27 lipca 2013

Melissa De La Cruz - Bramy raju

Dla miłości jesteś gotów poświęcić naprawdę wiele. Za miłość oddasz wszystko, co dla Ciebie najważniejsze. Wszelkie marzenia, pragnienia i nadzieje schodzą na drugi plan, gdy miłość jest zagrożona. Nie jesteś zaślepiony miłością. To bzdura. Miłość nie zaślepia. Ty po prostu odkryłeś głębię tego uczucia, nauczyłeś się kochać, i być kochanym. Dla Ciebie miłość to piękno, piękno jakże ulotne, które w każdej chwili może zostać rozwiane przez nadciągający wiatr, i niczym smutna strużka burego dymu, odlecieć w dalekie przestworza, by już nigdy nie wrócić. Miłość to powietrze, którym oddychamy, miłość to zwykłe słowo kocham, miłość to swoistego rodzaju drogowskaz, który prowadzi nasze życie na właściwy tor. A gdy miłości zabraknie, wtedy wszystko się kończy. Pojawia się ból. Strach. Rozpacz. Przepiękna bajka zamienia się w najstraszniejszy koszmar. Na niebie pojawiają się burzowe chmury, które bynajmniej nie próbują zaczarować Cię trzaskającymi efektownie piorunami. Gdy nie ma miłości, nie ma niczego. Pozostaje tylko gorycz. I nic więcej. Nic.

Abbadon i Azrael, najpotężniejsi aniołowie, znani wszystkim jako Jack i Mimi Force, stanęli po stronie Lucyfera, w mrocznej bitwie o władzę nad niebem i ziemią. Schuyler popada w coraz to nowsze kłopoty. Bliss i jej sfora próbują ratować po raz kolejny świat. Wszystko się wali. Wszystko się zmienia. Świat zmierza ku upadkowi. Czy uda się go uratować? Czy najmroczniejsze siły opanują niebo i ziemię? Czy jest jeszcze jakaś nadzieja na ratunek? Czas pokaże.

Siedzę na twardej, drewnianej podłodze, otoczona morzem chusteczek higienicznych, i gwałtownymi ruchami rozcieram sobie mój perfekcyjny makijaż po całej twarzy. Krokodyle łzy spływają po mych rumianych policzkach, a mną całą wstrząsają gwałtowne drgawki. Sąsiedzi chyba gdybają nad wykonaniem telefonu po policję, bo mój głośny szloch, który raczej powinnam nazwać rykiem, słychać chyba na drugim końcu Polski. Chusteczki powoli mi się kończą, niedługo słone krople będę ocierać pasmem włosów. Wpadam w histerię, popadam w depresję, stwierdzam, że moje życie, a na pewno jego jakiś etap kończy się w tym miejscu. Bo Błękitnokrwiści się skończyli. A razem z nimi moja radość życia. Smutek całkowicie mnie przepełnia, jednak nie daję się mu pokonać. Powoli się podnoszę, zbieram tony chusteczek ze wszystkich zakamarków mego różowego królestwa, i na nic nie patrząc, otwieram okno i wyrzucam je wszystkie na lekki wiatr. Szybują niczym delikatne płatki śniegu. Skropione łzami chusteczki są równie mokre, co i płatki rozkosznego puchu. Z nostalgią patrzę w dal, lecz nie widzę nic. Zamglone spojrzenie pozwala mi jedynie dojrzeć kolory i niewyraźne kształty. Po chwili się uśmiecham. Zamykam okno, spuszczam ze smyczy wszystkie męczące mnie myśli. I idę się ogarnąć, bo w końcu karmelowe frappuccino w Starbucksie samo się nie wypije.

