10 listopada 2013

Nele Neuhaus - Elena. Wygrać z losem

Czujesz na twarzy delikatne smagania wiatru. Opierasz się o twardą, drewnianą barierkę, która wpija się w Twe delikatne ciało. Stukot końskich kopyt rozbrzmiewa głośno. Wszystko, co Cię w tej jednej chwili otacza, jest jak piękny sen. Przed Twymi oczyma dwa młode źrebaki bawią się w berka. Nieświadome uciechy ludzkiej, której są powodem, brykają w najlepsze. A Ty przyglądasz się temu z daleka. Żywisz niezwykle ognistą miłość do tych czworonożnych stworzeń. Konie to istoty, które są dla Ciebie bliższe niż ludzie. To im szeptem wyjawiasz każdy swój sekret. To one Cię pocieszają, kiedy jesteś w złym humorze. To one są całym Twym światem. Wzdychasz głęboko, i odchodzić od barierki. Wracasz na ziemię. Kierujesz się w stronę domu. Wszystko, co dla Ciebie najważniejsze, już niedługo możesz stracić. A wtedy nie będzie już nic. 

Elena wychowała się w domu, w którym najważniejszym tematem rozmów codziennych były konie. Dziadek dziewczyny prowadzi ujeżdżalnię i szkołę nauki jazdy konnej. W boksach stadniny znajdującej się tuż obok rodzinnego domu wiedzie żywot ponad sto koni. Pewnego dnia dziewczyna dowiaduje się, że jej rodzina tonie w długach, co najprawdopodobniej zakończy się utratą całego dobytku. W dodatku, Elena zakochuje się w jedynym chłopcu, w którym nie wolno jej się zakochać. Rodziny Weilandów i Jungblutów od zawsze toczyły wojnę. A teraz młody Jungblunt zawrócił Elenie w głowie. Wiele problemów spadło naraz na głowę spokojnej nastolatki. Jej życie powoli zamienia się w jeden wielki koszmar. A to nie koniec jej kłopotów.

Od samego początku wietrzyłam podstęp, i niech mnie piorun trzaśnie, jeśli łżę. Lubię czasami mówić, sama do siebie (bo nikt inny w to nie chce wierzyć), że jestem nieomylna. Milion razy już udowodniłam na swej osobie, że mylić się jest rzeczą ludzką. Lecz tym razem mogę wesoło podskakiwać, i klaskać samej sobie, bo tym razem się nie pomyliłam. A chciałabym. Chciałabym móc powiedzieć, że okej, jednak nie miałam racji, że źle obstawiałam, że się, o la boga, pomyliłam. Ale nie. W tym przypadku nosa miałam niezawodnego, doskonałego, perfekcyjnego. Wiesz, drogi Czytelniku, ja bardzo lubię konie. To takie miłe zwierzęta. A jeszcze bardziej lubię książki o koniach. Są niezwykle fascynujące. W pamięci mam serię Heartland, która poniekąd była ostoją mojego dzieciństwa. Ciekawa, mało ambitna, niezobowiązująca, lecz pełna emocji lektura. Tkwi mi w pamięci po dziś dzień, i chociaż części tejże serii wydano już milion, a ja zatrzymałam się na bodajże trzynastej, to jednak uważam się za wielką fankę tego cyklu. Dlatego też, gdy tylko o uszy (oczy?) obiła mi się zapowiedź książki Nele Neuhaus, Elena. Wygrać z losem, zapiszczałam z radości. Bo, pomijając dosyć nieciekawy tytuł, stwierdziłam, że ta książka na pewno powtórzy wielkość serii Heartland. W końcu też miała traktować o koniach oraz młodej dziewczynie (dziewczynce?), dla której te wspaniałe zwierzęta są całym światem. Śmieję się teraz głośno, czytając powyższe, napisane przeze mnie samą, słowa. Nieomylną nazwać mnie nie można, niestety.

