04 stycznia 2014

Stephen King - Doktor Sen

Przeszłość, nawet ta pozornie zapomniana, często daje się nam we znaki. Chociaż sądzimy, iż dawno pozostawiliśmy ją w tyle, ona wciąż ściga nas, pilnuje, byśmy o niej nie zapomnieli. Walka z konsekwencjami spowodowanymi wydarzeniami, które kiedyś odegrały w naszym życiu większą lub mniejszą rolę, jest trudna i żmudna. Nie warto więc uciekać przed przeszłością. I tak złapie nas ona w swe okrutne objęcia, i zmusi do zadośćuczynienia win. Nie bójmy się spojrzeć jej prosto w przekrwione oczy. Nie bójmy się stanąć twarzą w twarz z naszym ówczesnym ja. Odważmy się naprawić coś, co zostało zepsute lata temu, i pogódźmy się z faktem, iż do końca naszych dni wizja kiedyś sporządzonych krzywd będzie zamknięta w naszej głowie. Im bardziej próbujemy o czymś zapomnieć, tym głębiej zapisuje się to w naszej pamięci. Nie walczmy z tym. I tak jesteśmy na przegranej pozycji. Przeszłość zawsze wygrywa, choćby nie wiem co.

Dan Torrance, który jako mały chłopiec przeżył piekło w hotelu Panorama, błąka się po Ameryce, szukając swojego miejsca na ziemi. Jego życie potoczyło się niewłaściwym torem, torem alkoholizmu i ogólnej beznadziei. W końcu osiada w małym miasteczku, New Hampshire. Pewnego razu odkrywa dziwną więź łączącą go z pewnym dzieckiem, które, jak się później okaże, posiada ten sam straszliwy dar, w którego posiadaniu jest Dan. Abra, bo tak na imię dziewczynce, w przyszłości będzie miała wiele nieprzyjemności związanych z jasnością. Stanie się ofiarą, którą będzie chciał dopaść Prawdziwy Węzeł - grupa (nie)ludzi, którzy torturują dzieci świecące jasnością, by pożywić się substancją przez nie wytwarzaną. Abra będzie w ogromnym niebezpieczeństwie, a pomóc jej będzie w stanie tylko Dan.

Gdyby jeszcze rok temu ktoś powiedział mi, że Stephen King postanowi wskrzesić jedno ze swoich największych dzieł, i napisze kontynuację bestsellerowego Lśniena, trzasnęłabym delikwenta w twarz za opowiadanie głupstw, a zaraz potem wybuchnęłabym gromkim śmiechem, uznając to za najzabawniejszy żart dziesięciolecia. Pomyślałabym sobie, że to kompletna bzdura, bo przecież, kontynuacja tak szczególnej historii, byłaby niczym odgrzewanie dawno już wysmażonego kotleta. Może niektórzy lubią dania odgrzewane w mikrofali, ja jednak mówię im stanowczo nie. Nie smakują mi. Kiedy świat obiegła informacja, iż tak, faktycznie, kontynuacja wielkiego dzieła Mistrza powstanie, i będzie nosiła tytuł Doktor Sen, nie wiedziałam, czy wpierw powinnam zebrać szczękę z podłogi, czy też iść do psychiatry, bo być może z moim umysłem jest coś nie tak, i być może mam urojenia. Okazało się, ku mojemu wielkiemu szczęściu, że nie, urojeń nie mam, a Doktor Sen to nie pobożne życzenie miłośników pewnego horroru z hotelem w roli głównej, lecz najprawdziwsza prawda, prawda, która miała stanąć na baczność na półkach w księgarniach już niebawem. Pogodziłam się z myślą, że być może King oszalał już kompletnie, stwierdziłam jednak, że zaufam Mistrzowi, i pozwolę się mu zaczarować po raz setny. Znajomi zamartwiali się o mnie, pytali, czy przypadkiem nie cierpię na chorobę sierocą, gdyż jej częsty objaw, kiwanie się w przód i w tył, wszedł mi w nawyk. Uspokajałam ich, tłumacząc się nerwami, jednak do momentu pojawienia się książki w księgarniach nie wyzbyłam się nowego dziwnego zwyczaju. Kiedy już Doktor Sen znalazł się w mych czułych objęciach, usiadłam prosto, i pełna zainteresowania, rozpoczęłam konsumpcję najnowszego dzieła Stephena Kinga. W momencie, kiedy musnęłam jak zwykle perfekcyjną oprawę kingowej powieści, me serce przestało kołatać z nerwów. Zaczęło za to kołatać z emocji.

