wiesz co, drogi Czytelniku? Cinda Williams Chima zapewniła mi naprawdę wyśmienitą rozrywkę. Rzadko zdarza się, bym tak dobrze bawiła się przy wszystkich częściach serii. Żeby nie było zbyt kolorowo, napomknę na boku, że owszem, zdarzały się te lepsze, i te gorsze momenty. Ale nie ma możliwości, by zawsze było idealnie, perfekcyjnie, więc nie ma się co dziwić. Kunszt pisarski Chimy zaczarował mnie do reszty, przez co z ręką na sercu mogę powiedzieć, że pisarką jest ona naprawdę niezłą. Przede wszystkim, wielką miłością darzę świat, który udało jej się wykreować. Nie twierdzę, jest on może lekko banalny, bo takich magicznych krain na dzisiejszym rynku wydawniczym mamy pewnie z milion, jak nie więcej. Jednak Chima tchnęła w Fells i okolice swoistego rodzaju magię, która sprawiła, że właśnie ten świat jest wyjątkowy. Wszystko jest niezwykle misternie rozplanowane, ze wszelkimi detalami, szczegółami. Autorka dopieściła świat Siedmiu Królestw, tak, by nie był on może perfekcyjny, jednak bliski ideałom. Fells to miejsce, które spokojnie mogę nazwać domem. Przeżyłam tam wiele przygód - nie ważne, że tylko dzięki mojej nad wyraz wybujałej wyobraźni. Dlatego tak trudno było mi się rozstać z tą serią. Bo Siedem Królestw to mój dom. Dom, do którego już nigdy nie będzie dane mi powrócić. Chyba, że we wspomnieniach. 

Na Karmazynową koronę wyczekiwałam z niecierpliwością. Ciekawość pożerała mnie od środka, chciałam w końcu się dowiedzieć, jak zakończy się historia moich przyjaciół. Tak, przyjaciół. Zarówno Raisę, jak i Hana pokochałam całym sercem. Przeżyłam z nimi naprawdę wiele na przestrzeni tych czterech części. Razem z nimi płakałam, razem z nimi się śmiałam. Całą sobą przeżywałam to, co przeżywali oni. Doskonale odnalazłam się w ich świecie, poczułam się częścią ich życia. Dlatego śmiem nazwać ich moimi przyjaciółmi. Cinda Williams Chima ma wielki dar, nie tylko do tworzenia ciekawych, intrygujących, wyjątkowo spójnych historii, ale także umie nakreślić niezwykle ciepłe, charyzmatyczne, oryginalne i niebanalne sylwetki bohaterów swoich opowieści. Karmazynowa korona obfituje w szalenie pędzącą akcję, która wywołała na mych policzkach wielkie rumieńce. Po raz kolejny świetnie bawiłam się w dobrze mi już znanym miejscu, w towarzystwie postaci, które pokochałam całą sobą. Fabuła czwartej części serii Siedem Królestw jest doskonale skomponowana, tak, że ostatni już tom idealnie domyka cały cykl, wyjaśniając po drodze wszystko, co do tej pory było niejasne. Doskonałe zakończenie serii, lepszego sobie wymarzyć chyba nie mogłam. Chociaż, znając moją chorą wyobraźnię... A zresztą. 

Karmazynowa korona to nie tylko naprawdę dobre zakończenie wspaniałej serii, ale także powieść wielce naładowana emocjami. Gdzieś tam, pomiędzy wątkami, delikatnie, z wielką subtelnością snują się wspaniałe uczucia. Świat wykreowany w tej serii nie jest okrutny, zimny i zły, chociaż na pierwszy rzut oka mogłoby się tak wydawać - jego bohaterowie to zwykli ludzie, dla których najważniejsza jest miłość i przyjaźń. I to niezwykle cenię sobie w tej serii - autorka nie skupiła się tylko na przeplataniu różnej maści wątków fantastycznych, nie zajęła się jedynie magią, czarami, i walką o wielce pożądany przez wszystkich tron Fells, lecz także skupiła się na emocjonalnej stronie tej historii. Pomimo toczących się wszędzie bitew, zewsząd czuć miłość, każdą jej odmianę. Nie jest jednak słodko i różowo, oj nie. Karmazynowa korona to powieść w niektórych momentach brutalna. Może nie jakoś wybitnie, jednak krew chwilami się leje. Coś, o czym muszę wspomnieć to oczywiście, uwaga uwaga - wątek romantyczny! Tak, jest to element każdej powieści, którego uwielbiam się czepiać. Tym razem jednak obędzie się bez większych obiekcji. Uczucie łączące Raisę i Hana jest na tyle subtelne, tak bardzo zagrożone, że śmiało mogę powiedzieć trywialne: lubię to. Wątek romantyczny w Karmazynowej koronie to coś, co zdecydowanie zasługuje na uwagę. Ach, jak te dwa gołąbeczki walczą o swoje głębokie uczucie! Jestem wręcz poruszona! 

Płakałam. Naprawdę, płakałam rzewnymi łzami, kiedy nadszedł moment rozstania. Pamiętam, jak bardzo wyczekiwałam na każdy kolejny tom, pamiętam, z jaką iskrą w oczach przebiegałam kolejne strony w kolejnych częściach. Seria Siedem Królestw jest niezwykle bliska mojemu sercu, i pozostanie tak na wieki wieków. Wielkie krokodyle łzy spływały po mych zaczerwienionych policzkach, kiedy machałam białą chusteczką mym przyjaciołom na pożegnanie. To już koniec. Nigdy więcej się nie spotkamy. Dziękuję im za tyle przygód, które dane mi było przeżyć wraz z nimi. Dziękuję za kilka naprawdę cudownych godzin wybornej zabawy. Nigdy tego nie zapomnę. Być może zbyt bardzo się roztkliwiam, jednak nie mam pojęcia, kiedy znajdę kolejną serię fantastyczną, która będzie tak bliska memu sercu, jak Siedem Królestw. Może nigdy. A może już niedługo. No cóż, jakoś muszę przetrwać te trudne chwile. Ale spokojnie, dam sobie radę. Być może powinnam powiedzieć do widzenia, a nie żegnajcie. Któż wie, być może wkrótce powrócę do lektury tej serii, i na nowo przeżyję te wszystkie wspaniałe przygody? Czas pokaże. Na tę chwilę jednak, nie zamierzam ocierać tych wszystkich łez. Niech płyną. Być może nigdy się nie skończą. A może zabraknie ich za kilka chwil. Tak jak zabrakło kolejnych stron mej ukochanej serii. 

Ocena: 10/10 

6 komentarze:

versatile pisze...

Miałam okazję przeczytać pierwszą część tej serii i wydała mi się ona nieco mdła, w sumie sama nie wiem dlaczego, po prostu brakuje w niej tego "czegoś". Muszę jednak przyznać, że pomysł na fabułę jest bardzo ciekawy i oryginalny :)

Viconia pisze...

Od dawna za mną chodzi ta seria, muszę upolować, najlepiej całą od razu :)

Agnieszka D. pisze...

Przede mną I tom serii, ale mam w planach przeczytać całość :D

Pręgusek pisze...

Książka raczej nie dla mnie, ale recenzja świetna. :)

Gabi N. pisze...

Mam w planach przeczytanie tej serii. : D

miqaisonfire pisze...

A ja dalej w tyle z tą serią... ale może w wakacje to nadrobię.
Pozdrawiam :)

Prześlij komentarz