08 lipca 2013

Stephen King - Joyland

Ludzie pragną oderwać się od swego codziennego, szarego, jakże nudnego życia, i uciekają w zabawę. Zabawa jest najlepszą rozrywką, pozwala choć na chwilę pojawić się uśmiechom na wymizerowanych, zmęczonych twarzach ludzi. Zabawa przybiera różne formy, jednak zawsze możemy zdefiniować ją jako kwintesencję szczęścia. Lubimy się bawić, lubimy. A któż z nas nie jest entuzjastą wesołych miasteczek? To właśnie one potęgują zabawę, i sprawiają, że człowiek na chwilę przenosi się do świata lepszego, świata bardziej kolorowego, świata, który nie jest nudny i złowrogi, a wręcz przeciwnie - świata beztroskiego, w którym każdy czuje się jak małe dziecko. Jednak nie zawsze wesołe miasteczka są tak wesołe, jak się nam wydaje. Czasami ich wesołość ulatuje w nicość, a pozostaje jedynie budzący grozę strach. Strach, który paraliżuje, strach, który wszelką wesołość odprawia z kwitkiem. Wszelkie marzenia i nadzieje uciekają z krzykiem, tam, gdzie potworny strach ich nie złapie w swe okrutne szpony...

Devin Jones to młody student, który na okres wakacji postanawia zatrudnić się w lunaparku. Robi wszystko, by zapomnieć o swej byłej dziewczynie, która złamała mu serce. Devin bardzo przeżywa to rozstanie, przekonuje się, że miłość potrafi naprawdę boleć. W Joylandzie czeka go jednak wiele straszniejszych, brutalniejszych, dużo trudniejszych spraw natury życiowej, z którymi będzie się musiał uporać. Okrutne morderstwo sprzed lat, los umierającego dziecka i odkrywanie prawd o życiu i śmierci - to będzie przez najbliższy okres czasu spędzało sen z powiek Devina. Kto wie, jakie niespodzianki zgotuje mu jeszcze Joyland?

Pędziłam do księgarni na złamanie karku. Leciałam jak na skrzydłach, z promiennym uśmiechem wypisanym na twarzy. Obchodziłam swoje własne święto, bo oto mój Mistrz nad Mistrzami wydał swoją kolejną, zapewne mistrzowską (a jakże!) powieść, a mi dane było ją już, teraz, zaraz, pochwycić w swe czułe objęcia, i pożreć do ostatniej strony, rozkoszując się zacnym smakiem dobrej, kingowej opowieści. Wpadłam niczym torpeda do księgarni, porwałam pierwszy egzemplarz Joylandu jaki tylko rzucił mi się w oczy, i pewnie wyleciałabym szybciutko bez płacenia, jednak w ostatniej chwili mój zdrowy poniekąd rozsądek szepnął mi, że jednak wypadałoby zapłacić, coby nie mieć później żadnych przykrości, które dodatkowo utrudniłyby mi lekturę cudu, który wtedy trzymałam w rękach. Mam taką zasadę, że książkami Stephena chcę się rozkoszować, i precyzyjnie dawkuję sobie czytanie jego powieści, tak, aby a nuż za szybko nie zakończyć ich lektury. Mam taką zasadę, ale wiesz co, drogi Czytelniku? Jeszcze nigdy nie udało mi się nie pochłonąć łapczywie książki Mistrza. Musze poćwiczyć swoją silną wolę, oj muszę. Pytanie jednak: po co? Przecież w końcu zasady są po to, żeby je łamać.

