14 września 2013

Jennifer Echols - Love Story

Czasami zdarza się tak, że inni chcą kierować naszym życiem. Każdy z nas ma na siebie własny plan, który prędzej czy później zostanie wprowadzony w realizację. Chcemy żyć tak, by być szczęśliwymi. Pragniemy od życia tego, co najlepsze. Skrycie marzymy o rzeczach, które, czasami niemożliwe do realizacji, dałyby nam poczucie spełnienia. Działamy szybko, impulsywnie. Czasami planujemy swoje losy z wyprzedzeniem. Nie ważne jednak, co, kiedy, i jak się stanie. Ważne, abyśmy byli zadowoleni z tego, jak wiedziemy nasze własne, wyjątkowe, i tylko nasze życie. Lecz co jeśli ktoś, czasami bliski naszemu sercu, postanowi pokrzyżować nam plany? Co jeśli, szczęście, na które tyle pracowaliśmy, zostanie nam odebrane, ponoć, dla naszego dobra? Bywa tak, że ktoś chce zmienić nasze życie, bo wie, co dla nas jest najlepsze. Tak jakbyśmy to my nie wiedzieli, czego od życia chcemy. Nie należy się jednak uginać w takiej sytuacji. Nie należy twierdzić, że bliska nam osoba wie lepiej od nas samych, czego potrzeba nam od życia. Życie to ciągła walka o marzenia, którą musimy wygrywać każdego dnia. Nikt nie ma prawa mówić nam, jak mamy żyć, a jak nie. To my jesteśmy panami własnego losu, i chociaż ten często płata nam różne figle, to jednak pozwala się czasami ujarzmić, i pozwolić na poprowadzenie pewnych wątków naszego życia tak, jak tego chcemy. Żyjmy tak, abyśmy kiedyś mogli dumnie powiedzieć: wygrałem swoje życie.

Erin chce zostać pisarką, bo uwielbia happy endy. Sama dla siebie takiego nie przewiduje, dlatego też lubi uciekać w fikcję literacką, i prowadzić życie swoich bohaterów tak, jak ona chce. Dziewczyna jest studentką, która uciekła do Nowego Jorku z rodzinnego miasteczka, by zająć się pisarską karierą. Jej babka, zamożna właścicielka wielkiej stadniny koni, zaplanowała jej życie od początku do końca. Po jej śmierci Erin miała przejąć stadninę, co wiązało się z wcześniejszym studiowaniem na kierunku zarządzania. Jednak nie tego od życia pragnęła dziewczyna, dlatego też ogranicza swój kontakt z babką do minimum, i próbuje zająć się swoim życiem - bez pieniędzy, których do tej pory było jej pod dostatkiem. Pewnego razu, Erin pisze na zajęcia pisania kreatywnego opowieść o chłopcu stajennym, którego postać wzoruje na swoim dawnym przyjacielu, dzisiejszym wrogu, Hunterze. Nie przypuszcza ona jednak, że chłopak kiedykolwiek przeczyta jej opowiadanie. Wszystko zaczyna się sypać, kiedy Hunter pojawia się na tych samych zajęciach pisania, na które uczęszcza Erin. Wszystkie emocje z przeszłości ponownie stają się rzeczywistością.

