21 stycznia 2014

Meg Cabot - Porzuceni

Boimy się śmierci, chociaż wiemy, iż jest ona naturalnym procesem kończącym życie. Śmierć nas przeraża, śmierć obezwładnia, śmierć wywołuje paniczny lęk. Któż z nas, chociaż raz w życiu nie zastanawiał się co czeka nas tam, po drugiej stronie? Co się dzieje z nami, gdy po raz ostatni zamykamy oczy, żegnając się ze światem, na którym spędziliśmy całe nasze mniej lub bardziej szczęśliwe życie? Czy umierając, trafiamy do lepszego świata? A może tam, po drugiej stronie, nie ma już nic prócz pustki. Pustka. Jakże przerażające słowo. Co, jeśli po śmierci otoczy nas mroczna ciemność, i na wieki będziemy męczyć się sami ze sobą, w otchłani naszego dotychczasowego życia? Zadajemy tak wiele pytań, jednak na żadne nie znamy odpowiedzi. Ciekawość rozpala nas od wewnątrz, jednak boimy się poznać prawdy. Śmierć to koniec, a zarazem początek. Początek czegoś nowego, czegoś, czego być może się nie spodziewamy. Każdy z nas, prędzej czy później, pozna odpowiedzi na nurtujące go pytania. Byleby nie za wcześnie. 

Pierce umarła. Utopiła się. A potem wróciła do świata żywych. Lekarze twierdzą, że przeżyła śmierć kliniczną. Dziewczyna wie jednak, co tak naprawdę ją spotkało. Była tam, po drugiej stronie. Cudem powróciła, dzięki pewnemu młodemu mężczyźnie, który od tamtej pory pojawia się w jej życiu w najmniej oczekiwanych momentach. Po tragicznych wydarzeniach, matka dziewczyny postanowiła zabrać ją w swoje rodzinne strony, na wyspę Isla Huesos, gdzie mają rozpocząć nowe życie, z dala od strasznej przeszłości. Jednak ich dalsze życie wcale nie będzie łatwe. Kiedy już raz wstąpi się w objęcia Śmierci, nie można od nich uciec. Pierce wkrótce się o tym przekona. 

Meg Cabot zapisała się w mojej pamięci jako współtwórczyni mych młodzieńczych lat. Jako rozentuzjazmowana trzynastolatka zaczytywałam się w kolejnych częściach jej bestsellerowej serii Pamiętnik Księżniczki, i marzyłam, by pewnego dnia, być może w dniu mych szesnastych urodzin, spotka mnie taka miła niespodzianka, i zostanę księżniczką jakiegoś małego państewka. Nigdy nie pragnęłam bycia księżniczką, wydawało mi się to zbyt maintream'owe, gdyż zbyt dużo dziewczynek w moim wieku miało podobne żądania, jednak czułam wówczas silną potrzebę rządzenia ludźmi - co chyba pozostało mi po dziś dzień (no cóż, bywa). Z literaturą Cabot stykam się od czasu do czasu w momentach, kiedy potrzebuję tak zwanego przeze mnie odmóżdżenia. Bo twórczość tej amerykańskiej autorki nigdy nie była literaturą wysokich lotów, za to doskonale sprawdza się jako chwilowe oderwanie od paskudnej codzienności życia. Dość dużo słyszałam, iż Meg Cabot ostatnio spełnia się w powieściach pseudo fantastycznych, dlatego też, wiedziona sentymentem do tej autorki, chciałam zakosztować jej nowych popisów literackich. Do tej pory miałam do czynienia li i jedynie z jej książkami o cudownych, romantycznych historiach zwykłych, niczym nie wyróżniających się dziewcząt żyjących na Manhattanie lub w jakimś innym, równie obrzydliwie sztampowym miejscu. Dlatego, gdy tylko ujrzałam gdzieś w czeluści świata okładkę Porzuconych, uśmiechnęłam się sama do siebie (to nie jest dziwne. Chyba.), i stwierdziłam, że ta oto lektura świetnie nada się jako sprawdzenie umiejętności pisarskich Meg Cabot w gatunku jakim jest fantastyka. Nie oszukujmy się, naprawdę nie oczekiwałam wielkiego wow. I dobrze, bo bym się wielce zawiodła. Ale nie, nie jest źle. Jest nawet dobrze. Nawet.