Lśnienie to kultowa opowieść, o której słyszał chyba każdy. Jest to horror, który zapisał się w kanonie klasyków. Jest to, według wielu krytyków, jedna z najlepszych, najbardziej charakterystycznych powieści Stephena Kinga. Gdyby ktoś poprosił mnie o wymienienie kilku dobrych, znanych mi horrorów, wymieniłabym mu pięć takich dzieł, z których cztery zostały napisane przez Kinga, a wśród tej piątki, swoje miejsce zagrzałoby właśnie nieśmiertelne Lśnienie. Tak bardzo przerażała mnie myśl, co też Mistrz będzie chciał ująć w kontynuacji swej klasycznej powieści. Co też takiego wymyślił, co mogłoby zabłysnąć równie jasno, jak tytułowe lśnienie? Nie jestem ufną osobą, nie ufam byle komu. Ale Kingowi ufam. Zaufałam mu kilka pięknych, długich lat temu, i jak do tej pory, doskonale na tym wychodzę. King jest dla mnie Mistrzem, Mistrzem, który swą szaloną wyobraźnią jest w stanie namalować przed czytelnikiem cudowny obraz, pełen grozy i strachu; obraz, który będzie smakował wykwintnie, który zarazem nasyci, i pozostawi po sobie wiele pytań bez odpowiedzi. Kiedy czytałam Doktora Sna, miałam olbrzymi mętlik w głowie. Po mym umyśle krążyło wiele niejasnych myśli, uciekałam gdzieś daleko w pierwotną historię hotelu Panorama. Porównywałam tego obecnego, dzisiejszego Kinga, do Kinga sprzed trzydziestu siedmiu lat. I wiesz co, drogi Czytelniku? Doszłam do wniosku, że przez te długie lata King pozostał sobą. I chwała mu za to.

Moja miłość do twórczości Stephena Kinga jest długa jak stąd do wieczności, czyli niemalże nieskończona. Chora wyobraźnia Kinga szokuje, czasami pozostawia pewien niesmak, jednak zawsze wywołuje zachwyt. Lubię Stephena w jego horrorach, lubię go w thrillerach, jednak zawsze mam się na baczności, kiedy Mistrz postanawia delikatnie odbiec w nurt fantastyczny. Lubię Kinga, gdy mnie przeraża, lubię ten niepokój, który we mnie wywołuje. Kiedy jednak mam do czynienia z jego powieścią zawierającą większe elementy fantastyki niż zazwyczaj, rzucam podejrzliwe spojrzenia. Doktor Sen to świetna książka, której historia opiera się na fundamentach Lśnienia. Jednym z głównych bohaterów powieści jest Dan Torrance - powoli trzeźwiejący alkoholik, tułający się po świecie; niegdyś znany jako Danny, mały chłopczyk, który wraz z rodzicami zamieszkał w hotelu Panorama. Jest też dziewczynka, Abra, która jaśnieje dużo mocniej od Dana. Jej dar jest niesamowity, dzięki niemu dziewczyna ma wielkie możliwości. Dzięki niemu również wpada w wielkie tarapaty, ale o tym za chwilę. Mamy więc starego druha, Danny'ego. Mamy jego szczególny dar. Mamy wspomnienia o straszliwym pobycie w hotelu, który był nawiedzony, który w pewien sposób uszkodził Danowi psychikę na zawsze. Czego nam brakuje do cholernie dobrej opowieści? Wątku fantastycznego, który Kingowi wyjdzie dosyć chwiejnie. Cóż, zdarza się. Nawet najlepszym.