Często zarzekam się, że nie lubię czytać książek dla młodzieży, bo chociaż sama ową młodzieżą jestem, to uważam, że literatura tego typu, zwłaszcza w ostatnich latach, sięga głębiej niż dno. Niesamowicie działają mi na nerwy wszelkie opowieści typu: ona go kocha, on jej nie, ona jest załamana, i co to będzie, o rany boskie. Żałość ogarnia całe me delikatne, czytelnicze serce, dlatego też staram się trzymać od takich książek na odległość przekraczającą kilka kilometrów. Mam jednak swoje momenty słabości, każdy je ma, kiedy ochota na lekką, banalną, lecz niegłupią lekturę wywierca mi dziurę w brzuchu. Chęć przeczytania o fantastycznej miłostce, dziejącej się w nieoczekiwanych okolicznościach, jest wtedy tak silna, że nie mogę nie ulec samej sobie, i wybieram się do księgarni. Zakradam się niczym ninja do działu z literaturą młodzieżową, kryjąc się przy tym przed wzrokiem ambitnych czytelników. Udaję, że wcale nie wiem, co tam robię, że znalazłam się tam całkowicie przypadkowo, a kiedy znajdzie mnie tam jakaś miła pani pracująca w owej księgarni, z uśmiechem (no dobra, nazwijmy to poniekąd szczękościskiem) wypisanym na ustach mówię, że chyba zabłądziłam, i przepraszam bardzo, ale nie wie pani może gdzie znajdę półkę z klasyką? Kiedy jednak nikt mnie nie widzi, udaję, że nie dostrzegam kamery w rogu pomieszczenia, archiwizującej wszystkie me poczynania, i wykonuję dziki taniec, inaczej nazywany skakaniem po półkach, gdyż dojrzeć muszę wszystko, co na tych półkach się znajduje. A nuż schowałoby się przede mną coś apetycznie interesującego! Kiedy już dorwę swą zdobycz, która wydaje się być najmniejszym złem z pośród wszystkich słitaśnych, różowych, tak bardzo efektownych okładek, idę do kasy, wmawiam szanownej pani, że kupuję książkę siostrze, której nie mam, płacę, i jak najprędzej udaję się do domu, żeby: a) nikt mnie z tą młodzieżówką nie zobaczył, b) żeby czym prędzej rozpocząć jej lekturę. Lektura trwa zazwyczaj nie dłużej niż dwie godziny, w porywach do trzech. Po jej zakończeniu, oddycham spokojnie, usatysfakcjonowana, że zaspokoiłam swój męczący głód dziewczyńskiej głupoty. A potem pozbywam się dowodu zbrodni, w postaci głupawej książki, i wywalam ją daleko do góry na półkę. Coby nikt nie wątpił w to, jaką to ja jestem ambitną czytelniczką.

Jeszcze kilka dni temu targałam sobie moje piękne blond włosy z głowy, i zastanawiałam się, jak to możliwe, by książka, choć w małym stopniu, tak prawdziwie odwzorowywała moje życie. Kiedy tylko zapoznałam się z opisem znajdującym się na tylnej okładce Love Story, moje usta ułożyły się w idealnie okrągłe o, a w mojej głowie rozpoczęła się gonitwa myśli. To ja chciałam wyjechać, tyle, ze nie do Nowego Jorku, ale do Londynu. To ja chciałam tam jechać, by spełniać się jako pisarka. To ja chciałam... No dobrze, wystarczy. Być może odrobinę przesadzam z tym odzwierciedleniem moich pragnień w książce, jednak te dwie logiczne spójności tak mnie zafascynowały, że stwierdziłam, że ja tę książkę muszę przeczytać. Chociażby ze zwykłej ciekawości, jak główna bohaterka poradzi sobie w obliczu wielkiego miasta, jaką rolę w jej życiu odegra pisanie, no i oczywiście, łakoma byłam delikatnego wątku romantycznego, który przez sam tytuł powieści, był wręcz oczywisty. Stwierdziłam, że przymknę oko na fakt, iż jest to pewnie kolejna głupawa młodzieżówka, którą czytają, przy akompaniamencie walącego serca, typowe małolaty. Byłam bardzo ciekawa, jak Jennifer Echols poprowadzi losy dziewczyny, która z zamożnej damy nagle stała się bankrutem, i to uwaga, z własnej decyzji. Fascynowało mnie poniekąd jej życie, które uległo tak radykalnej zmianie. Nie owijając w bawełnę, przez głowę snuły mi się myśli zmuszające do zastanowienia się, co ja bym zrobiła w takiej sytuacji. Szczerze mówiąc, nadal nie wiem. Podziwiam Erin za jej determinację. Bo tego nie mogę jej odmówić.

