10 grudnia 2013

Piper Kerman - Dziewczyny z Danbury

Każdy w życiu popełnia błędy. Większe, mniejsze. Nie ważne jednak jakiej są one wielkości, los nie bierze tego pod uwagę. Każdy błąd, a raczej jego skutki, odgrywają znaczącą rolę w naszym życiu. I to wcale nie jest tak, że coś się przewini, a potem się o tym zapomni. Wszystko wraca, czasami nawet ze zdwojoną siłą. Nie da się jednak żyć tak, by unikać życiowych porażek. Trzeba zacisnąć mocno zęby, i liczyć się z konsekwencjami dzieła, które to, być może przypadkiem i niespecjalnie, wyrządziliśmy. Uczmy się żyć tak, by unikać błędów, jednak nie chowajmy się przed nimi, bo prędzej czy później one nas odnajdą, chociażbyśmy nie wiadomo jak daleko od nich uciekli. Czasami skutki delikatnych, niewinnych przewinień mogą zadecydować o całym naszym życiu. Mogą je zrujnować doszczętnie. Mogą zrobić z niego istne piekło. Ale spokojnie, trzeba to jakoś przeżyć. Człowiek jest w stanie przeżyć niemalże wszystko. Nawet największe upokorzenia. Dlatego, jak to mawiają? Just don't give up. I tego się trzymajmy.

Piper Kerman wiodła życie jak z bajki. Mieszkała w pięknym mieszkaniu u boku cudownego faceta, a jej przyszłość jawiła się świetliście. Jednak pewnego dnia całe jej szczęście runęło, uciekło gdzie pieprz rośnie. Agenci federalni zapukali do drzwi kobiety, i oskarżyli ją o przewinienie, którego to dokonała się parę lat wcześniej, które jednak nigdy nie odeszło w zapomnienie. Teraz Piper będzie musiała rozliczyć się ze skutkami swej lekkomyślności sprzed lat. Będzie miała na to kilkanaście miesięcy, w jakże uroczym miejscu, jakim jest więzienie dla kobiet w Danbury. 

Uważam się za inteligentną osobę, a jakże. Lubię szczycić się swym wysokim IQ, którego nigdy nie zbadałam. Twierdzę, iż jestem istotą dość rozumną, która potrafi dodać dwa do dwóch, i spójnie połączyć ze sobą pewne sytuacje. Długo jednak myślałam nad faktem, dlaczego też główna bohaterka Dziewczyny z Danbury nosi to samo imię i nazwisko, co autorka książki. Spędziłam kilka dłuższych chwil na rozmyślaniu, aż w końcu mnie olśniło. Powieść, którą uważałam za czysty wytwór fantazji autorki, powieść, która miała być jedynie rozrywką dla umęczonej wyobraźni, okazała się być swoistego rodzaju autobiografią, dziennikiem, zapisem autentycznych przeżyć Amerykanki, Piper Kerman, która za niewinne przestępstwo w wieku (po)studenckim, musiała spędzić kilkanaście miesięcy z zamknięciu, z dala od świata codziennego. Krzyknęłam głośno eureka!, a chwilę potem zadumałam się raz jeszcze, tym razem nad genialnością pomysłu Kerman. Z czymś takim jeszcze nie miałam do czynienia, dlatego też piałam z zachwytu, zdzierając moje i tak już wymęczone grudniowym kaszlem gardło. Lubię ciekawe pomysły. Są fantastyczne. A ten zdecydowanie to takich należy.

