12 sierpnia 2013

„Pisanie to dla mnie czyste błogosławieństwo"

Autorka sześciu książek. Poznanianka, ale nie od zawsze. Z wykształcenia socjolożka, która pracowała w różnych zawodach - była kwiaciarką, dziennikarką, a nawet i urzędnikiem. Miłośniczka kotów. Swoje przemyślenia zapisuje na blogu. Zwyciężczyni I Festiwalu Literatury Kobiecej w kategorii Pióro. Pisanie przyszło jej spontanicznie. Nigdy nie planowała być pisarką. Ale o tym za chwilę. Przed Tobą, drogi Czytelniku, niezwykle zajmująca rozmowa, którą przeprowadziłam z moją nadzieją polskiej literatury - Magdaleną Kawką.

Zacznijmy może banalnie - czy zawsze marzyła Pani o karierze pisarskiej? Czy po prostu wynikło to spontanicznie?
Nigdy nie marzyłam, żeby pisaniem zajmować się zawodowo. Zawsze lubiłam to robić, ale traktowałam raczej jako łatwiejszą formę wyrażania myśli. Łatwiejszą, bo pozwalającą na precyzyjne odszukanie potrzebnych słów. Mam skłonności do zbyt spontanicznych wypowiedzi; za szybkich, emocjonalnych, a więc często nie do końca przemyślanych. Jestem doskonałym przykładem osoby, która często powinna się „ugryźć w język”, zanim coś chlapnie. Dlatego pisanie to dla mnie czyste błogosławieństwo :). Dla moich rozmówców również :). Pisanie „na poważnie” przyszło spontanicznie i tak już zostało. Czasem pisuję na zlecenie artykuły do różnych magazynów, ale to swoje pisanie lubię najbardziej.

Jaki ma Pani sposób na pisanie? Wstaje Pani rano z myślą: "oho, wypadałoby napisać nowy rozdział!", czy też może wena i potrzeba pisania przychodzi w najmniej oczekiwanych momentach? Pewien znany mi muzyk powiedział niedawno, że najlepiej komponuje mu się, w momencie... gdy ma wyjść z domu. Jak jest z Panią?
Kiedyś wydawało mi się, że należy czekać na wenę, że nie można siadać do pisania, gdy w głowie pustka i próżno szukać w niej choćby śladów natchnienia. Dziś myślę, że natchnienie jest przereklamowane. Zdarza się, oczywiście, ale gdyby tylko w takich momentach człowiek brał się za robotę, nigdy w życiu niczego by nie skończył. Większość moje pracy pisarskiej, to po prostu:
A) żmudne stukanie w klawiaturę, 
B) zamyślenia, które trwają czasem chwilę, czasem pół dnia, 
C) mozolne dopasowywanie słów, 
D) odnajdywanie w sobie potrzebnych emocji, 
E) niekończące się wertowanie dostępnych materiałów, 
F) błądzenie po internecie i nieustanne pilnowanie się, żeby nie zbaczać na ścieżki niezwiązane z tematem,
G) i wreszcie – wieczna obawa, że nigdy w życiu tego nie skończę 
Do pisania potrzebna jest systematyczność i narzucenie sobie jakiejś dyscypliny. To pomaga. Nawet jeśli początkowo nie mam ochoty wchodzić w świat bohaterów, zdarza się, że gdy się zmuszę – potem idzie jak z płatka. A jeśli chodzi o to komponowanie, czy pisanie, gdy akurat ma się wychodzić z domu – coś w tym jest. Paradoksalnie, świadomość ograniczonego czasu sprawia, że mózg się nadzwyczajnie wprost uaktywnia. Wniosek z tego taki, że człowiek nieustannie potrzebuje owego bata, wiszącego mu nad głową. Widocznie on zastępuje mu samodyscyplinę.

Jest Pani autorką kilku książek. Czy zdarzyło się kiedyś, że gdy dana powieść została już wydana, Pani wzięła ją w swoje ręce i przeczytała, jak każdy normalny czytelnik? Czy może po wydaniu odrzuca Pani swoje wszystkie historie, traktując je jak zamknięty rozdział?
Tyle razy czytam tekst w trakcie pracy nad nim, potem jeszcze kilka razy zanim pokażę wydawcy, następnie podczas redakcji i korekty, że musiałabym być masochistką, żeby czytać go dla relaksu, gdy ukazuje się już w finalnej formie książkowej. Zwłaszcza, że w momencie, gdy książka po długim procesie twórczo – wydawniczym staje na półkach księgarskich, ja jestem już w trakcie pisania czegoś innego. Historie napisane i wydane wybrzmiewają jak ostatnie dźwięki utworu muzycznego i zazwyczaj nie mam już ochoty do nich wracać. Każda książka rodzi się dość długo i czasem bohaterowie towarzyszą mi rok albo i dwa. To miłe, ale dość męczące towarzystwo na dłuższą metę, dlatego żegnam ich z ulgą, gdy nie muszę już nad nimi pracować. 