Już od samego początku znajomość zawarta pomiędzy mną, a Love Story, rozpoczęła się wyjątkowo dobrze. Zazwyczaj bohaterkami młodzieżówek są nastolatki, które tak naprawdę jeszcze nic o życiu nie wiedzą, a zachowują się, jakby wszystkie rozumy pozjadały. Miłą odmianą więc było dla mnie, gdy okazało się, że główną bohaterką powieści napisanej przez Jennifer Echols, jest studentka. Studentka wyjątkowo ambitna i harda, która nie bała się przeciwstawić despotycznej babce, i postanowiła wziąć życie w swoje ręce, i czerpać z niego dużymi garściami. Na wielki plus mogę zapisać właśnie Erin, którą polubiłam już od pierwszej strony opowieści. Niegłupia, umiejąca sobie poradzić w życiu, dążąca do celu młoda dziewczyna. Już wtedy stwierdziłam, że skoro główna bohaterka jest tak wspaniale wykreowana, to i pozostałe postacie nie będą jej odstępować, a przynajmniej niezbyt rażąco. Czasami zdarza mi się coś mądrze przewidzieć, i z radością mogę oświadczyć, iż bohaterowie Love Story dają się lubić. Zwyczajna grupka młodych ludzi, których największym priorytetem są obecnie studia. Jasne, przyjaźń i miłość również odgrywają w ich życiu ogromną rolę, jednak Echols skupiła się w swojej książce bardziej na ukazaniu studentów w wymiarze tego już dorosłego życia. Co nie znaczy, że uczyniła z nich kujońskich cyborgów, co to, to nie. Nie jest to jednak grupka ludzi, dla których liczą się jedynie imprezy, alkohol, i inne tego typu młodzieńcze uzależnienia. Bardzo cenię sobie Jennifer Echols za to, że pokazała swoim czytelnikom realia nowojorskiego studenta, który nie ma za wiele pieniędzy, i czasami zdarzy mu się przymierać głodem, który z wielkim szacunkiem traktuje wszelkie droższe rzeczy, i który, pomimo tak wielu obowiązków narzucanych przez naukę, stara się robić wszystko, by żyć na odpowiednim poziomie. Życie studenta wcale nie jest tak kolorowe i bajeczne, jak się nam wydaje. Okazuje się, że czasami jest ono całkowicie beznadziejne. Ale nawet w najgorszych sytuacjach nie należy się poddawać - o czym przekonuje nas powieść Echols.

Dużą rolę w życiu Erin odegrały konie - w końcu wychowała się w domu, obok którego stała wielka stadnina. Od dziecka pisane jej było przejąć kiedyś cały majątek, którego dorobiła się jej rodzina: ponad setki koni, które ciągle wygrywały w prestiżowych konkursach, oraz całej stadniny. Życie Erin jednak trochę się poplątało, a pewne wydarzenia sprawiły, że postanowiła, iż nigdy nie będzie zajmowała się stadniną babki, która przywoływała smutne wspomnienia. Dla dziewczyny nie liczyły się pieniądze, bogactwo, wyrafinowane towarzystwo, bankiety, eleganckie stroje. Zapragnęła żyć tak, jak sama tego chciała, z dala od rodzinnej fortuny. Nie przypuszczała jednak, że jej dawny przyjaciel stanie się dla niej wrogiem. Jak widzisz, drogi Czytelniku, Love Story nie jest banalną opowiastką o młodzieńczej miłości, lecz splotem wielu barwnych wątków, które zmuszają do refleksji. Fabuła powieści jest bogato urozmaicona, jednak język, jakim posługuje się autorka, chwilami przyprawia o ból głowy i sprawia, że odechciewa się dalszej lektury. Banalny, prosty słowotok, tak to można określić. Niektóre dialogi czasami bolą, zaś poszczególne wydarzenia zmuszają do ironicznego parsknięcia. To nie tak, że jest kompletnie beznadziejnie. Bo nie jest. Love Story momentami jednak ociera się o płyciznę, tak bardzo niepożądaną przeze mnie w tego typu lekturach. Większość książki obfituje w zaskakujące zwroty akcji, poprzez które czytelnik zapomina o fakcie, iż od kilkudziesięciu dobrych minut wlepia ślepia w (nie)zwykłą młodzieżówkę. Niektóre sytuacje były tak absurdalne, że ilość przekleństw szeptanych przeze mnie pod nosem rosła z minuty na minutę. Ale nie wzięłam sobie tego za bardzo do serca, bo Love Story jest książką zaskakująca, która niestety posiada kilka pięt achillesowych. W tym wypadku jestem to jednak w stanie wybaczyć, gdyż sama opowieść mnie zauroczyła. A i mnie czasami zdarzy się przymknąć oko na pewne błędy. Nie jestem wcale taka zła, za jaką się mnie uważa, oj nie.