Z rozrzewnieniem wspominam czasy, kiedy na rynku wydawniczym dopiero co pojawił się wysyp książek o tematyce wampirycznej, kiedy wyskakiwały one na półkach niczym grzyby po deszczu. Wszyscy wtedy ekscytowali się kultowym już Zmierzchem. Czuło się wtedy w powietrzu pewnego rodzaju świeżość, orzeźwiający powiew czegoś, co do tej pory nie było nam znane. A może i było, jednak nie zwracano wtedy na to uwagi. Kto jeszcze kilka lat temu fascynował się okrutnymi krwiopijcami? Przyznajmy sobie szczerze, mało kto. Literatura fantastyczna była dosyć uboga w te mistyczne postacie. A potem nastąpił bum. I teraz, po dłuższym czasie, każdy szanujący się czytelnik, który ma równo pod sufitem (czyli ja się chyba nie zaliczam), ma już dość wampirów. Sama przeżyłam taki etap w swym czytelniczym życiu, że kiedy przekraczałam próg księgarni, i pierwsza książka, którą ujrzałam, traktowała o wampirach, robiłam szybki tył zwrot, i niemal truchtem z niej wybiegałam. A bieganie to dla mnie wyczyn naprawdę ogromny, więc pomyśl sobie, mój drogi Czytelniku, jak wielka moja desperacja była. Żeby jednak nie było, że jedno mówię, a drugie myślę, to przyznam się uczciwie, że ja wampiry kocham z całego swego serca. I choćby mi się przejadły i ze sto razy, to zawsze, powtarzam zawsze, do nich wracam. Taka już moja dola, i nic nie poradzę. Zachwycam się moimi ukochanymi krwiopijcami, jednak najbardziej lubię ich w tej mroczniejszej odsłonie. Czasem jednak lubię zrobić wyjątek, który jak to mówią, potwierdza regułę, i zaczynam bawić się w wampiryczne serie, w których wampiry to prawie normalne nastolatki, które żyją w równoległym nam świecie, i bardziej obchodzi ich to, jak drogi był naszyjnik, który ma na szyi ich potencjalna ofiara, niż to, jak smakowita jest krew, która pod cienką skórą na wspomnianej wcześniej szyi płynie. Błękitnokrwiści to jeden z pierwszych cykli o wampirach, który zrobił prawdziwą furorę, który zdobył wielu miłośników, a także i przeciwników. Cykl, który zawojował moim sercem od tak, cykl, z którym pomimo wielu błędów, przez tyle lat nie byłam w stanie się rozstać. A w końcu, cykl, który czytałam przez kilka pięknych lat, lat najpiękniejszych w moim życiu, przez co na zawsze będzie mi się on miło kojarzył. Brzmi cukierkowo, no nie?

Błękitnokrwiści zawsze wydawali mi się wyjątkowi, może przez to, że pierwsza część przedstawia nam głównych bohaterów, wampirów, którzy nie są zwykłymi krwiopijcami, ale ludźmi z klasą, zacną młodzieżą, która żywi się dobrymi plotkami, lubi dobrze zjeść, i lubuje się w gigantycznych zakupach. Świat Błękitnokrwistych aż do złudzenia przypomina nasz obecny, gdzie pieniądz jest wyznacznikiem wartości ludzkiej, a przesiadywanie w modnych knajpach i posiadanie najnowszego ajfona to coś obowiązkowego w życiu młodego człowieka, który chce żyć na poziomie. Bohaterowie tej serii to zwyczajna młodzież, która rządzi się własnymi prawami, która jest zawistna i okrutna, która perfidnie wykorzystuje swój żywot, by uprzykrzać życie innym. Jedyną różnicą pomiędzy normalnym nastolatkiem, a wampirem z Błękitnokrwistych jest fakt, iż my, szarzy, zwyczajni śmiertelnicy, nie mamy kłopotów z nadnaturalnymi stworzeniami, które gdzieś tam szwędają się po Piekle i Niebie. Dla błękitnokriwstych wampirów jest to chleb powszedni. Pamiętam, jak bardzo przypadła mi do gustu pierwsza część tego cyklu. Miałam ochotę otworzyć na oścież okno w swej różowej klitce, i wyć do księżyca, nie zważając na to, iż nie było wtedy pełni. Wyć z radości, rzecz jasna. Kolejne tomy również wzbudzały mój zachwyt. Dopiero szósta część uświadomiła mi, że jest coś nie tak. Że Błękitnokrwiści to już swoistego rodzaju telenowela, która się ciągnie wiecznością, i powoli zaczyna mnie nudzić i irytować, zamiast wzbudzać mój pełen entuzjazmu zachwyt. Pełna rozczarowania, odłożyłam przedostatnią część na półkę. Westchnęłam smutno, jednak próbowałam odegnać od siebie wszelkie ponure myśli. Wiedziałam, że autorka nie może zepsuć zakończenia. Wierzyłam, że Melissa zakończy swój wieloletni cykl z klasą. I jak zwykle miałam rację. Chyba zacznę dorabiać sobie na boku jako prorok. Ciekawe, ile płacą tygodniówki za przewidywanie przyszłości.