Mawiali mi tyle razy: nie oceniaj książki po okładce. Ale nigdy nie słuchałam. Nie chciałam. Nie mogłam. Jestem estetką - lubię, gdy coś ładnie wygląda. Napawam wzrok pięknem, a potem chodzę, trącam mijanych ludzi, i mówię, że jestem szczęśliwym człowiekiem. W obecnej chwili do szczęścia mi trochę daleko. A nawet trochę więcej niż trochę. Ale nie, nie narzekam. Staram się nie. Chociaż już niedługo wybuchnę. A wtedy będzie nieprzyjemnie. Po pierwsze, jeśli już jesteśmy przy okładce. Elena. Wygrać z losem ma okładkę koszmarną. Naprawdę, nie próbuję udawać obeznanego w fachu grafika komputerowego, bo nie za to mi płacą. Ale okładka książki jest po prostu... brzydka? Na myśl nasuwa mi się moje dziecinne kombinowanie w paincie, x lat temu. Czyżby okładkę tworzył jakiś Mistrz Painta? Możliwe. Bardzo prawdopodobne. Okładka dzieła Nele Neuhaus jest do bólu słitaśna, cukrowa i lepka. Dotykając jej obawiałam się, czy aby na pewno nie pozostawi ona na mych dłoniach śladów iskrzących się w słońcu białych kryształów. Sprawdziłam kilka razy. Nie zostawiła. Ale dobrze, czepiłam się oprawy graficznej. Okej, może mi się ona nie podobać. Może być byle jaka, może nie przyciągać oka każdego przechodzącego obok wystawy księgarni potencjalnego czytelnika. Treść na pewno jest świetna, i nie odwzorowuje nieestetycznej okładki. Pudło. Zabawne. Teraz już wiem dlaczego okładka jest taka śliczna, kolorowa i słodka. Bo jest doskonałym odzwierciedleniem swojego wnętrza. 

Popełniłam ogromny błąd, zabierając się za lekturę tej książki, gdyż po prostu nie trafiłam w swoją kategorię wiekową. Słodka okładka jest najwyraźniej ostrzeżeniem dla czytelników, którzy ukończyli już dziesiąty, a być może i dziewiąty rok życia. Nie wiedziałam, że oto trzymam w dłoniach książkę przeznaczoną raczej dla dziewczynek z pobliskiej podstawówki, a nie dla mnie. Wyczułam to jednak już na pierwszych stronach książki, kiedy to zaczął dusić mnie banalny, prosty, niesamowicie lakoniczny styl pisania autorki, który dla młodocianych czytelniczek nie jest zły, lecz wręcz przeciwnie, spisuje się fantastycznie, gdyż poprzez prosto stawiane zdania niedawno odrośnięte od podłogi brzdące zrozumieją wszystko doskonale, nic nie utrudni im odbioru przyjemnej lektury. Patrząc jednak z mojego punktu widzenia, książka ta, jest po prostu, szczerze mówiąc (i takie tam), głupia. Nie lubię nazywać książek głupimi, bo żadna taka nie jest, każda niesie za sobą jakieś konkretne przesłanie lub po prostu do czegoś się przydaje (na przykład niektóre książki spisują się wręcz fenomenalnie jako podpałka w kominku, kiedy to za oknem śnieg i mróz, a nam marznie cała powierzchnia ciała, nawet pomimo grubego, puchatego sweterka), ale tę akurat takową nazwać mi wypada. Wiem, że młodsze czytelniczki popatrzyłyby na mnie z wypisaną na ich słodkich buźkach rządzą mordu, jednak rzec muszę, iż przy lekturze Elena. Wygrać z losem czułam się jak idiotka. Bo tekst w tej książce jest idiotyczny. Biedna mała dziewczynka nagle zostaje porwana w wir wielkich problemów, związanych z sytuacjami, które dziecka w ogóle nie powinny obchodzić. Rozumiem, iż autorka chciała nadać swemu dziełu smaczku, stąd te wszystkie SZALONE zwroty akcji. Ja wszystko jestem w stanie zrozumieć. Ale powinna była to wszystko tak pięknie ukartować, że dorosła osoba, która chce poczytać swojej małej córeczce książeczkę do poduszki, nie będzie miała wypisanego na twarzy wyrazu zdziwienia, niedowierzania, a być może i tak dobrze znanej nam miny obrazującą popularny w naszych czasach zwrot wtf. Nie wiedziałam, czy powinnam była się śmiać, czy też płakać. Dlatego zdarzały się chwile, w których płakałam ze śmiechu.