Doktor Sen to przede wszystkim naprawdę mocna powieść psychologiczna, w której Dan Torrance zmaga się z własnym ja. Po tragicznych wydarzeniach w Hotelu Panorama, jego życie nigdy nie trafiło na właściwe tory, on zaś musi borykać się z problemem alkoholowym, który to stworzył na własną prośbę, by zagłuszyć szczególne umiejętności towarzyszące mu od dziecka. Dan to zagubiony w świecie człowiek, który po pokonaniu wielu trudności w końcu osiada w jednym miejscu, i tam zajmuję się pracą, pracą, w której pożytecznie może wykorzystać swój dar - czy też przekleństwo. Torrance pomaga umierającym ludziom przejść do tego drugiego świata, do miejsca, które czeka ich po śmierci. Jego życie zaczyna stawać się rutyną, jednak wtedy pojawia się Abra, dziewczynka, którą starożytny Prawdziwy Węzeł chce dopaść z powodu jej wielkiej jasności, która mogłaby być pożywieniem dla wielu istnień przez dłuższy czas. King posiada niesamowitą umiejętność tworzenia doskonałych portretów psychologicznych. Jego bohaterowie nie są płytcy, są przede wszystkim realni. Nie tylko Dan i Abra, która jest niewątpliwie szczególną postacią, pełną wigoru i charakteru, przykuwają uwagę czytelnika. Świat przedstawiony King stworzył perfekcyjnie. Doktor Sen to płynnie prowadzona fabuła i wartka akcja; napisany typowym, klarownym, mocnym językiem Mistrza. Zbudowanie nowej historii na fundamentach klasyku było dobrym pomysłem. Jednak Stephen nie dopracował wszystkich szczegółów. A raczej poległ w jednym aspekcie. Aspekcie fantastycznym.

King przekombinował, postanawiając pobawić się fantastyką. Pomysł z Prawdziwym Węzłem być może nie jest najgorszy, jednak nie podoba mi się duże podobieństwo członków Węzła do wampirów - tyle że oni, zamiast wypijać krew, karmią się tak zwaną parą, substancją, która istnieje jedynie w dzieciach obdarzonych jasnością. Para nie jest wypijana, parę się wchłania. Można przetrzymywać ją w czymś zbliżonym do termosu. Jest to motor napędowy Prawdziwych, substancja, która jest pożywna, która leczy i daje siły. Jeżeli Stephen chciał zaserwować czytelnikowi postać wampira, mógł posłużyć się wampirami takimi jak w Miasteczku Salem. Rozumiem jednak, iż chciał zabłysnąć czymś nowym. Drugim, dosyć rażącym błędem, jest, co przyznaję z ogromnym bólem, dosyć przewidywalna fabuła. Chociaż kryje się w niej wiele smaczków, chociaż znajdziemy tam parę naprawdę ciekawych niespodzianek, to jednak z góry można założyć jak serwowana nam historia ogółem się zakończy. Ja przewidziałam. Ale nie twierdzę, że nie czerpałam przyjemności z zapoznawania się z każdym kolejnym rozdziałem, bo słowa te byłyby świętokradztwem. King stworzył dobrą, mocną powieść, która ma swoje wady. Ale cóż na tym świecie jest perfekcyjne?