Bramy raju porwały mnie w swoje objęcia z wielką czułością i uczuciem. Kiedy przysiadłam się do lektury ostatniej części jednej z moich ulubionych serii, przepadłam niczym kamfora. Usadowiona wygodnie, pożerałam wzrokiem kolejne zdania wytłoczone na lekko pożółkniętych kartach. Syciłam się każdym słowem, smakowałam literki, i bawiłam się wprost przednio, poznając kolejne przygody moich ulubionych postaci. Ostatni tom bardzo przypomina ten pierwszy, dziewiczy, tak bardzo niegdyś świeży, bezbronny i cudowny w swej ówczesnej oryginalności. Po beznadziejnej szóstej części, Melissa dostała porządnego kopa, i napisała książkę, która dorównuje świetnością pierwszym tomom. I to jest właśnie zacne. Że autorka wróciła do korzeni. Do czegoś, co jej wierni czytelnicy pokochali bezinteresownie. Tajemnice, nierozwiązane sprawy, sekrety, zagadki, i ta wszechobecna aura przepychu i dostatku. Tak, to są właśnie Błękitnokrwiści jakich znam. I jakich kocham. Książka napisana jest z perspektywy kilku głównych bohaterów, przez co mamy możliwość poznania wszystkich przedstawionych spraw od różnych stron. Możemy wściubić nos tam, gdzie nam nie wolno, a i tak nie spotka nas za to kara. Z boku dane jest nam przyglądać się wielu ekscytującym wydarzeniom, które wszystkie prowadzą ku zwieńczeniu serii. Po raz ostatni mamy okazję doświadczyć na własnej skórze wredności Mimi, serdeczności Sky, wesołości Olivera, dziarskości Bliss, czy odwagi Jace'a. To właśnie z nimi musiałam się pożegnać. To przez nich wylałam wiele słonych łez, które, co prawda, spadały na szeroko uśmiechniętą twarz, jednak wywołały wiele bólu w sercu. Bo rozstania bolą. A zwłaszcza te rozstania, które będą trwały wieczność. Ciężko było mi pożegnać mych drogich towarzyszy przygód, mych przyjaciół, którzy zagrzali miejsce w moim sercu. Ale pomimo wszelkich trudności, udało mi się. I chociaż bohaterowie Błękitnokrwistych na długo pozostaną w mej pamięci, być może na zawsze, to zdobyłam się na powiedzenie im banalnego żegnajcie. To, że zużyłam przy tym milion trylionów chusteczek, to fakt nie ważny. Ważne jest to, że zamknęłam Bramy raju z uśmiechem na twarzy. Bo wszystko skończyło się tak, jak chciałam. W końcu, ja zawsze dostaję to, czego chcę, czyż nie?