Przejdźmy może do sprawy najbardziej mnie fascynującej - "Wyspy z mgły i kamienia". Znowu banalnie, ale czasami tak trzeba - co skłoniło Panią do napisania takiej książki? Główna bohaterka diametralnie różni się od wielu znanych mi Polek z kategorii wiekowej 50+. Mało która kobieta w tak dojrzałym wieku zdobyłaby się na swoistego rodzaju opuszczenie rodziny, i nagłą przeprowadzkę z burej Polski, do kolorowej, fantastycznej Grecji! 
W Pani pytaniu w jakimś sensie mieści się odpowiedź: właśnie dlatego, że na ogół sobie tego nie wyobrażamy, ja postanowiłam sobie wyobrazić.  Kobieta po pięćdziesiątce bywa w znakomitej sytuacji, tylko czasem jej samej trudno w to uwierzyć. Ma jeszcze bardzo wiele do zaoferowania i jeśli tylko uświadomi sobie, że chwila, gdy dzieci wyprowadzają się z domu to nie koniec, a początek czegoś nowego, okaże się, że świat również może jej jeszcze wiele zaoferować. Nie musi oczywiście od razu wszystkiego rzucać i przenosić się do ciepłych krajów, ale możliwości ma sporo. Wiem, że to brzmi banalnie, ale czasami w banałach kryją się największe mądrości. Nie twierdzę, że to łatwe. Przez całe życie tkwimy w szponach stereotypów, które nawet jeśli nie są wyrazem myślenia indywidualnego tylko kolektywnego, to jednak na drodze socjalizacji przyswajamy pewien zestaw pojęć, który później buduje naszą tożsamość i sposób myślenia o świecie. Trudno również uciec od stereotypowego postrzegania roli kobiety: ma być gotowa do poświęceń, na pierwszym miejscu stawiać dobro rodziny, musi być skłonna do rezygnacji z własnych marzeń i ambicji, jeśli tego wymaga sytuacja. Odwrotnie niż w przypadku mężczyzny, gdzie akceptowaną społecznie postawą jest stawianie przed sobą wyzwań i uparte dążenie do celu. Matka, żona i kochanka najbardziej boi się łatki: egoistka. Znamienne, że w kilku recenzjach „Wyspy…” Julia taką właśnie łatkę dostaje od oburzonych czytelniczek. Egoistka, bo nie chce pomóc w wychowywaniu wnuków (choć całe życie poświęciła samotnemu wychowaniu dzieci). Egoistka, bo ośmieliła się zostawić dorosłe córki, które już od dawna mają swoje rodziny. Egoistka, bo zamiast uprawiać działkę i smażyć konfitury, odważyła się na zmianę jakości swojego życia. Egoistka, bo wreszcie na pierwszym miejscu postawiła siebie. Pociesza mnie, że krytykujące czytelniczki są zazwyczaj na początku swojej drogi życiowej i jeszcze niewiele wiedzą zarówno o świecie, jak i o sobie samych. Pomyślałam więc sobie, że czas, gdy rodzinnych obowiązków robi się z oczywistych względów jakby mniej, gdy spojrzawszy do tyłu widzimy swoje szczęśliwe, odchowane dzieci podążające własnymi drogami, to świetny moment, żeby zrobić coś dla siebie. Mam nadzieję, że gdy i dla mnie nadejdzie ta pora – będę umiała, jak Julia, wybrać to, co będzie dla mnie dobre. Póki co, mam w domu upartego siedmiolatka, który skutecznie oducza mnie egoizmu.