Mit o Persefonie porwanej przez Hadesa, zawsze stanowił jedną z moich ulubionych opowieści. Mitologia już od paru długich lat na stałe gości w moim sercu, jednak mit o porwaniu córki Demeter był pierwszym, z którym miałam kiedykolwiek do czynienia. To on rozpalił we mnie miłość do wierzeń starożytnych Greków. Śmierć jest bardzo ciekawym tematem, tematem, o którym można dyskutować przez długie godziny, a być może i dni. Przyznam szczerze, iż jestem jedną z tych osób, które panicznie boją się tego, co czego nas tam, po drugiej stronie. Śmierć mnie przeraża, śmierć sprawia, że całe moje ciało drętwieje, a ja zatykam sobie rękoma uszy, i zamykam oczy, by odgrodzić się od wielu strasznych informacji, które do mnie docierają ze świata zewnętrznego. Staram się sama sobie tłumaczyć, że przecież jest to naturalny proces naszego istnienia. Ale nie, nie potrafię myśleć na temat śmierci bez okrutnego dreszczu, który przeszywa całe moje ciało. Niemniej jednak, temat ten, chociaż przeraża mnie na wskroś, niezwykle mnie intryguje. Czytam o wierzeniach różnych kultur, religii na temat śmierci. Ale to właśnie greckie wierzenia są mi najbliższe, i właśnie tak poniekąd wyobrażam sobie proces umierania. Powiesz, drogi Czytelniku, phi, co z ciebie za chrześcijanka. Hm, chyba żadna. Ale nie o religii chcę teraz porozmawiać. Teraz, chcę skupić się na Porzuconych, którzy to nie zachwycili mnie, jednak nie sprawili, że chciałabym własnym egzemplarzem tłuc o jedną z mych różowych ścian. Ta książka ma w sobie nutę magii. Niewielką, ale jednak.

Pierce to dziewczyna, która umarła, znalazła się w zaświatach, i powróciła do swego dawnego życia. Dzięki pewnej znajomości sprzed lat, nie została wsadzona na łódź, która miała dostarczyć ją do krainy wiecznego szczęścia. A potem ktoś chciał ją zagarnąć na własność, lecz ona uciekła. Losy tej dziewczyny przedstawiają się dosyć dramatycznie (ironia), tak samo dramatycznie, jak przedstawia się jej postać, do której po prostu nie miałam serca. Cabot stworzyła z Pierce słabo zarysowaną bohaterkę, która nie robi nic pożytecznego prócz ciągłego zamartwiania się, czy przypadkiem na swojej drodze nie spotka Johna, młodego mężczyzny, który uratował ją przed śmiercią. Dziewczyna ma obsesję na tym punkcie. Wydaje mi się, iż autorka za bardzo skupiła się na tworzeniu fantastycznie oryginalnej fabuły, która naprawdę mogła by być lepsza, za to jedynie lekko nakreśliła swych bohaterów, i pozwoliła im robić, co tylko im się spodoba. Świat przedstawiony w Porzuconych jest naprawdę słabo wykreowany. Wszystko jest dosyć lakoniczne, pewnych wątków autorka wcale nie dokończyła (co z nowymi przyjaciółmi Pierce?), zaś jedyne co tak naprawdę wiemy o głównej bohaterce to to, że umarła. I wróciła. I tak do znudzenia jest to powtarzane. Nie mamy informacji, czym się zajmuje, jaki ma charakter, jak żyła przed śmiercią. Nic. Kompletne zero. Pozostali bohaterowie są odsunięci na dalszy plan, i nawet w momentach, w których pojawiają się, i o la boga, wygłaszają jakieś warte uwagi kwestie, zastanawiamy się, czy to naprawdę postać tej książki, czy jakiś wplątany duszek, który zgubił drogę do zaświatów. Dialogi są płytkie, nie doświadczymy żadnego bogatszego opisu przestrzeni, zaś sama Pierce to postać nudna jak flaki z olejem. Nie mam pojęcia, jak to się stało, że nie wyrzuciłam tej książki na pożarcie gołębiom. 

Wszystko w tej książce jest takie nudne, takie zwyczajne, tak bardzo przewidywalne. Meg Cabot miała naprawdę niesamowity pomysł na fabułę tej powieści. Historia oparta na micie o Hadesie i Persefonie - gdy pierwszy raz o tym usłyszałam, byłam pod wrażeniem. Nie oczekiwałam po Meg Cabot nic wielkiego, jednak nie spodziewałam się, iż ta autorka tak słabo postara się, by zająć czymś uwagę czytelnika. Ta historia ma potencjał, ma swoją magię. Gdyby bohaterowie byli trochę lepiej, trochę wyraźniej nakreśleni, gdyby wszystko tak naprawdę nie toczyło się wciąż i wciąż wokół biednej zagubionej w świecie dziewczynki, która umarła i powróciła (jeśli jeszcze raz to powtórzę, to obetnę sobie palce, albo przypalę dłonie żelazkiem, jak czynił to znany mi Skrzat Domowy), gdyby w tej opowieści autorka dosypała dużą szczyptę mroku, byłoby genialnie. Byłoby niesamowicie. Gdyby tą historią zawładnął mrok, gdyby miejsce, w które trafiła Pierce zostało bogato opisane, to Porzuceni byliby moim książkowym ideałem. Niestety, nie są. Żeby przyłożyć autorce kolejną kłodę, dodam, iż wątek romantyczny jest... zabawny. Tak żałosny, że aż zabawny. Zero romantyzmu, zero uczuć, zero jakiejkolwiek pasji do cholery. Wiem, iż Porzuceni to książka napisana specjalnie dla młodszej części nastoletniej płci pięknej, która nie jest aż tak bardzo wymagająca literacko, jednak gdybym to ja była autorką tej powieści, ruszyłaby mnie ambicja. Zmusiłabym się do napisania czegoś bardziej wytwornego. No ale to nie ja żądzę tą książką, to nie moje dzieło. Więc zamilknę już.

