20 października 2013

Stephen King - Carrie

Beznamiętnym spojrzeniem śledzisz odbicie w maleńkim lusterku, którego używasz tylko od święta, bo Twoja matka uważa, że podziwianie własnego ciała jest grzechem ciężkim. Widzisz istotę, która nigdy nie powinna była się narodzić. Jesteś dzieckiem dwójki ludzi, którzy o miłości nie mieli pojęcia. Nie umiesz poradzić sobie z życiem, które jest okrutne, które krzywdzi Cię na każdym kroku, które złośliwie podkłada Ci nogę, z zapartym tchem oczekując Twojego upadku. Całe zło tego świata spada na Ciebie, choć niczym nie zawiniłeś. Inni drwią z Twojej osoby, wytykają Cię palcami. Mają Cię za nic. Przyglądasz się temu z chłodnym dystansem, nie dajesz się sprowokować, próbujesz stawić czoło życiu, jakimkolwiek by ono nie było. Jednak całe to zło, które niczym bicze uderza w Twe delikatne ciało, kumuluje się gdzieś tam, w środku. Czekasz na odpowiedni moment. Ty umiesz coś, czego nie umieją inni. Tajemnice, głęboko ukryte pod Twą skórą, czekają na właściwy moment. Pewnego dnia nie utrzymujesz swych emocji na wodzy, i uwalniasz tę mroczną, nieznaną dotąd nikomu, naturę. Naturę, o której istnieniu wiedziałeś tylko Ty. Przyszedł czas na zemstę. Twa złość, Twój strach, Twój żal, niczym krew zaleje tych, którzy śmieli próbować zrujnować Twoje życie. Kiedyś śmiali się oni. Teraz będziesz śmiać się Ty. A Twój głośny, okrutny chichot usłyszą wszyscy. Nawet ci, którzy dawno już opuścili ten świat.

Carrie to dziewczyna, która różni się od swoich rówieśników. Uważana jest za nieudacznika, jest obiektem śmiechów i drwin, stanowi największą szkolną ofiarę. Jej matka, zagorzała religijna fanatyczka, próbuje uchronić córkę od grzechu, zmuszając ją do ciągłych modlitw, wprowadzając w domu olbrzymi, nienaturalny rygor. Pewnego razu dziewczyna buntuje się, postanawia zacząć żyć normalnie, i zgadza się iść na szkolny bal. Ma nadzieję, że ten jeden wieczór wiele zmieni w jej życiu. Wydarzenie to owszem, zmieni wiele. Ale na gorsze. W końcu na jaw wyjdzie prawdziwa natura Carrie, światło dzienne ujrzą jej skrywane dotąd tajemnice i umiejętności. Tak wielce obiecujący wieczór zakończy się... tragicznie.

Parę ładnych lat temu, kiedy jeszcze byłam piękna i młoda (a nie piękna, i u kresu życia nastoletniego), w okresie, kiedy moja fascynacja twórczością Stephena Kinga dopiero nabierała określonych kształtów i kolorów, me oczy ujrzały w pewnej przyjemnej bibliotece okładkę, która od razu przyciągnęła moje spojrzenie. Grzebałam sobie wówczas namiętnie na regałach z horrorami, wielką uwagę zwracając na powieści mojego obecnego Mistrza, który Mistrzem moim wtedy jeszcze nie był - kichałam obficie, bo znajdowałam się w jednej z tych bibliotek (wtedy jeszcze takowe odwiedzałam), których pracownicy nie zaglądają na wyżej położone półki, i nie ścierają kurzu. Byłam wtedy na etapie testowania Kinga, dlatego z wielkim namaszczeniem przeglądałam wszystkie jego powieści, starannie je selekcjonowałam, chciałam trafić na te najlepsze. W pewnym momencie w ręce wpadła mi książka, na okładce której znajdowała się dziewczyna z zakrwawionymi rękoma. Może zabrzmi to strasznie, jednak ten poniekąd przerażający widok mnie zafascynował, dlatego też, nie czytając nawet opisu na tylnej okładce, pobiegłam do biurka bibliotekarki i powiedziałam: tak, dzisiaj biorę tę książkę. Mój entuzjazm był chyba wtedy zbyt widoczny, bo szanowna pani bibliotekarka rzuciła mi zdziwione spojrzenie, jednak ja absolutnie o to nie dbałam, bo myślami byłam już w tej niegrubej, ale zapewne fascynującej opowieści. Od najmłodszych lat ubóstwiałam zaczytywać się w historiach z dreszczykiem, od zawsze miałam spaczoną psychikę. Ocenianie książek po okładkach kiedyś mnie zabije, lecz tym razem mogłam pogratulować samej sobie - patrząc jedynie na szatę graficzną, wybrałam sobie naprawdę dobrą lekturę. Byłam pod wrażeniem. I dalej jestem. Pewne rzeczy nigdy się nie zmieniają, nawet pomimo upływu czasu.