W tym momencie można wytknąć mi, że płakać ze śmiechu to ja powinnam, ale tylko i wyłącznie nad własną głupotą. Otóż nie, szanowny Czytelniku, nie powinnam. Odczucia co do dzieła Nele Neuhaus mam jakie mam, i tego nie zmienię. Ale nie mówię, że ta książka jest beznadziejna, bo nie mnie to oceniać. Nie jest to książka przeznaczona dla mnie - zabija mnie od wewnątrz myśl, po co ja w ogóle brałam tę pozycję do rąk. Ale co się stało, to się nie odstanie. W Elena. Wygrać z losem nie podobało mi się dosłownie nic. Pomimo faktu, iż od samego początku bardzo entuzjastycznie podchodziłam do tej powieści, co mi się zdarza naprawdę wyjątkowo rzadko, powiedzieć niestety muszę nie tej książeczce. Ogólny zamysł był dobry, i chociaż nie mogę rzec, że autorka zręcznie operuje piórem, to stwierdzić jednak muszę, że jej powieść z pewnością spodoba się młodszym czytelniczkom. Każdy bohater tej książki wywoływał u mnie mdłości z nadmiaru słodyczy. Wszystkie postacie są nadzwyczaj sztuczne, wyidealizowane, perfekcyjne. Ale to, co nie podoba się mnie, spodoba się pewnie młodszym odbiorcom, bo to im jest przeznaczona ta książka. Ja mogę sobie kląć pod nosem, bo nie przypasowali mi bohaterowie. Mogę śmiać się z idiotycznych dialogów. Mogę nabijać się z sytuacji, które w prawdziwym życiu nie miałyby racji bytu. Mogę wszystko. Ale nie chcę, bo dla osób, które winny być odbiorcami tej powieści, może być to najwspanialsza książka pod słońcem. Delikatna, subtelna opowieść o miłości dwojga nastolatków, którzy zmagają się z problemami. Przepraszam, wybuchnęłam śmiechem. Ale tak. Dla młodszych będzie to z pewnością zacna lektura.

Gdybym miała uderzać głową w mur za każdym razem, kiedy znalazłam w Elena. Wygrać z losem jakiś mankament, ściana dawno by się zburzyła, a ja zostałabym bez głowy. Jeśli miałabym wybrać jedną, jedyną rzecz z morza tego, co mi się nie spodobało, nie zastanawiałabym się długo, tylko krzyknęłabym głośno, że najbardziej nie podobały mi się... dialogi. I słownictwo używane przez autorkę. Zdaje mi się, że nazywanie rodziców per starzy dawno już wyszło z mody. Tak samo nadmierne używanie słów takich jak spoko, siema, ekscytowanie się wysyłaniem smsa do koleżanki, czy też związki trzynastolatków - to wszystko dawno już odeszło do lamusa, bo, nie ukrywajmy, budzi to pewien niesmak. Autorka na siłę chciała pokazać, że doskonale rozumie świat nastolatków. Cóż, nie wyszło jej. Nie podoba mi się jej sposób na ugłaskanie czytelników, przypodobanie się im, bo uważam, że tego typu tekstami, poruszając tego typu kwestie Neuhaus robi wodę z mózgu dzieciom, które staną się odbiorcami jej książki. Wszystko pięknie i ładnie. Elena. Wygrać z losem to książka dla słodkich dzieci, głównie dziewczynek, których jedynym marzeniem jest być księżniczką i/lub mieć na własność stado kucyków. Nie mnie oceniać takie książki, nie tym się zajmuję. Być może młodszym rocznikom spodoba się ta powieść, nie przeczę. Może jestem już za stara, i razi mnie coś, co zachwyca młodszych. Może. Może już czas przejść na emeryturę. 

Ocena: brak

3 komentarze:

Dwojra pisze...

Zrobiłam to samo, co i Ty - zobaczyłam okładkę tej książki na Twoim blogu i powiedziałam sobie "MOWY NIE MA". Też lubię konie, moim marzeniem jest nauczyć się w końcu jeździć, ale jakoś zawsze odkładane jest ono na potem. Prosty, infantylny język? Nie dla mnie, wolę tonąć w stylistycznych meandrach. Po Twojej recenzji nie trudno wywnioskować, że książka powinna być skierowana odgórnie do dzieci, a nie do młodzieży. Po prostu trafiła na zły grunt. Pozdrawiam.

miqaisonfire pisze...

No cóż... nie jestem zachęcona do lektury tej książki.

Anna P. pisze...

"Elena. Wygrać z losem", kiedyś natknęłam się na tą książkę, ale po przeczytaniu opisu, wiedziałam, że to nie dla mnie. Wolę starsze bohaterki, ale za to przeczytałabym "Dotyk Julii" i oczywiście "Carrie". :D

Prześlij komentarz