02 listopada 2013

Tahereh Mafi - Dotyk Julii

Kulisz się w najodleglejszym kącie zimnej celi, i szlochając, z obrzydzeniem spoglądasz na swoje dłonie. Nie możesz się pogodzić ze swoją przewrotną naturą, która zniszczyła Ci życie. Nazywali Cię dziwadłem, odmieńcem. A potem własna rodzina oddała Cię obcym ludziom, nie zaszczycając Twej osoby nawet pożegnalnym spojrzeniem. Twoi najbliżsi odcięli się od Ciebie, od Twojego życia, od Twojego całego świata; nie chcieli Cię dłużej znać. Wszyscy osądzają Cię za coś, za co nie ponosisz winy. Twój dotyk uśmierca. Kto dotknie fragmentu Twej jedwabistej skóry, zginie w męczarniach. Nie umiesz zapanować nad okrutnym darem, który został Ci ofiarowany. Nie chcesz pogodzić się z tym, że różnisz się od innych. Tragiczna przeszłość na zawsze odcisnęła swe piętno w Twym umyśle. I jeśli nie spróbujesz zmyć z siebie wszystkich krwawych win, które nie są Twoją zasługą, oszalejesz. Jeszcze bardziej, niż do tej pory.

Julia jest zamknięta na oddziale dla ludzi umysłowo chorych. Od kilku lat nie żyje, lecz jedynie próbuje przetrwać. Do tego straszliwego miejsca oddała ją jej własna rodzina. Dziewczyna posiada szczególny dar, który uniemożliwia jej normalne funkcjonowanie - jej dotyk zabija. Ktokolwiek dotknie nagiego fragmentu skóry Julii, skazany jest na niezwykle bolesną śmierć. Julia praktycznie nigdy nie zaznała normalnego życia. Zawsze była nazywana tą inną, tą, z którą nikt nie chciał się zadawać. Jej dar przerażał wszystkich. A teraz znalazła się osoba, która tę specjalną, jakże zabójczą umiejętność dziewczyny, chce wykorzystać w swych okrutnych planach. Życie Julii zawsze było czystą rozpaczą. Być może teraz się to zmieni.

Ja naprawdę nie lubię, gdy panuje wszechogarniający boom na pewną książkę, którą zachwycają się dosłownie wszyscy. O takiej książce poczytać można na każdym blogu, usłyszymy o niej w mediach, ujrzymy na półce z bestsellerami w empiku, a także zobaczymy jej reklamę na tylnej ściance zwiewającego nam złośliwie z przystanku autobusu. Swego czasu tak było właśnie z Dotykiem Julii, przed którym uciekałam jak tylko mogłam. Dostawałam ostrych palpitacji serca, gdy tylko miałam zaglądnąć do lodówki, w obawie, iż nawet tam, zaraz obok pysznego żółtego sera i słoiczka pełnego zielonych oliwek, ujrzę tę wszędobylską powieść. Nie chciałam się zrażać, nie chciałam czynić sobie w głowie obiekcji dotyczących tejże powieści, lecz po prostu nie mogłam powstrzymać się od cichego klęcia pod nosem za każdym razem, gdy tylko mym oczom ukazywał się widok jakże ślicznej i malowniczej okładki dzieła Tahereh Mafi. Z natury jestem osobą niezwykle upartą, lubiącą (a co najważniejsze, umiejącą) postawić na swoim, dlatego też uparłam się, że książki tej nie tknę nawet kijem przez szmatę, bo nie, i już. To takie niemodne czytać coś, czym zachwycają się wszyscy inni. Bo o Dotyku Julii nie dość, że było głośno, to jeszcze kolorowo i magicznie, laurki sypały się garściami z nieba, a ja rozpostarłam nad sobą olbrzymi różowy parasol obojętności, i nie dałam się wciągnąć wszechogarniającej modzie na czytanie Dotyku Julii. Byłam z siebie taka zadowolona! Jak się okazało - niedługo.