Więzienie to takie straszne miejsce, które zawsze kojarzyło mi się z brudem, okrucieństwem i przemocą. Nie wyobrażam sobie wylądować w takim miejscu choć na parę godzin, przeraża mnie wizja mnie samej, zamkniętej wśród czterech ścian, za kratami, w towarzystwie nieprzychylnych mi, wrogo spoglądających na mnie osób. Okej, z tymi wrogo spoglądającymi osobami bym sobie poradziła, w jakiś tam sposób, ale czy wspominałam już kiedyś, że mam klaustrofobię? Tak? To świetnie się składa, gdyż możesz sobie wyobrazić, szanowny Czytelniku, przerażenie malujące się w mych oczach na widok otaczających mnie ciasno ścian. Prawdziwy koszmar. Nie o tym jednak chciałam dzisiaj rozmawiać. Chciałam rzec, iż Piper Kerman trochę zmieniła mój stereotypowy obraz więziennego życia. Bohaterka jej powieści, którą jest ona sama (o ironio), trafia do więzienia dla kobiet, umiejscowionego w Danbury, w stanie Connecticut. Gdy dotarła do mnie ta informacja, moją wyobraźnię zalały obrazy miejsca potwornego, które zniszczy Piper, bo przecież więzienia nie są stworzone dla subtelnych blondynek rodem z reklamy, więzienia działają okrutnie nawet na najtwardszych psychicznie mężczyzn. Panika ogarnęła mnie doszczętnie, gdyż ja wielce przejmuję się losami postaci z książek, a zwłaszcza tych, które okazują się być człowiekiem z krwi i kości, na potrzeby innych osób (czytelników), przeniesionych na karty powieści. Z szaleństwem w oczach zapoznawałam się z kolejnymi wydarzeniami z życia Piper. W końcu nadszedł TEN moment. Moment, w którym trafiła do więziennej celi. Zaczęłam jęczeć z rozpaczy nad losem biedulki. A chwilę potem, na mej twarzy pojawił się szeroki uśmiech, zaś ja sama mogłam z powrotem spokojnie oddychać. Otóż okazało się, iż w więzieniu w Danbury każda kolejna więźniarka jest... nowym członkiem rodziny. Nie było wrogich spojrzeń, kompletnego zagubienia głównej bohaterki, obyło się bez napaści seksualnych i plucia za kołnierz (nie wiem, skąd wzięłam taki pomysł, nie mam pojęcia). Moje zdumienie rosło z każdą stroną, bo, podkreślam fakt, wszystko co w Dziewczynach z Danbury zostało spisane, jest autentyczną prawdą. A jednak mają rację ci, którzy powiadają, że jeszcze wielu rzeczy nie widziałam, że jeszcze wielu rzeczy nie wiem. Ale teraz już wiem, jak to jest w Danbury. Mam jednak cichą nadzieję, że ta wiedza do niczego mi się nigdy nie przyda. Wolę jednak być wolna jak ptak, o. Z całym uszanowaniem dla więźniarek i więźniów na całym świecie.

Gdybym nie wiedziała, że powieść Piper Kerman to swoistego rodzaju autobiografia, śmiało mogłabym powiedzieć, że jest to książka, którą czyta się szybko i przyjemnie. Mogłabym nazwać ją typowym czytadłem dla kobiet w każdym wieku, wyróżniającym się tematyką, jednak nie będącym żadną ambitną literaturą. Fabuły i akcji oceniać nie będę, gdyż te dwa elementy napisał za autorkę los, ona nie brała udziału w tworzeniu swojej historii. Fakt, iż wszystko co dzieje się w książce, miało miejsce w świecie rzeczywistym, rzuca na Dziewczyny z Danbury zupełnie inne światło. Jest to książka, która ukazuje, że przebywanie w nieodpowiednim miejscu, w nieodpowiednim czasie ma czasami tragiczne skutki. Nie jest to opowieść, która ma moralnie nawoływać do nieczynienia przemocy. Jest to zapis z pobytu w więzieniu kobiety, która przez miłość popełniła głupotę, a po latach przyszło jej za to płacić. My, żyjący na wolności, mamy jedno wyobrażenie o więźniach: że popełnili coś bardzo złego, że należy im się maksymalnie długi wyrok, że sobie na to zasłużyli. Kerman pokazuje swym czytelnikom, że osoby odsiadujące wyrok wcale nie są złymi ludźmi. Wręcz przeciwnie. Gdy ona sama trafiła do Danbury, inne kobiety przywitały ją z otwartymi ramionami. Żadna nie chciała cudzej krzywdy, żadna nie była esencją zła i nienawiści. Większość kobiet odsiadujących wyrok, w momencie kiedy Piper przebywała w Danbury, trafiła tam za historie narkotykowe. Te kobiety mają swoje rodziny - mężów, dzieci, wnuków, rodziców. Są normalnymi istotami, które popełniły przestępstwo czasami z konieczności. Dziewczyny z Danbury to także namalowany plastycznymi słowami obraz wszelkich reguł panujących w więzieniu. Nie zawsze jest tak strasznie, jak nam, postronnym osobom, może się wydawać. Oczywiście, nie twierdzę, że więzienie to szczyt marzeń każdego, że jest to królestwo dobroci i radości. Nie. Lecz niektóre kobiety tam przebywające, traktowały swoje cele jak własny ciepły kąt. Po odsiedzeniu wyroku spora ilość nie miała dokąd pójść. Życie więźnia jest niezwykle skomplikowane. Nie wiadomo jednak, czy trudniejsze jest to życie w trakcie odsiadywania wyroku, czy też już po nim. 