Dlaczego akurat Grecja? Dlaczego Kreta? Dlaczego nie Francja, Włochy, Bułgaria? Co takiego zauroczyło Panią w Grecji, że właśnie tam wysłała Pani swoją bohaterkę?
Każdy ma takie miejsce, na mapie, albo w sercu, gdzie ucieka, gdy życie zaczyna uwierać. Odkryłam Kretę ładnych kilka lat temu. Początkowo jechałam niechętnie, nastawiona na żarłoczny przemysł turystyczny, zła na kogoś, kto mnie tam ciągnął. A potem – spojrzałam i wpadłam  To była miłość od pierwszego wejrzenia. Kreta jest wyspą kontrastów. Często przypadkowym turystom nie chce się ruszać poza hotel i nie mają zielonego pojęcia, co znajduje się za kolejnym pagórkiem. Przypadkowo odkryłam zachodnią część Krety. Wioski i osady, gdzie jeszcze dwadzieścia lat temu nie było prądu. Nie przypominają wprawdzie urokliwych miejsc z pocztówek; nie ma tam białych domków o niebieskich okiennicach ani błyszczących w słońcu jasnych kopuł małych kościółków przyczepionych do skały. Jest za to dziko, chaotycznie i na szczęście jeszcze trochę bezludnie. Falasarna istnieje naprawdę. Nie wygląda dokładnie jak w książce, ale na szczęście nie rozpanoszył się tam jeszcze wielkohotelowy przemysł turystyczny. Nie sposób oddać słowami trudnego piękna tamtejszej przyrody, ani tego, jak się zmienia w ciągu roku. Kreta w maju, to zupełnie inne miejsce niż spalona, sucha wyspa w sierpniu. Białe plaże, dzikie, niedostępne góry, spalone słońcem przełęcze… I ten cudny zapach wyschniętych ziół, raniących stopy, gdy się na nie nieuważnie nadepnie. Zresztą, zapraszam do książki, starałam się najlepiej jak potrafię oddać atmosferę tego miejsca. Dla mnie tak wygląda raj; bywam w nim tak często, jak się da.

Julia jest kobietą zdeterminowaną, odważną, rządną przygód, oczytaną, inteligentną, znającą kilka języków. Czy wzorowała się Pani na kimś, tworząc tę postać? A może w Julii tkwi jakiś malutki fragment Pani? Czy wzorowała się Pani na rodzinie, przyjaciołach, tworząc pozostałych bohaterów? 
Julia jest mądrą, inteligentną kobietą, ale wcale nie wiadomo, czy z tego powodu łatwiej jej było podjąć tę trudną dla niej, w gruncie rzeczy decyzję. Nie jest samotna, ma dla kogo żyć. Ma pasje, przyjaciół, pracę, którą lubi. Albo raczej: lubiła. Nie musi wyjeżdżać. Wprawdzie zakończył się jej wieloletni związek, ale świat jej się przez to nie rozpadł, pozbierała się dość szybko. Mogłaby niczego nie zmieniać. Dotrwać w pracy do emerytury, a potem, jak większość kobiet w jej wieku poświęcić resztę życia na wychowywanie wnuków i błądzenie palcem po mapie. Chciałam pokazać, że Julia przed niczym nie ucieka, nie szuka lepszego życia dlatego, że czuje się nieszczęśliwa. Jest może trochę zmęczona, wypalona, ale przede wszystkim dochodzi do wniosku, że po prostu nie chce dalej tak żyć. Przypomina sobie swoje dawne marzenia, rozmowy z ojcem, pasjonatem starożytności i uświadamia sobie, że to ostatni dzwonek, żeby zobaczyć miejsca, o których całe życie marzyła. Jest w korzystnej sytuacji, spienięża kamienice po babci, z wynajmu których przez długi czas żyły jej córki. Ma w sobie odwagę, ale również mnóstwo wątpliwości, rozterek. Niestety, niewiele znam takich kobiet. Julia to czysty wymysł mojej fantazji. Kto wie, może to podświadoma projekcja mojego alter ego?

Lubi Pani wykreowanych przez siebie bohaterów? Czy mają one specjalne miejsce w Pani sercu, czy może zaraz po skończeniu książki, są oni wyrzucani z Pani pamięci, bo nie chce Pani do nich wracać? 
Lubię moich bohaterów. Przywiązuję się do nich, ale gdy zbyt długo ze sobą przebywamy zaczynają być męczący. Mam wrażenie, że z każdą kolejną książką umiem coraz sprawniej z nimi postępować. Już nie pozwalam im na samowolę. Owo fascynujące doświadczenia, gdy bezkrytycznie podąża się za wykreowanymi przez siebie bohaterami i pokornie spisuje wszystko, co wyprawiają, jest charakterystyczne dla początkujących autorów, zachwyconych wytworami własnej wyobraźni. To przyjemne uczucie, ale często prowadzi donikąd. Tak rodzą się rozmowy o niczym, urywają się wątki, a charaktery postaci rozmywają w powodzi moich niekontrolowanych emocji. Bohaterów trzeba lubić, ale należy dać im tyle swobody, ile się zaplanuje. A potem wyrzucić z głowy, bo pukają już do niej następni.