Niedługo trwała moja radość, bo chociaż w mej zimnej obojętności wytrwałam kilka cudownych miesięcy błogiej nieświadomości dotyczącej tego, co znajduje się na kartach Dotyku Julii, to jednak moja wścibska natura dała o sobie znać. Uparłam się, że książki owej nie przeczytam, twardo przy tym stałam. Ale ciekawość paliła mnie od wewnątrz, bo chociaż wszyscy ochłonęli delikatnie po szale na tę opowieść, to ja dopiero wchodziłam w fazę powolnego zainteresowania. Zabrzmi to może zabawnie, może trochę głupio, ale do przeczytania Dotyku Julii popchnęła mnie pewnego pięknego dnia promocja na książki w Carrefourze (uwaga, czas na reklamy). Byłam ze znajomymi w centrum handlowym, i w pewnym momencie zapragnęłam orzeźwienia. Wyruszyłam na poszukiwania czegoś do picia pośród zagraconych półek w sklepie, a kiedy już dzierżyłam w ręce swą orzeźwiającą zdobycz (to było chyba czarne frugo, ale ręki sobie uciąć nie dam), natknęłam się na duuuuży kosz z książkami na promocji. Mimochodem omiotłam go obojętnym spojrzeniem. I wtedy ujrzałam, na samym szczycie, zgadnij kochany Czytelniku co. Tak, dobrze obstawiasz. Szybko popatrzyłam w obie strony, czy aby na pewno nikt na mnie nie patrzy, i czym prędzej porwałam Dotyk Julii w swoje szpony. Z triumfem wypisanym na twarzy, ruszyłam do kasy, by za chwilę, delektując się chłodnym napojem, zacząć przeglądać karty powieści, i wyrzucać samej sobie, że jednak nie jestem fajna, bo jednak będę czytała coś, co podoba się wszystkim. Na szczęście, w tej właśnie chwili, oświadczyć mogę, iż jednak jestem fajna, bo przeczytałam już Dotyk Julii, i nie wywołał on szaleństwa w mej głowie, sercu, a przede wszystkim - wyobraźni. Czyli jednak wyszło na moje. Hip hip, hurra!

Rozentuzjazmowałam się tym całym śmiercionośnym dotykiem Julii, który miał być przewodnią myślą opowieści. Stwierdziłam, że wow, czegoś takiego dawno nie było. Idea Dotyku Julii bardzo mi się podobała, wydawało mi się, że będzie to książka być może lekka, ale wartościowa, pełna strachu, wywołujące dreszcz emocji. Śmieję się teraz cicho pod nosem, popijając gorącą kawę, bo jak zwykle oczekiwania moje były zbyt wielkie, za dużo sobie wyobrażałam. Zapomniałam, że ostatnimi czasy, w lawinie książek paranormal, sci-fi, fantastycznych, antyutopii etc., naprawdę trudno jest trafić na perełkę. Ależ nie, nie zaczynam swojego rutynowego narzekania, to pozostawię sobie na bardziej krytyczne przypadki. Dotyk Julii to książka nieco dziwna, przez połowę której tak naprawdę nic się nie dzieje. Dziewczyna, niezwykle pokarana przez los (ironia time), siedzi biedna zamknięta w zimnej celi, osamotniona w swej tragedii. Aż pewnego razu do jej jedynego miejsca pobytu trafia młody chłopak, który chce nawiązać z nią chociaż nić kontaktu. Potem wydarzenia, których zdradzać Ci, drogi Czytelniku nie będę, gdyż spoilery są passe, sypią się niczym śniegowa lawina. Książka ubrana jest w lekki, może nieco banalny, lecz miły do przyswojenia język. Bardzo przypadło mi do gustu, iż o wszystkich kolejnych sytuacjach opowiada nam sama Julia. W sumie to nie wiem dlaczego, ale pierwsze strony powieści wywołały u mnie dosyć spory niepokój. Być może sprawiły to ciągłe przekreślenia tekstu lub po prostu zbzikowałam za dużo działo się w mej głowie. Te przekreślenia nadały każdej sytuacji mnóstwo emocji. Przez wszelkie skreślone zdania, słowa, myśli, autorka przekazała więcej, niż przez całą resztę powieści. Wykreślamy z naszego życia coś, o czym chcemy zapomnieć. Coś, co jest dla nas złe, niebezpieczne. Coś, co wywołuje nasz strach, co nas przeraża. Przekreślamy wszystko, co okrutne. To właśnie zrobiła Julia. Próbowała wykreślić ze swej głowy myśli, które napełniały ją bólem. Myśli prawdziwe. Bo prawda jest bolesna. Prawda boli najbardziej. Prawda i ból mówią o nas samych więcej, niż cokolwiek innego.

Julia mnie irytowała. Swoim zachowaniem, czasami tak bardzo żałosnym. Swoją dziecinnością. Jej osoba działała mi na nerwy, a to źle, kiedy główny bohater nie przypada czytelnikowi do gustu. Bo może się zrobić nieprzyjemnie. Bardzo nieprzyjemnie. Ogólnie rzecz biorąc, bohaterowie nie są najmocniejszym punktem tejże powieści, bo chwilami zlewają się w jedną całość. Mocnym uderzeniem jest za to akcja, bardzo rozbudowana w drugiej połowie książki. Byłam niezwykle zaskoczona nagłym zwrotem akcji, który absolutnie wyrwał mnie z otępienia i coraz bardziej nużącego liczenia, ile to razy już ziewnęłam w przeciągu ostatnich kilku minut. Zwłaszcza pod koniec robi się ciekawie, żywo, intrygująco. W końcu mogłam gwizdnąć pod nosem i powiedzieć: wow, nie mogę się oderwać od tej książki. To było miłe. Cieszę się, że chociaż w małym stopniu dane mi było poczuć powiew niezwykłej przygody. Podoba mi się świat wykreowany przez Tahereh Mafi.  Jest surowo. Jest okrutnie. Jedni ludzie drugim gotują straszliwy los. Świat się wali. Antyutopie ostatnimi czasy weszły na salony, i są niemalże tak popularne jak jeszcze niedawno gatunek paranormal romance. Tego typu powieści niezbyt do mnie przemawiają, lecz jeśli znajdę jakąś choć w połowie tak dobrą jak końcowe strony Sekretu Julii, to będę najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. 