Moje serce nie szalało, gdy dochodziło do zbliżeń pomiędzy Erin i Hunterem, z czego niezwykle się cieszę, bo rytm mojego serca, chociaż czasami zdradliwy, jest wyznacznikiem dobrego smaku książki. Wątek romantyczny poprowadzony w Love Story nie bije po oczach, bo pomimo, iż jest praktycznie głównym tematem książki, to jednak jest jakby zasnuty mgłą. Jennifer Echols nie stworzyła wątku oczywistej miłości pomiędzy dwójką głównych bohaterów, a sprawiła jedynie, by ci, przez prawie czterysta stron, mogli poznawać się na nowo, i powoli odkrywać, co ich tak naprawdę łączy. Niezwykle przypadł mi do gustu fakt, iż w książce zawarte są opowiadania, które Erin i Hunter pisali na zajęcia kreatywnego pisania, poprzez co możemy poczuć się równi z uczestnikami zajęć, mogąc również wysnuć pewne wnioski na temat tych opowieści. Love Story to książka pełna emocji, momentami nieco spłyconych, jednak niezwykle żywych i głębokich. Jest to prawdziwa opowieść o studenckim życiu, w które zamieszane są przeróżne problemy. Chociaż momentami bywa płytko, nie jest banalnie i przewidywalnie. Śmiało mogę rzec, że jest to jedna młodzieżówek, której młodzieżówką nazywać raczej nie powinnam, jaką kiedykolwiek w życiu czytałam. Love Story wciągnęła mnie mocno w swoje objęcia, i nie chciała puścić. A ja nie protestowałam.

Ocena: 8/10

12 komentarze:

cyrysia pisze...

Z ogromną ciekawością czytałam twoją recenzje, ponieważ ta książka od dłuższego czasu siedzi w mojej głowie, lecz na szczęście jakiś czas temu udało mi się ją zdobyć i teraz czekam jedynie na listonosza. Mam nadzieję, że moje odczucia po tej lekturze będę równie pozytywne, jak twoje ale o tym niebawem sama się przekonam.

Kulturalna Blogerka pisze...

Niestety pozycja zupełnie nie dla mnia :)
http://qltura.blogspot.com/

kasandra_85 pisze...

Mam tę książkę w planach. Poprzednia tej autorki bardzo mi się podobała:)
Pozdrawiam!!

Jane Rachel pisze...

Skoro ocena jest taka dobra, muszę koniecznie sięgnąć po to dzieło ^^

Meme pisze...

Po tytule spodziewałam się, że główny wątek może być oparty na identycznym pomyśle, jak to bywało w starszych dziełach od tego ;) Jednak zaciekawiłaś mnie tą książką, z racji gdyż może odstawać od wyznaczonych ram ;)

monalisap pisze...

Barwna recenzja :) Nie dziwię Ci się, że miałaś po przeczytaniu opisu książki gonitwę myśli- że bohaterka ma coś z Tobą wspólnego. Myślę, że szukamy w książkach cząstki siebie i swojego życia i ciekawią na, czytelników alternatywne scenariusze.

Angela Wonderland pisze...

Lubię wieczorkiem dla odprężenia poczytać sobie obyczajówki :D Chętnie poznam i tą :)

Tosia pisze...

Z chęcią przeczytam, ponieważ lubię kobiecą literaturę ":)

Aleksandra Luna pisze...

Mam ją na oku od jakiegoś czasu i niestety portfel nie pozwala na kupienie wszystkich książek naraz.
Hyh, trochę rozbawiła mnie część o kupowaniu młodzieżówek. Ja tam się nie wstydzę wchodząc na ten dział. Ja się szczerzę jak głupia to tych wszystkich książek. Bo i owszem zdarzają się dna nad dnami, ale mi prosty język nie przeszkadza. Lubię go, to taka odskocznia od książek do matematyki, fizyki i chemii i innego szkolnego bełkotu..
Mam nadzieję, że jednak portfel pozwoli i niedługo będę miała okazję zapoznać się z tą książką. :)

kasjeusz pisze...

Po tytule spodziewałabym się raczej stereotypowego romansidła. ;)
Lubię, kiedy bohaterowie uciekają w fikcję literacką (zresztą sama czasem tak robię). Różnie to jest przedstawiane w książkach: raz negatywnie (naganna ucieczka od rzeczywistości), raz pozytywnie (tutaj przypomina mi się "Niekończąca się historia").
Ja w sumie też często mówię, że nie lubię powieści dla młodzieży, bo na ogół nie przypadają mi do gustu. Te dawne są zbyt dydaktyczne, a te nowe zbyt często kręcą się wokół wątków romantycznych. Ale od czasu do czasu jakąś przeczytam i się pozachwycam.
Ciekawe jest to zjawisko (bo chyba zasługuje na taką nazwę) "kupowania książek dla siostry, której się nie ma". U mnie w klasie są, na przykład, osoby, którym trudno się przyznać, że czytają/czytali coś powszechnie uważanego za kiepskie czytadło (np. "Zmierzch").

Katarzyna Kochanowska pisze...

mam pytanie czy to jest pierwsza czesc jakiejs serii czy poprostu nie ma serii tej ksiazki ?

Caroline Ratliff pisze...

To jest pojedyncza powieść :).

Prześlij komentarz