Dziewczyny z Danbury to opowieść pełna emocji, ukazująca wartość przyjaźni, i fakt, że można odnaleźć ją w najbardziej ekstremalnych sytuacjach. Piper Kerman przez te kilkanaście miesięcy pobytu w więzieniu wiele wycierpiała, rozłąka z rodziną, przyjaciółmi i ukochanym mężczyzną bardzo dawała się we znaki. Ale Kerman postanowiła się nie poddawać, postanowiła czerpać z życia pełnymi garściami, nawet podczas kilkunastomiesięcznego zamknięcia w celi. Kobieta oddawała się lekturze, życiu towarzyskiemu, ćwiczeniom, biegom. Udowodniła, że nie wolno przestać myśleć pozytywnie, nawet w najgorszych chwilach naszego życia. Niezwykle cenię sobie pomysł autorki, iż postanowiła swą historię spisać w postaci powieści fabularnej, nie zaś tworzyć autobiografię, zawierającą same suche fakty. Cóż, pobyt w więzieniu wyszedł jej w pewien sposób na dobre - nie tylko zyskała wiele nowych przyjaźni, ale także odkryła w sobie umiejętności pisarskie. Dziewczyny z Danbury to dobra, ciekawa książka. W niektórych wątkach autorka za bardzo rozdrobniła się nad mało istotnymi szczegółami, co czasami utrudniało odbiór lektury, lecz jest to jedyny mankament powieści. Podziwiam tę kobietę, nie tylko za wytrwałość i upór w dążeniu do prowadzenia dobrego życia, nawet w gorszym momencie swego istnienia, lecz przede wszystkim za to, że postanowiła się podzielić swoją, jakby nie było, życiową przygodą, z tysiącami czytelników na całym świecie. Imponuje mi fakt, iż Kerman nie bała się mówić o swych przeżyciach, że sprzedała innym prywatność, i oddała ważną część swojego życia do druku. Niesamowite. Brawa za odwagę. 

Ocena: 8/10

5 komentarze:

cyrysia pisze...

Zaskoczyłaś mnie. Też nie miałam pojęcia,że powieść Piper Kerman to swoistego rodzaju autobiografia. W takim razie chętnie ją poznam, ponieważ jestem ciekawa, jak autorka opisała swoje więzienne życie.

Regina K pisze...

Ja właśnie słyszałam o serialu i chcę go mega mega obejrzeć. Chwilę później dowiedziałam się, że powstał on na podstawie tej oto książki. Oczywiście teraz chcę ją przeczytać :D Oj Karo, coś mi się widzi, że ja serio przyjadę tirem pod Twój dom, żeby spakować do niego książki, które chcę od Ciebie pożyczyć ^^

Clary pisze...

Książkę mam na półce ale jakoś nie mogę się zmusić do jej przeczytania. Chyba czas to zmienić po Twoje recenzji :D

monalisap pisze...

Historia warta uwagi, z tego co czytam- Więźniarka, która spisała swoje losy i zdobyła przyjaźń w takim miejscu. Czuję, że ta lektura mnie pozytywnie zaskoczy, poszukam więc :)

J. pisze...

Brzmi ciekawie. Tak nietypowo.

Prześlij komentarz