W dziedzinie powieści Stephena Kinga mogę nazwać się mistrzynią, i gdyby ktoś mądry stworzył taki kierunek jak Kingoznastwo, bez oporu mogłabym zostać wykładowcą na najbardziej prestiżowej uczelni. Poznałam Stephena od każdej możliwej strony, przeczytałam po kilka(naście) jego książek, w których bawi się różnymi gatunkami, od horroru, przez thriller, na fantastyce kończąc. Znam jego różne oblicza, wiem, że King ma kilka twarzy, i zależnie od nastroju objawia to w swoich książkach. Do tej pory myślałam, że mój ulubiony autor (jak to prostacko brzmi...) niczym mnie już nigdy nie zaskoczy. Nie wiem, co Stefcio uknuł w tej swojej absolutnie niesamowitej głowie, jednak chyba postanowił zagrać mi na nosie, i skrupulatnie zaplanował coś, czego nawet ja się nie spodziewałam. Joyland to opowieść bardzo dziwna, której nie mogę podciągnąć pod żaden z dotychczas prezentowanych przez Kinga gatunków. Leżąc sobie w ciepły wieczór na werandzie, popijając nie ważne co, rozmyślałam nad tym, jakim mianem Joyland mogę określić. Do głowy przyszła mi szalona myśl, aby ochrzcić najnowsze dzieło Stephena mianem powieści obyczajowej, z delikatnymi porywami ku thrillerowi, z małymi, wprost mikroskopijnymi elementami horroru. Nie wiem co prawda, jak to brzmi, i chyba nie chcę wiedzieć, jednak na tej idei jak na razie poprzestanę. Bo lepszej nie wymyśliłam, a nie chcę już kombinować, coby nie popaść w głębsze bagno. Tak więc, kochany Czytelniku, Stephen King został ojcem... niezwykłej obyczajówki.

Joyland to zarazem typowy King, a jednocześnie King nietypowy, nieznany, który odkrywa przed swymi czytelnikami nowe karty. Nie umiałam pozbierać swej zacnej jadaczki z podłogi, gdy ta z impentem i donośnym hukiem opadła mi, zaraz po przewróceniu ostatniej kartki Joylandu. Nigdy nie myślałam, że tego typu opowieść sprawi, że będę nią zafascynowana aż do takiego stopnia. Jakby nie było, obyczajówki nie są moją domeną, jednak od dziś niezwykłe obyczajówki wpiszę na stałe do swojego repertuaru. Stephen stworzył niezwykle spójną, bardzo plastyczną fabułę, nieprzewidywalną i zaskakującą, która rozciąga się niczym guma balonowa, przez co King mógł wrzucić do niej wszystko, co tylko chciał. Nie wrzucił tam jednak byle jakich śmieci, ale wybrał tylko to, co najcenniejsze. Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, w trakcie lektury, wcale nie byłam świadoma, że czytam książkę mojego Mistrza. Może to ta jego innowacyjność, powiew świeżości wprowadził mnie w stan osłupienia, jednak dopiero po zakończeniu swej fascynującej przygody z powieścią zdałam sobie sprawę, że to cudo napisał King. Oczywiście, wyłapałam pewne kingowe zasady, których Stefan zawsze się trzyma. Charakterystyczny język, dziwne, naprawdę oryginalne pomysły, cudownie nakreśleni, wyraźni bohaterowie, którzy nie nikną w naszej wyobraźni, ale zostają tam na długi czas, i zawrotna akcja. Ale przekleństw nie było. Może i były, ale w bardzo małym stopniu. Nie, żebym była zawiedziona, ale brakowało mi ich. Bo przekleństwa są takie KINGOWE.

Stephen King wbrew swemu ostremu wizerunkowi twórcy horrorów ma w sobie wielkie pokłady uczuć, czego nie boi się pokazywać na swój własny, nietypowy sposób w swoich powieściach. Joyland to niezwykła opowieść o człowieku, który cierpi, który zmuszony jest do stanięcia oko w oko z czymś tak strasznym jak śmierć dziecka. Joyland jest przerażającą opowieścią, nie za sprawą jednak duchów i innych mistycznych stworów, ale za sprawą swej prawdziwości. Joyland jest wspaniałą mieszanką najprawdziwszych ludzkich uczuć. Opowiedziana w tej książce historia poraża, zmusza do refleksji. King jednak nie zapomniał o swoim własnym ja, które tak kochają miliony czytelników, i dodał do tej opowieści nieco dreszczyku. Zarzuca się tej powieści, że jest ona totalnie nie w stylu Stephena. Wiele osób jest nią rozczarowanych, bo gdzie podział się król horroru i grozy. Nigdzie się nie podział. Jest tutaj, razem z nami. Tyle, że tym razem pokazuje nam się z zupełnie innej, nieznanej do tej pory strony. King bawi się swoimi czytelnikami, jak cyrkowymi małpkami. Podtyka nam pod nos swoje dzieła, a my je łapczywie czytamy. Wierzymy Stefciowi jak nikomu innemu, pochłoniemy wszystko, co tylko przyszło mu stworzyć. Nawet jeśli na coś kręcimy nosem. Bo to w końcu on jest Mistrzem. A my tylko błądzimy wśród jego twórczości niczym mrówki wśród traw.

