17 sierpnia 2013

Mick O'Shea - One Direction. Zero granic

Na ich widok tysiącom dziewczyn miękną nogi. Ich aksamitne głosy sprawiają, że dreszcze przebiegają po całym ciele. Charyzma i urok osobisty doprowadzają fanki do omdleń. Sprzedali miliony płyt. Stali się ikoną swojego pokolenia, ikoną, którą można lubić lub nie, jednak trzeba szanować. Sukces, który osiągnęli, jest niewiarygodny, zwłaszcza, iż nadszedł on niespodziewanie. Zrządzeniem losu piątka chłopaków, którzy zawsze marzyli o śpiewaniu dla innych, znalazła się w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie. Byli amatorskimi solistami, zostali zespołem, który już od samego początku został okrzyknięty drugim The Beatles. O kim mowa? O zespole, który swój początek miał w brytyjskiej edycji popularnego programu muzycznego X Factor, a swój koniec... No właśnie, końca nie ma. A przynajmniej na razie się na to nie zapowiada. Bo zespół ten zawojował cały świat, zaczarował tłumy ludzi i rozkochał w sobie mnóstwo młodych serc. Tak, oczywiście. Wiadomo o kogo chodzi. Bo jeśli w dzisiejszych czasach nie wiesz, o co chodzi, to chodzi o pieniądze, seks, albo... One Direction.

O One Direction mówi się, że to taki Justin Bieber razy pięć. Czyli dla wielu ludzi egzystujących na tym świecie, jest to katastrofa o pięciokrotnie większym rażeniu. Temu młodemu brytyjsko-irlandzkiemu zespołowi zarzuca się, iż są produktem dużej wytwórni, maszynką do robienia pieniędzy, piątką ładnych buzi, które lubią robić wokół siebie szum, by i fani, i postronni ludzie skupili się na ich życiu prywatnym, nie zaś na karierze muzycznej, która dla wielu nieprzychylnych osób nie ma tak naprawdę prawa bytu. Mówi się, że One Direction to zespół, którego brzmień słuchają jedynie gówniary, które jeszcze dobrze nie odrosły od ziemi, i nie wiedzą, czym jest naprawdę dobra muzyka. Podobno One Direction to zespół zbyt cukierkowy, który wręcz ocieka słodkością. Przez pryzmat niewielkiej zbiorowości naprawdę nawiedzonych, wyobrażających sobie za wiele, tak naprawdę lekko niestabilnych emocjonalnie fanek, wszyscy sympatycy zespołu są poniżani, wytykani palcami, mieszani z błotem, i wrzucani do jednego worka, jako rozhisteryzowana, ogłupiała, i nieznająca się na muzyce rzesza. Smutne, ale jakże prawdziwe. Prawdziwi fani jednak nie dają sobą pomiatać, puszczając wszelkie złośliwe komentarze mimo uszu. Znają swoją wartość, i wartość swoich idoli. Bo piątka tych chłopców jest naprawdę wartościowa. Przecież, gdyby tak nie było, nie znajdowaliby się obecnie w takim miejscu, w jakim są, nieprawdaż? Oni mają w sobie to coś. I tego czegoś nikt im nie odbierze. Nawet zapaleni hejterzy, których wszelkie obelgi giną w napływie zachwytów nad twórczością, muzyką, usposobieniem, charyzmą i sposobem bycia One Direction.

Mogłabym zostać posądzona o posiadanie w pokoju ołtarzyka One Direction, stworzonego z oblepionych ścian plakatami i zdjęciami Mych Młodych Bogów, stojącego na środku stoliczka z ułożonymi wszystkimi cudami, jakie tylko znalazły się w dyskografii zespołu, a także książkami biograficznymi o nich, których obecnie na rynku wydawniczym nie brakuje. Mogłabym zostać posądzona, bo wszem i wobec się przyznaję, iż tak, jestem Directioner. Ale nie jestem fanką, bo ja tego słowa nie lubię. Można posądzić mnie jednak o fangirlowanie, i tym razem nie zaprzeczę, bo zdarzy mi się od czasu do czasu zapiszczeć, gdy światło dzienne ujrzy nowy singiel zespołu, czy też teledysk, ale ów pisk pozostawiam sobie jedynie na specjalne okazje. Nie można jednak zarzucić mi, że jestem chora umysłowo (przynajmniej nie w tej kategorii), bo nie pragnę posiąść na własność wszystkich pięciu chłopców. Przepraszam bardzo, harem mam sobie tworzyć? Oj nie. To nie moja działka. Owszem, mogę sobie powzdychać, jaki to Zayn jest przystojny, albo Harry słodki, czy Louis zabawny, jednak nie jestem jedną z tych nawiedzonych, zakochanych po uszy w całej piątce fanek, które świata poza nimi nie widzą, i targają na swoje życie, kiedy tylko dowiedzą się, że ich ulubieniec z zespołu właśnie związał się z kolejną dziewczyną. Obserwuję już od prawie roku zjawisko, które nazywam sobie po cichutku dajrekszonomanią, i stwierdzam, że postronny obserwator faktycznie może stwierdzić, iż One Direction to piątka gigusi, których bardziej obchodzi dbanie o własny wizerunek, aniżeli śpiewanie. Tak naprawdę fani reprezentują daną gwiazdę, a nie, wbrew pozorom, na odwrót. Pozostaje mi jedynie w takiej sytuacji załamać ręce, teatralnie wzdychnąć, i zapytać Boga, dlaczego to właśnie mnie spotyka. Oh God, why?