Historia Porzuconych powinna być równie czarna, co i okładka, która tę historię otacza. Ze smutkiem przyznałam sama przed sobą, iż jest to cukierkowa opowieść (a czego ja się do cholery jasnej mogłam po Meg Cabot spodziewać), która zirytowała mnie na większym polu, jednak, co z uśmiechem przyznaję, stanowiła naprawdę wyborną ucieczkę od świata rzeczywistego. Pomimo tej całej lepkości, słodkości, pomimo tak wielu wad, mimo nierealnych i słabo zarysowanych bohaterów, w niektórych momentach nie mogłam oderwać wzroku od gęsto zadrukowanych stronic. Być może przyczyną tego była niegasnąca nadzieja, iż zaraz wydarzy się coś zjawiskowego, coś co zupełnie odmieni tę powieść. A być może po prostu potrzebowałam takiej lekkiej, odganiającej szarość dnia powszedniego lektury. Jeżeli chodzi o fantastykę, to Cabot dopiero raczkuje w tym temacie. Chociaż spaliła doskonały, wyśmienity wręcz pomysł na panewce, to dam jej jeszcze szansę na zaprezentowanie mi czegoś niezwykłego. Wierzę w nią. Być może Meg za bardzo skupiła się na młodszym gronie swych odbiorczyń. Dlatego ja się upominam, że zaraz, halo, starsza grupa też chce mieć coś dla siebie. Coś ostrzejszego, coś z pazurem. Zobaczymy, co zaprezentuje nam Meg w kolejnej części Porzuconych. Zakończenie pierwszego tomu dosyć mnie zaintrygowało, i no cóż. O trzeciej w nocy złożyłam zamówienie na Świat Podziemi. Ale o tym sza.

Ocena: 5/10


„Wieczność to bardzo długo. Więc jeśli już trzeba ją z kimś spędzić, to ja chyba wolałbym z kimś niemożliwym... ale interesującym.”

5 komentarze:

monweg pisze...

Mimo,że oceniłaś książkę jako całkowitego średniaka mam ochotę do niej zajrzeć :)

Natalia Z pisze...

Tak,to coś dla mnie! :D
Sięgnę po nią na pewno! :)
Pozdrawiam :3
http://natalax3recenzje.blogspot.com

Ametystowa Orchidea pisze...

Bardzo lubię Meg Cabot, właśnie dlatego, że zaczytywałam się w jej powieściach jak byłam młodsza.
Tak jak mówisz jej powieści są bardzo dobre na odmóżdżenie. Właśnie z takich przyczyn raz na jakiś czas wracam sobie do tych typowo nastoletnich historii.
Czytałam tą książkę kilka lat temu i w sumie nawet mi się podobała. Znalazłam nawet swoją recenzję sprzed 3 lat xD http://ricevimento.blog.onet.pl/2011/09/24/1-porzuceni-meg-cabot/
Chociaż z takich lekko fantastycznych wolałam raczej serię "Pośredniczka" albo "1-800 Jeśli widziałeś zadzwoń". Co prawda czytałam je gdzieś w podstawówce, więc teraz wrażenia mogłyby być inne, ale wtedy je uwielbiałam ;D
Co do braku dokończenia wątków, to jest to trylogia, więc może coś się wyjaśni, choć kolejnych części już nie czytałam.
Pozdrawiam ^^

Aleksandra Luna pisze...

To nie pierwsza taka negatywna recenzja, którą czytam. Dlatego odstawiłam plan przeczytania jej. Być może w dalekiej przyszłości, kiedy będę miała ochotę na flakowo-olejowy wątek romantyczny to będę wiedziała po co sięgnąć.

Adriana B pisze...

Jeszcze nie czytałam tej książki, ciągle mnie kusi, nie wiem szczerze dlaczego, po Twojej recenzji twierdzę chyba że powinnam odłożyć ją na dalszy plan, lecz pomimo wszystko wezmę się kiedyś za nią :)

Prześlij komentarz