Motywem przewodnim Dotyku Julii jest straszliwy dar dziewczyny. Wszystko pięknie i ładnie, bardzo dobry pomysł, świetnie, podoba mi się, lecz mam jedno ale. Autorka nie do końca sprecyzowała, jak to z tym dotykiem Julii jest. Wiemy, że wystarczy, by dziewczyna dotknęła kogoś lub ktoś ją, i wtedy jej okrutny dar daje o sobie znać. I tyle. Nic więcej. Jako nadzwyczaj ciekawska istota, chciałabym wiedzieć, na jakich zasadach ten dar działa, dlaczego on działa w ten, a nie w inny sposób, po co on w ogóle jest... Tyle postawionych pytań, a żadnej odpowiedzi. Cóż mogę rzec więcej, drogi Czytelniku. Dotyk Julii nie jest książką złą. Lecz do dobrej też mu wiele brakuje. Chciałabym móc powiedzieć, że wszystko mi się podobało, lecz niestety nie mogę. Debiut literacki Tahereh Mafi nie zachwyca. Dotyk Julii to książka, która intryguje, lecz tylko na chwilę. Wywołuje niepokój, o którym szybko się zapomina. Jedynie mocne zakończenie pozostaje w głowie, lecz żywię obawę, że również nie na długo. Mój stosunek do tej opowieści na tę chwilę jest niezwykle obojętny. Kiedyś sięgnę po kontynuację tejże powieści, o ile tylko nie zapomnę, że takowa kiedykolwiek istniała. No cóż, trzymam kciuki za swoją jakże słabiutką pamięć. Może uda mi się nie zapomnieć o Dotyku Julii, tak jak o... cholera jasna, zostawiłam włączone żelazko.

Ocena: 5/10


„Wiem, że codziennie wali się niebo.”

8 komentarze:

Natasha pisze...

Książka wciąż czeka u mnie na półce na przeczytanie, mam nadzieję, że mój stosunek do niej nie będzie obojętny jak u Ciebie. Ale obawiam się, że wymagam od niej zbyt wiele i przez to się na niej przejadę. No cóż, poży.. poczytamy, zobaczymy ;)

Klaudia Sowa pisze...

Widzę, że nie tylko ja nie jestem zachwycona tą książką. Szczerze mogę powiedzieć, że spodziewałam się po niej czegoś więcej. Pomysł był dobry.

Ruczek pisze...

Przeczytałam i... bez rewelacji. Bohaterka również strasznie mnie irytowała. Pierwszą część książki przebrnęłam z przerwami, tygodniowymi czasami. Później owszem, było lepiej, ale na razie nie ciągnie mnie do drugiego tomu. Może kiedyś...

Agniecha pisze...

Ależ Ty jesteś wymagająca :) Mnie się osobiście bardzo podobała ta książka. Przeczytałąm ją całą w podróży do i z Warszawy. Uwielbiam taką fantastykę, w szczególności, że bardzo przypomina mi to X-menów. Nie potrzebuję wiedzieć, jak ten dar działa, po prostu działa. Czy wiemy, jak działa moc Rouge, czy Magneto? Nie, po prostu jest i widzimy jej konsekwencje.

Pozdrawiam :*

Agnieszka D. pisze...

Ja się totalnie zawiodłam na tej książce. Niedopracowana, wiele dziecinnych wtrąceń... Cóż, po kontynuację raczej nie sięgnę :)

Aleksandra Luna pisze...

A mnie akurat się książka podobała. Może i owszem, irytujące było dość dziecinne zachowanie Julii, ale mnie ta historia dość szybko wciągnęła. Więc niestety, tutaj akurat nie jestem fajna, bo mi się Dotyk Julii podobał. Ale przypomina mi się inna książka, która też wszystkim do gustu przypadła, a mi nie. A mówię tu o "Delirium". Wątek romantyczny jak dla mnie był zbyt.. mdły.

Sylwuch pisze...

Z kolei moje serce zostało skradzione przez "Dotyk Julii". Co prawda, powieść nie zwaliła mnie z nóg, tak jak stało się u niektórych czytelników, ale nie ukrywam, że czytało mi się bardzo przyjemnie. Nie mogę doczekać się, kiedy w moje ręce trafi "Sekret Julii".

FunVirtualnaJa pisze...

"Dotyk Julii" to nic. Jest cudowną książką... Ale 2 część zapiera dech w piersi serio mówię. Mam recenzje akurat na moim blogu jak chcesz możesz przeczytać. :) Pozdrawiam.

Prześlij komentarz