Chciałabym swoim zwyczajem zacząć na coś narzekać, bo nie byłabym sobą, gdybym sobie standardowo nie ponarzekała. Dzisiaj będę się musiała niestety obejść bez mojego stałego zwyczaju, gdyż Stephen King zaserwował mi ucztę wprost wyborną, iście smakowitą, po której czuję się syta i zaspokojona. Joyland spokojnie mogę nazwać jedną z lepszych książek Kinga ostatnich lat. Bawiłam się wprost doskonale, wraz z Devinem i jego przyjaciółmi. Był czas na łzy, chwilę wzruszenia. Był moment śmiechu i moment grozy, kiedy na mej skórze pojawiła się gęsia skórka. Ale przede wszystkim, wiecznie trwająca ekscytacja spotęgowała świetność tej lektury. Drogi Czytelniku, oto przed Tobą, mój Mistrz - Stephen King - w całej swojej okazałości, pełnej krasie, i poświacie doskonałości. Chyba się znowu zakochałam.

Ocena: 10/10


„Kiedy mowa jest o przeszłości, każdy pisze fikcję.”

9 komentarze:

Flora pisze...

Lubię Kinga, ale nad tą książką wciąż się zastanawiam, bo nie przepadam za obyczajówkami.

cyrysia pisze...

Osobiście nieco zawiodłam się na ,,Joyland'', ponieważ byłam pewna, że czeka mnie prawdziwy mocny dreszczowiec a nie zwyczajna, aczkolwiek piękna powieść obyczajowa.

m_giffin pisze...

Gdyby stworzono takie studia, też chętnie bym na nie poszła, ale raczej jako studentka niż ekspert :) Ale za to ciebie widziałabym za pulpitem z groźną miną, bo chyba nie kojarzę nikogo, kto zna go lepiej. A książka? Zazdrość trzy tysiące - też chcę!!

Queen of the Universe pisze...

Ja dopiero zaczynam przygodę z Kingiem, jestem w połowie "Po zachodzie słońca". Z opowiadaniami, jak wiadomo, różnie bywa, ale myślę, że w przyszłości sięgnę po kolejne książki tego autora. Możliwe, ze to będzie właśnie Joyland ;)

FunVirtualnaJa pisze...

Zostałaś nominowana do Liebster Blog Award. Więcej informacji na mojej stronie:http://pieknoczytania-recenzje.blogspot.com/

Emil Smistek pisze...

Uff King ma tendencje sinusoidalną :) Albo tworzy dobre powieści, albo tworzy książki które są mało popularne. Akurat ta zalicza się do pierwszego typu literatury :)

Kinga Godowska pisze...

Mam w planach zapoznanie się z książkami tego autora. :)

Meme pisze...

Zwykłe "Michalina, zacznij czytać Kinga" nie dawało tyle efektów, co Twoja recenzja, po której brak mi słów. Jedno wiem na pewno - muszę wziąć się w końcu za pozostałe dzieła Mistrza, bo na razie mam jedynie za sobą "Miasteczko Salem" ;)

Sherly pisze...

Czyżby jedna z moich ulubionych książek autorstwa Najlepszego Pisarza Na Świecie? Jak ty dawno nikogo nie było, odkopuję!

Prześlij komentarz