Kiedy ostatnio weszłam do empiku, doznałam ogromnego szoku, który trwale uszkodził moje zdrowie psychiczne. Nie wchodząc nawet na dział biografii, lecz stojąc w wejściu, zostałam otoczona przez patrzących na mnie z okładek książek chłopców z One Direction. W pierwszej chwili stwierdziłam, że jednak faktycznie oszalałam, i że muszę na jakiś czas porzucić słuchanie muzyki tego brytyjsko-irlandzkiego zespołu, bo albo miałam halucynacje, albo weszłam w początkowe stadium schizofrenii. Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, okazało się, iż na naszym polskim rynku wydawniczym, stała się rzecz niesłychana, bo, wydano więcej niż jedną biografię zespołu, który jasne, jest u nas popularny, jednak nie wpasowuje się w gusta muzyczne większości osób. Gwizdnęłam ze zdumienia, i stwierdziłam, że skoro już takie zjawisko objawiło się u nas, to czemu by nie skorzystać z okazji, i jako dumna Directioner, nie zaopatrzyć się w książki o zespole, który sobie cenię, by wyśmiać tych wszystkich nędznych dziennikarzy, którzy porywają się na wielkie pieniądze, i piszą biografie, nie znając nawet historii kariery danego artysty. Jako pierwsza w moje szpony wpadła książka Mick'a O'Shea - One Direction. Zero granic. Zaśmiałam się cichutko pod nosem, i z ironicznej uciechy pokręciłam głową, bo trzymana przeze mnie w rękach książka, miała notabene, niewiele ponad sto stron. W dodatku kątem oka przyuważyłam, iż dużo jest w niej obrazków, więc z góry stwierdziłam, iż jest to album, który w try miga sobie przejrzę, liznę troszeczkę tekstu, i będzie po sprawie. Teraz mogę powiedzieć jedno. Pozory mylą.

One Direction. Zero granic z początku wyglądało mi nie na książkę, lecz na dobrze wydany magazyn o One Direction. Duży format, niewielka ilość stron. Niewzruszona, wsadziłam słuchawki do uszu, puściłam na ajfonie pierwszą płytę z dorobku zespołu - Up All Night - i zasiadłam do lektury. Wpadłam w pewnego rodzaju trans, z którego wyszłam dopiero w trakcie trzeciego odsłuchiwania Gotta Be You. Z pustką w oczach przewracałam kolejne kartki, ciesząc oczy dobrze mi znanymi, lecz bardzo przeze mnie lubianymi zdjęciami zespołu. Książka pod względem estetycznym została pięknie wydana, a ja, jako niekontrolowana miłośniczka estetyki, poczułam się w pełni zaspokojona. Jak się okazało, moja wstępne przypuszczenia, iż owa książka, to nie zwykła biografia, lecz raczej album ze zdjęciami z najważniejszych momentów w, na razie, krótkiej karierze One Direction, okraszony dosyć ograniczoną ilością tekstu, okazały się być moim kolejnym wymysłem, który wzięłam nie wiadomo skąd, i nie wiadomo po co. Całe stronice zostały zadrukowane tekstem, a zdjęcia mają na celu wprowadzić estetykę, a także i urozmaicić lekturę One Direction. Zero granic. Nie mogę powiedzieć, że czytałam tę książkę, nie chce mi to przejść przez usta, bo pomimo mojego wcześniejszego przyznania się do omyłki, wciąż miałam wrażenie, iż czytam magazyn o lubianym przeze mnie zespole, nie zaś jego biografię. Mogę jednak powiedzieć, że z lubością smakowałam każdą kolejną stronę tejże pozycji, bo chociaż nie dowiedziałam się niczego nowego o moich faworytach, miło było przypomnieć sobie, jak ciężką drogę przeszli, by uzyskać sławę. Nic nie dzieje się ot tak, po prostu. Jasne, to prawda, że jeżeli się czegoś naprawdę chce, to się to osiągnie. Ale szczęściu trzeba pomóc ciężką pracą. Chociażby troszeńkę. Bo chociaż czasami ogromny sukces podany jest nam na srebrnej tacy, trzeba odrobinę wysiłku, by po niego sięgnąć.