Najmocniejszą stroną Doktora Sna są z pewnością emocje, które Stephen King rozmieścił pomiędzy słowami wydrukowanymi na białych kartach. Kontynuacja kultowego Lśnienia ma swoją moc, moc wielką, jednak nie rażącą. Być może nie jest to najlepsze dzieło Mistrza, jednak urzekło mnie ono na swój sposób. King próbuje delikatnie wpasować się w panujące w dzisiejszej literaturze klimaty, jednak ponad wszystko ma cel, by pozostać sobą, Królem Horroru i Mistrzem Grozy. Lśnienie to wspaniały horror, horror, który zapisał się w kanonie, horror, który zna naprawdę wiele osób. Dlatego też, największym rozczarowaniem dotyczącym Doktora Sna jest fakt, iż jest to książka mocno psychologiczna, pełna akcji, płynąca rwącym nurtem fantastyki. Brakuje tego subtelnego elementu horroru, tej gęsiej skórki, którą powodują nakreślone przez Mistrza słowa. Jeżeli myślisz, Czytelniku, że sięgając po Doktora Sna, dostaniesz dokładkę po Lśnieniu, to wielce się mylisz. Doktor Sen to świetna powieść, w której przedstawiona jest nie tylko walka z fantastycznymi obiektami; jest to także głęboka opowieść przedstawiająca żywot człowieka osamotnionego, z wielkimi problemami, który nie może pogodzić się z tym, co zaszło w jego życiu, którego przeszłość goni na każdym kroku. Jestem zadowolona po lekturze tej powieści. Ale, Stephen. Proszę. Błagam. Następnym razem zaserwuj mi kilka chwil prawdziwego strachu. O nic więcej nie proszę.

P.S. Najdroższy Czytelniku, jeśli nie czytałeś wcześniej Lśnienia, a trzymasz w rękach Doktora Sna i słodko się do niego uśmiechasz - popełniasz karygodny błąd. Ostrzegam.

Ocena: 8/10


„Starość ma jedną zaletę — nie musisz się bać, że umrzesz młodo.” 

7 komentarze:

Aleksnadra pisze...

Bardzo lubię Kinga więc z pewnością przeczytam książkę :)

cyrysia pisze...

Potrafisz pisać niewiarygodne recenzje. Aż nie można się od nich oderwać. Co do ,,Doktora Sen'' to mimo twojej pochlebnej recenzji, nie skuszę się, bo znudził mi się i zaczął irytować gawędziarski styl autora i na razie chce odpocząć od jego twórczości.

izkalysa pisze...

Przeczytałam tylko jedną książkę Kinga - był to "Joyland", którego nie wspominam zbyt dobrze jako horroru, bo w ogóle mnie nie przeraził. Jednak od dawna chcę zapoznać się z kultowym już "Lśnieniem" - no i oczywiście z kontynuacją, o której piszesz, mimo że Twoim zdaniem nie jest powalająca
Pozdrawiam :)

Diana Górska pisze...

Trzeba w końcu poznać jakieś dzieło Kinga. I nie ma żadnego "ale".
Pozdrawiam i w wolnej chwili zapraszam do mnie.

http://po-uszy-w-ksiazkach.blogspot.com/

monweg pisze...

"Doktor sen" już czeka na swoją kolej. Niebawem go przeczytam :)
Dziękuję za odwiedziny, zapraszam ponownie :)

Piotr Wysocki pisze...

Stephen przed premierą książki zapowiadał, że będzie to pełnokrwisty horror - widocznie na starość Król zrobił się nieco zbyt strachliwy i byle wampir jest w stanie wprawić go w przerażenie :p Bardzo ciekawa, obszerna recenzja, nie sposób się nie zgodzi z wieloma spostrzeżeniami, choć osobiście byłem nieco Doktorkiem zawiedziony. Po prostu King przyzwyczaił mnie do czegoś... konkretniejszego, bardziej przekonującego :)

Anonimowy pisze...

Heh...Podpisuję się obiema rękami pod tym, że książka dobra, ale wątek fantastyczny trochę ją psuje, nie przekonuje i nie straszy, a ów dreszczyk w książkach Kinga, to to czego zawsze w nich szukam:) Totalną pomyłką są już marketingowe recenzje książki w stylu "Najstraszniejsza książka Kinga od lat..."

Prześlij komentarz