Siedzę sobie teraz wygodnie na miękkim łóżku, i poniekąd medytuję, a przynajmniej zatapiam się w głębokich myślach. Zastanawiam się, co ja sobie myślałam, te parę lat wcześniej, czytając Carrie. Teraz jako (nie)dojrzała emocjonalnie osoba obmyślam, jak jak mogłam cokolwiek zrozumieć z tejże książki. Rozumiem, że ja od zawsze byłam osobą o ponadprzeciętnej inteligencji, posiadającą wielką wyobraźnię, i zbyt wybujałe ego, jednak cofając się kilka lat w tył, głowię się nad tym, ile ja faktycznie z tej powieści mogłam wynieść. Pewnie, wątek horroru mnie zafascynował dogłębnie, jednak Carrie jest książką, którą poniekąd trzeba zrozumieć. Swoją przygodę z twórczością Kinga rozpoczęłam naprawdę wcześnie, co nieraz spotykało się z dosyć sceptycznymi uwagami moich starszych znajomych. Nie dbałam jednak o zdanie innych, czytałam, co mi się podobało. A Carrie spodobała mi się wtedy niezmiernie. Dreszczyk emocji, delikatnie, powoli osnuwający me zmysły, stał się moim nałogiem. Kochałam tę niepewność, to ciągłe uczucie trwogi, zastanawianie się, co będzie dalej. Oszalałam na punkcie tej książki. A ona nagle się skończyła. Liche dwieście stron zbyt szybko przewinęło się przed moimi oczyma, pozostawiając niedosyt, i dziwne poczucie niepokoju. Wszystko to działo się kilka pięknych lat temu. Niedawno poczułam potrzebę przeżycia raz jeszcze tej przygody. Chciałam jeszcze raz ujrzeć tworzącą się na mych ramionach gęsią skórkę, która bynajmniej nie pojawiała się z powodu nagłego powiewu wiatru. Chciałam, jako starsza wersja mnie, przekonać się, co mogę jeszcze z tego absolutnie fenomenalnego debiutu mojego Mistrza wydobyć. I kiedy już porwałam Carrie ponownie w swoje objęcia, westchnęłam głęboko. Dane mi było ponownie spotkać się z moją mroczną Przyjaciółką.

Spotkanie po latach wywołało wiele emocji. Dopiero teraz, po takim upływie czasu, kiedy przeczytałam Carrie raz jeszcze, uświadomiłam sobie, jak świetny start w karierę miał Stephen. I chociaż nie jest to jego najlepsza książka, śmiało mogę nazwać ją klasykiem, gdyż stanowi ona obraz typowych umiejętności pisarskich Kinga. Wciąż nie mogę otrząsnąć się z trwogi, która zawładnęła mym ciałem, na wieść, iż żadne z wydawnictw powieści tej nie chciało przyjąć. Stefcio latał od jednej filii do drugiej, w każdej spotykał się z odmową. W końcu dał sobie spokój, i Carrie wylądowała w koszu. Bez wiedzy męża, Tabitha King uratowała powieść, i zaniosła ją do najmniejszego wydawnictwa, o którym Mistrz nawet nie pomyślał. I ono zgodziło się wydać debiut przyszłego Króla Horrorów. Tak niewiele brakowało, by Mistrza nie było w naszym literackim świecie. Carrie to opowieść o trudach nastoletniego życia, trudach, z którymi wielu z nas, w większym i w mniejszym stopniu się borykało. Któż z nas nie był ofiarą, sprawcą lub chociażby obserwatorem nękania słabszych, nikomu względnie nie przeszkadzających istot ludzkich? King w mistrzowski sposób poruszył w swej debiutanckiej powieści ciężki, życiowy temat, za tło dając wątek paranormalny. Carrie to dziewczyna, która jest niezwykle zamknięta na świat. Objęta czułymi ramionami przesadnej religijności, nie może wieść normalnego, spokojnego życia. Zewsząd obserwujące ją postacie Jezusa przyprawiają o kolejne dziwactwa. Dziewczyna wychowywana była w wielkiej niewiedzy. Aż pewnego dnia wszystko się zmieniło. Stephen King stworzył powieść niebanalną, napisaną charakterystycznym, tak bardzo typowym dla siebie językiem. Styl Króla jest niewątpliwie oryginalny, czasami pełen chaosu, momentami przejrzysty i klarowny. Stephen uwielbia mieszać swoim czytelnikom w głowie, i nigdy nie wykłada wszystkiego na srebrnej tacy. Do jego twórczości trzeba mieć cierpliwość. Trzeba umieć powstrzymać cisnące się na usta przekleństwa, które są owocem nieraz niejasnych sytuacji, nakreślonych ręką Kinga. Trzeba umieć docenić majstersztyk, jakim są jego powieści. Bo Stefcio wie, co robi. To my nie wiemy, jak to odebrać. On się z nami bawi. W kotka i myszkę. Nam pozostaje jedynie podjąć się tej zabawy. Innego wyjścia nie ma.