Uwielbiam czytać biografie. Ale tylko biografie osób, czy właśnie zespołów, które szczególnie sobie cenię, które nadały mojemu życiu inny tor, które stały się poniekąd moją inspiracją lub po prostu - które cenię za dokonania. Uwielbiam jednak jedynie te biografie, które zostały napisane rzetelnie, z których faktycznie mogę się dowiedzieć czegoś nowego, czegoś zgodnego z prawdą. Nie lubię czytać książek o znanych osobistościach, gdzie co drugie zdanie jest spekulacją, gdzie nic nie jest pewne, a wręcz przeciwnie, gdzie większość tekstu to nawet nie spekulacje i niesprawdzone informacje, a jedynie wyssane z palca plotki, mające na celu dodać trochę pikanterii do życia artysty, a także i namieszać potencjalnemu odbiorcy w głowie. One Direction. Zero granic jest książką rzetelną, zawiera niemalże w stu procentach same sprawdzone informacje (wyłapałam jedną nieścisłość, bawiąc się w Sherlock'a Holmesa), jednak po jej przeczytaniu stwierdzam, iż biografia, to nienajlepsze słowo do określenia tejże pozycji. Bardzo spodobał mi się fakt, iż każdemu z chłopców poświęcono jeden rozdział, w którym, lakonicznie, bo lakonicznie (ale jednak!), autor opisał etap dzieciństwa i dorastania Harry'ego, Louisa, Zayn'a, Liam'a i Niall'a, a także opowiedział jak wyglądały pierwsze kroki chłopców na początkowym szczeblu ich kariery muzycznej, czyli inaczej mówiąc, jak to się stało, w jakich okolicznościach dostali się do programu X Factor, który to właśnie przyniósł im rozgłos. Niezwykle cenię sobie fakt, iż autor dosyć często przytaczał w tekście wypowiedzi samych członków zespołu, jak i ich rodzin, i sympatyków. Cytowanie jest świetnym zabiegiem, który urealnia opowiedzianą przez biografa historię. Po opisaniu krótkiej historii każdego z chłopców, nastąpił czas na krótką relację ze studia X Factora, następnie opisano proces powstawania pierwszej płyty, wspomniano o pierwszej trasie koncertowej, całkowicie zignorowano drugą płytę zespołu - Take Me Home - wspominając jedynie o jej wydaniu, nie rozwijając jednak tematu; oraz napomknięto bardzo skromnie o związkach chłopaków. Dlaczego jednak nie mogę tej pozycji nazwać biografią? Mogę, ale nie chcę. Nie umiem. Nie potrafię. Dla mnie książka One Direction. Zero granic to podstawowe kompendium wiedzy każdego fana, miła opowiastka o tym, jak chłopcy wzbili się na wyżyny światowego show biznesu. Ale nic więcej. Mało jest tu prywatnych informacji, których tak bardzo głodna jestem. I być może z jednej strony to dobrze, to z drugiej zaś nie mam ochoty czytać po raz milionowy o tym samym. Dzieło Mick'a O'Shea to tak naprawdę zbiór suchych faktów o One Direction, okraszonych w dużym stopniu wartościowymi cytatami. I nic więcej.

Co mnie najbardziej ubodło? Wrażenie, iż książka ta absolutnie nie przeszła przez żadną korektę. Podczas lektury raz za razem natykałam się na wszelkiego rodzaju błędy - ortograficzne, składniowe, stylistyczne - i mełłam cicho pod nosem przekleństwa. Biografia niezwykle popularnego zespołu, która na pewno znajdzie się na półkach wielu miłośniczek One Direction, zawierająca piękne fotosy, suchy, ale ambitny tekst, i... mnóstwo błędów. W pewnym momencie miałam ochotę zasiąść z hukiem do laptopa, i napisać kilka (nie)miłych słów wydawnictwu, na temat tego, iż książkę przed wydaniem poddaje się dokładnej korekcie. Zaniechałam jednak tego planu, gdyż stwierdziłam, że nie mam ochoty szargać swych już i tak nadszarpniętych nerwów. Pomimo jednak tak wielu wad, tak wielu kłód rzuconych pod nogi, jestem zadowolona po lekturze One Direction. Zero granic. Chociaż nie dowiedziałam się niczego nowego, czegoś, co być może kiedyś mi umknęło, to jednak podczas lektury książki bawiłam się nadzwyczaj dobrze, i podśpiewując pod nosem moje ulubione piosenki zespołu, rozkoszowałam się wspomnieniami moich faworytów. Miło będzie jeszcze kiedyś powrócić do tego dzieła, chociażby tylko po to, by popatrzyć chwilę na zdjęcia pięciu naprawdę utalentowanych młodych mężczyzn. Wierzę, iż pozycja ta wprowadzi wiele początkujących Directioners do świata One Direction. Tymczasem ja muszę poszukać kolejnej, być może nieco bardziej odkrywczej książki o tym brytyjsko-irlandzkim zespole. Jestem głodna informacji. Czas się nasycić.