Nie czuję niedosytu. Nie mam poczucia, że coś nie zostało wyjaśnione, że Melissa zapomniała o czymś wspomnieć. Zakończenie, mogę śmiało rzec, jest perfekcyjne, i w idealny sposób podkreśla wszystko, co przez te siedem części zdarzyło się w świecie błękitnokrwistych wampirów. Płakać mogę jedynie z żalu, że to już koniec, jednak nie mogę zarzucić autorce, że pozostawiła swoich czytelników z niczym. I za to jej dziękuję. Za to, że pomimo drobnej potyczki na swej drodze, jaką byli Zagubieni w czasie, wykaraskała się ona z tego z twarzą, i z prawdziwą klasą zakończyła serię. Nie każdy tak potrafi. Nie każdy pisarz potrafiłby na kilku stronach zamknąć jedną wielką całość, jaką jest cykl Błękitnokrwistych. A pani De La Cruz potrafiła. I za to chylę jej czoła.

Ocena: 10/10


„Mówiło się, że ci, którzy nie uczą się historii, są skazani na powtarzanie jej błędów.”  

12 komentarze:

Flora pisze...

Też mile wspominam czasy, gdy moda na wampiry dopiero się rozpoczynała. "Błękitnokrwiści" znaleźli się i w mojej biblioteczce. Przeczytałam pięć pierwszych części i darzę je dużym sentymentem, najwyższa pora zaznajomić się z zaległymi tomami :-)

Katie -Niepoprawna Romantyczka pisze...

O proszę. Ja z serii przeczytałam tylko pierwszą część i nie spodobała mi się na tyle, aby aby kontynuować przygodę z ta serią. Jednak jestem ciekawa jak skończą się losy bohaterów :)

malutka_ska pisze...

Stronię od wszelkiego typu fantastyki, więc tego tytułu nie będę szczególnie poszukiwać. ;)

A. pisze...

Ja Błękitnokrwistych pochłonęłam w jeden weekend. Nie jadłam, nie piłam, ba, nie wstawałam z łóżka - czytałam. Zła jestem nieco na siebie, bo gdybym potrafiła racjonalnie "dawkować sobie przyjemność" być może jeszcze dzisiaj cieszyłabym się chwilami tette-a-tette z bohaterami serii.
Po tylu wampirycznych książkach, które już przeczytałam uważam, że mam prawo porównywać i oceniać. Błękitnokrwistych nie da się jednak porównać do niczego - ta seria jest fantastyczna sama w sobie i tutaj wielkie ukłony w kierunku autorki, która z taką gracją prowadziła czytelników przez kolejne tomy.
A jeśli chodzi o ocenę - całkowicie zgadzam się z Tobą: 10/10.

Agnieszka D. pisze...

Kurde... to może czas się zaopatrzyć w tę serię? Widzę, że cholernie warto, a nie byłam do końca przekonana :)

Querida pisze...

Błękitnokrwiści to mimo wszystko seria nie dla mnie, pierwszy tom nie przypadł mi do gustu, dlatego nie zamierzam kontynuować tej przygody. ;)

miqaisonfire pisze...

Nazwisko pisarki jest mi znajome, ale nie miałam okazji przeczytać jeszcze żadnej z jej książek. A szkoda, bo oceny wysokie, recenzje zachęcające... :)

crazy-fashion pisze...

przeczytałam parę pierwszych części, ale nie dotrwałam do końca. powinnam wziąć się w najbliższej przyszłości za nadrabianie;)

pozdrawiam;d

Kala pisze...

Nie wiem czemu zatrzymałam się na drugim tomie. Chyba czas na wielki powrót ;)

Queen of the Universe pisze...

Ponad rok temu przeczytałam pierwszą część. Raczej mi się spodobała, choć pamiętam, że rewelacji nie było. Muszę niedługo kontynuować serię :) Pozdrawiam serdecznie.

Lisa bellie pisze...

Ja miałam mały kryzys już przy Krwawych walentynkach jak dobrze pamiętam, ale po twojej recenzji chyba znów powrócę do tych wampirów, bo przez pryzmat ostatniej części widzę, że warto. :)

Fioletowa Mandarynka pisze...

świetna recenzja! Nie mogę się doczekać aż sięgnę po serie, skoro tak ją chwalisz :)
Pozdrawiam!

Prześlij komentarz