Czy teraz, kiedy "Wyspa z mgły i kamienia" jest już wydrukowana, a egzemplarze lada chwila trafią w ręce coraz to nowszych czytelników, jest coś, co chciałaby Pani w tej opowieści zmienić? Inaczej poprowadzić któryś wątek, zmienić zakończenie? A może wszystko jest tak, jak Pani sobie zaplanowała, i ze spokojem może Pani odetchnąć, myśląc: "tak, wykonałam kawał dobrej roboty"? 
Bardzo rzadko zdarza mi się poczucie, że wykonałam kawał dobrej roboty. Zawsze można coś zmienić, napisać lepiej i tylko trzeba wiedzieć, kiedy w końcu należy przestać poprawiać, w którym momencie poprawki nie wnoszą już niczego sensownego. „Wyspa… „ to pierwsza moja książka, która kończy się… hmm, jak by tu napisać, żeby nie zdradzać zakończenia… powiedzmy, klasycznie. Do tej pory moje bohaterki nie miały tak łatwo. Czytelnicy często uważają, że otwarte zakończenia sugerują kontynuację i w pewnym sensie mają rację. Z tym że ja bym chciała, by kontynuacja odbywała się w głowie i sercu czytelnika. Żeby po zamknięciu książki pomyślał czasem, jak mogły się dalej potoczyć losy bohaterów, jakich mogli dokonać wyborów, czy byli szczęśliwi. Julii w pewien sposób oszczędziłam tych rozterek. Na tyle ją polubiłam, że nie mogłam na końcu zrobić jej świństwa i rzucić pod nogi więcej kłód. Poza tym chciałam, żeby była przykładem dla kobiet. Pierwszy raz poczułam, że nie jest to po prostu kolejna opowiedziana przeze mnie historia. Byłabym najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, gdyby pod wpływem lektury jakaś nieszczęśliwa kobieta uwierzyła, że tylko od jej determinacji zależą zmiany. Sama nie wierzę, w to co piszę! Do tej pory nigdy nie miałam takich ambicji, chciałam jedynie opowiadać historie. Ale się porobiło!

Wiadomo, każdy autor chciałby, aby jego powieść została dobrze przyjęta, i żeby przypadła do gustu wielu osobom. Czym chciałaby Pani zachęcić czytelników, by ci przeczytali "Wyspę z mgły i kamienia"? Dlaczego powinni ją przeczytać? 
Nie umiem reklamować własnej twórczości. Mam wrażenie, że sama powinna się obronić. Oczywiście, że chciałabym, aby książkę dobrze przyjęto. Rozmawiałyśmy o trudnych wyborach, o poczuciu winy, powinnościach kobiet itd., ale to jest również, a może przede wszystkim opowieść o Krecie. O historii regionu, o ludziach, dla których jest miejscem do życia (nie zawsze łatwego), a nie kolorową pocztówką z turystycznego raju. O etycznym problemie masowej turystyki, o tym, czy grupka przyjezdnych ma prawo decydować, co dla tubylców jest najlepsze. Może po lekturze ktoś choć przez chwilę pomyśli o tym, że wyjazd „all inclusive” z biurem podróży nie zawsze leży w interesie regionu, w który się udajemy?

Bardzo dziękuję Pani za tę rozmowę, i życzę kolejnych, tak wielce udanych powieści. Mam wrażenie, że jeszcze nieraz usłyszymy o Pani :). 
Również dziękuję za rozmowę, było mi bardzo miło. I oczywiście zapraszam na „Wyspę z mgły i kamienia”.

5 komentarze:

Anne18 pisze...

Gratuluję świetnego wywiadu .

Szalona książkoholiczka pisze...

Super wywiad! Naprawdę znakomicie przeprowadzony, czytałam z uśmiechem na twarzy :)
Do tej pory nie wiedziałam, nad czym tu się podniecać, dlaczego recenzje tej książki są takie pozytywne. Kiedy wczoraj zaczęłam czytać, nagle sobie uświadomiłam w czym tkwi fenomen tej książki. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów chłonę treść, przy tym delektuję się każdym słowem, każdym zdaniem i czytam bardzo powoli, bo nie chcę skończyć powieści :)

Abbey White pisze...

Również gratuluję, naprawdę świetnie się czyta. Co do "Wyspy z mgły i kamienia" - zachęciłaś mnie i to jak, mam nadzieję, że uda mi się ją w najbliższej przyszłości przeczytać :)

miqaisonfire pisze...

Świetny wywiad, naprawdę przyjemnie się go czytało.

FC Zuzia pisze...

Nominowałam Cię do Versatile Blogger Award! Więcej info tu: http://alezaczytana.blogspot.com/2013/08/nominacja-versatile-blogger.html

Prześlij komentarz