Ocena: 8/10

7 komentarze:

Mateusz pisze...

Ja tam nic do nich nie mam, jestem nastawiony neutralnie ;)
Dużo bardziej ciekaw jestem biografii Rihanny, którą mam nadzieję, że również zrecenzujesz ;)
Pozdrawiam! :D

Kobra Marta pisze...

Nie powiem, są całkiem nieźli - a gust mamy podobny (stwierdzam po Lambercie :P ), ale nie szaleję na ich punkcie. Lubię. I tyle.
Ale pamiętam, jak przeżywałam podobne uczucia na punkcie US5. Boże, jak ja ich uwielbiałam, szczególnie Chrisa :P
Aż zaraz wejdę na YT i zacznę oglądać ich teledyski xD

Rafał Szwajkowski pisze...

Na One Direction patrzę nieco z przymrużeniem oka. Niby ich lubię, bo w gruncie rzeczy nic do nich nie mam, piosenki przez nich tworzone wpadają w ucho i całkiem przyjemnie się ich słucha, ale z drugiej strony troszeczkę mnie śmieszą - i to wina wszystkich psycho-fanek zespołu, których aktualnie wszędzie pełno. I przyznam otwarcie - przed przeczytaniem twojego tekstu miałem o wszystkich Directioners wyrobione zdanie i zaliczałem je do jednej grupy szalonych nastolatek, ale teraz zmieniłem trochę swój punkt widzenia. Może nie od razu zmienię sobie opinię o fanatykach owej grupy muzyków, na pewno jednak nie będę do nich podchodził już tak ostro jak przedtem.

Co się zaś tyczy samej recenzji: Gdy wszedłem w tego posta, zjechałem trochę na dół i ujrzałem ogrom liter i zdań, które wyprodukowałaś - i to wszystko malutką czcionką. Jej, no trochę mnie to przeraziło, a jednocześnie zaimponowało. I tak z nastawieniem że skończę gdzieś w połowie, w mig przeczytałem cały tekst. Świetnie się czyta, posługujesz się naprawdę płynnym i przyjemnym językiem i nie przeszkadzają mi nawet bardzo rozbudowane zdania, jakie tworzysz. Oby tak dalej! ;)
A jeśli chodzi o książkę: Raczej pozycja ta nie jest przeze mnie wymarzoną. Taki siaki magazyn po książkowej cenie (mówię jak jest) - wiem, bo na empikowskich półkach zdarzyło mi się go zauważyć, a nawet przeglądnąć (aaaaaauu! *o*). Jeśli ktoś dałby mi go do ręki i kazał czytać, to pewnie zebrałbym się i zrobił to, nawet z kapką entuzjazmu, bo jak już mówiłem, nic do 1D nie mam, a co więcej, chłopaki wydają się być całkiem sympatyczni. :) Jednak mimo wszystko pieniędzy na książkę nie wydam, bo jest wg wiele innych pozycji, na których można tę kasę lepiej spożytkować. :p

Pozdrawiam, '
R

Pauline Veronique pisze...

Mój stosunek do tego zespołu jest w stu procentach neutralny, chociaż kocham niektóre ich piosenki :) jeśli książka wpadnie mi w ręce pewnie przeczytam, a na razie czekam na film - już za niedługo!

Lisa bellie pisze...

Sama ich fanką nie jestem, a i muzyka nie w moim klimacie, ale szanuję ich oczywiście. Niemały to sukces wybić się na rynek światowy nawet po amerykańskiej edycji X Factora. :)

` crazy natalka . pisze...

Jestem directioner i uważam że ta książka jest niesamowita <3 Przeczytałam ją już pare razy i nadal mi się nie nudzi ;)
obserwujemy?

Daria pisze...

Witam! Czytałam tę książkę i wszystko byłoby dobrze, gdyby nie te ciągłe, rażące błędy... Nie wiem, kto przekładał tę książkę, ale zrobił to wyjątkowo nieudolnie, przez co czytanie nie było przyjemnością. Osobiście nie strawiłam ostatniego rozdziału. Forma zdań, jak dla mnie, jest odstraszająca. Pozdrawiam! ;)

Prześlij komentarz