Gdybym miała Carrie określić jednym słowem, zdecydowałabym się na pojęcie: niepokojąca. Tak. Jestem po dwukrotnej lekturze tejże powieści, a wciąż czuję w głębi pewną obawę, której nie mogę, nie umiem, nie potrafię zdefiniować. Nie chcę Carrie nazywać książką dziwną, gdyż jest to słowo absolutnie niefortunne, i nie oddające istoty tejże opowieści. Debiut Kinga nie jest klasycznym horrorem, przez który można czuć potrzebę spania przy zapalonej lampce. Jest to historia przerażająca swą prostotą, i realnością zdarzeń. Element paranormalny tak naprawdę dodaje jedynie smaku całej opowieści; motywem przewodnim jest tutaj fakt, iż to ludzie są najstraszniejszymi istotami, które mają prawo bytu na tym świecie. To ludzie potrafią zgotować sobie okrutny los, to oni wyrządzają innym największą krzywdę. King ukazuje to w swojej powieści w dosyć dobitny sposób, bawiąc się swymi bohaterami, niczym pionkami na polu gry planszowej. Autor dopracował swe postacie perfekcyjnie, ukazując w różnym świetle ich wady i zalety. King w inteligentny sposób poprowadził fabułę, ukazując, jak wielką krzywdę można wyrządzić sobie samemu, nie mając świadomości, co czynimy. Carrie to powieść niepokojąca, na swój sposób dziwna, lecz niezwykle mądra i wartościowa. Stephen znalazł sobie doskonałą rozrywkę w tworzeniu realnych sytuacji, ukazując swym czytelnikom ich najczarniejszy scenariusz. Niektóre momenty w książce są wręcz, kolokwialnie mówiąc, obleśne. Niektóre fragmenty zadziwiają brutalnością, gwałtownością; odrzucają. Na myśl przychodzi tylko jedno: co Stefcio chciał tym udowodnić? Co chciał przez to powiedzieć? Niejednego chamstwo Króla potrafi urazić. Lecz King zawsze był starym, wyklinającym, obleśnym erotomanem, nawet za młodu. Ale za to go kochamy, czyż nie?

Niezwykłym faktem jest to, iż Carrie została wydana w 1979 roku, czyli dość dawno, a wciąż jest na językach wszystkich szanujących się czytelników. Ta długowieczność powieści świadczy, że Stephen King wykonał kawał naprawdę dobrej roboty, kreśląc na czystych kartach, krzywym pismem, swój debiut. Carrie to fenomen, który nie przeminie nigdy. Carrie to książka, którą śmiało możemy wpisać do kanonu lektur szkolnych, opatrzonych podpisem: horror. Chociaż nie. Ta powieść jest za dobra, by ją zeszmacić. A tak się niestety dzieje ze wszystkimi szkolnymi lekturami. Po co zmuszać innych do zapoznania się z tą historią? Kto wartościowy, sam trafi na kingowy debiut. Kto wartościowy, doceni go. Carrie to powieść wieczna, powieść, której się nie zapomina; powieść, która dla Kinga, jak i jego czytelników, zawsze będzie ważna. Przed chwilą odłożyłam ten majstersztyk na półkę. Wiem, że za kilka lat, wdrapię się na drabinę, zdmuchnę kurz z pożółkniętych z powodu upływu czasu kartek, i ponownie oddam się światu, który wykreował mój Mistrz. I tak będę powtarzać ten proces, aż do śmierci. A co będzie po niej? Któż wie. Może tam, w górze, też pozwalają czytać wielkie dzieła?

Ocena: 10/10


„Prawdziwy żal jest tak samo rzadki jak prawdziwa miłość.”

~*~
W recenzji wspominam o okładce starszego wydania Carrie, ukazana wyżej okładka jest okładką filmową, którą pragnęłam umieścić, gdyż właśnie ta wersja wylądowała u mnie na półce :).

4 komentarze:

miqaisonfire pisze...

Według mnie książka nie zasługuje na maksymalną notę. Nie jest tak dobra jak inne powieści Kinga. Być może dlatego, że to był jego debiut.

Tosia pisze...

"Carrie" jeszcze nie czytałam, lecz podobnie jak Ty, uwielbiam historie z dreszczykiem. I też, niestety, oceniam książki po okładce (swoją drogą ta okładka jest niesamowita!)

Anonimowy pisze...

Hej Karolino,
fajnie, że czytasz. Naprawdę, w tych trudnych dla moli książkowych czasach niezrozumienia, cieszę się, że dzieciaki sięgają po książki :) W Was nadzieja! I sięgnij za parę lat po te sama pozycje, które recenzujesz teraz. Sama się uśmiejesz,tym jak przez pryzmat doświadczeń, wieku i dojrzałości zmienia się spojrzenie na tekst. Czytaj i pisz. Powodzenia!

Anonimowy pisze...

"Carrie" dopadłam po ukazaniu się właśnie tego wydania, którego okładkę zamieściłaś. Przeczytałam po polsku, jakiś czas później po angielsku... I przyznam się, że była to pierwsza książka, po której przeczytaniu miałam koszmary. Wcześniej miałam je po przeczytaniu czegoś raz - też po Kingu, po opowiadaniu z cyklu "Ciemna, bezgwiezdna noc" (niestety nie pamiętam tytulu tego genialnego utworu). A to chyba coś znaczy, prawda? :) No cóż, powiem ci tyle: kocham Kinga.

Prześlij komentarz