29 marca 2014

Beth Revis - Milion Słońc

Kiedy rozpoczynamy całkiem nowe życie, jest to dla nas niezwykle ekscytujące, pełne emocji wydarzenie. Pozostawiamy za sobą troski i problemy, wchodzimy w nowe życie z czystą, niezapisaną kartą. Zmiany są ciężkie, czasami trudno jest do nich przywyknąć. Zmiany są dobre, bo nasze życie nabiera kolorów, odrywamy się od szarej rutyny. Wszystko ma swoje wady i zalety, jednak to od nas zależy, czy będziemy umieli docenić to, co zaoferuje nam los. Życie jest skomplikowane, i trzeba trzymać je na smyczy, by nie uciekło gdzieś daleko, i nie wywinęło nam kilku psikusów. Do wszystkiego można się przyzwyczaić. Największą ekscytacją dla każdego z nas jest przecież odkrywanie kolejnych niespodzianek, które przygotował dla nas los. Nieprawdaż?

Chwila radości, która opanowała statek, nagle się skończyła. Fala morderstw jest powodem buntu, który organizują mieszkańcy. Amy ma nie lada orzech do zgryzienia - jeden z uczestników misji pozostawił kilka tajemniczych wskazówek, które mają pomóc w doprowadzeniu akcji do końca. Starszy został przywódcą, przez co musi zmierzyć się z nowymi wyzwaniami. W powietrzu wisi jedno pytanie - czy kiedykolwiek Błogosławiony dotrze do celu?

Gdybym miała rzec, czego najbardziej nienawidzę na świecie, wcale nie opisałabym barwnie szpinaku, do którego coraz bardziej się przekonuję; nie wspomniałabym o ludzkiej krzywdzie, która się dzieje, bo nie jestem tego typu człowiekiem, który roztkliwia się nad losem innych; nie wybrałabym również koloru błękitnego, gdyż pomimo odruchu wymiotnego, który jest moją naturalną reakcją na jego widok, jestem w stanie go ścierpieć. Nie, gdybym miała wybrać, czego najbardziej nienawidzę w całym świecie, rzekłabym, że nienawidzę, po prostu nie-na-wi-dzę... beznadziejnych kontynuacji fenomenalnych książek. Do szału doprowadza mnie, kiedy po lekturze naprawdę genialnej pozycji, jestem rozochocona na więcej, mam ochotę na większą dawkę cudowności, która spotkała mnie przy, powiedzmy, pierwszej części jakiejś serii. Niestety, ku mojej ogromnej złości, często dzieje się tak, że kontynuacje mych ukochanych powieści to jedna wielka katastrofa, nad którą płaczę rzewnymi łzami, i nie jestem w stanie powstrzymać się od mielenia pod nosem coraz to nowszych przekleństw, wysyłając autora do diabłów, albo i gorzej. Irytuje mnie zjawisko wykorzystywania pierwszej części serii, czy też trylogii, jako mocnego fundamentu, na którym buduje się byle jaki dom. Przecież tak prosto jest napisać fenomenalną książkę, a zaraz potem stworzyć jej byle jaką kontynuację, byleby tylko spragnieni jeszcze większych wrażeń czytelnicy przymknęli się, i dali święty spokój, tak, by autor mógł w błogiej ciszy pławić się w bogactwie i popijać drinka z palemką, siedząc gdzieś hen daleko w ciepłych krajach. Kontynuacja dobrej książki jest egzaminem pióra autora. Nie sztuką jest napisać świetną książkę. Sztuką jest doprowadzić historię do końca tak, by potencjalny odbiorca przez długie tygodnie nie mógł pozbierać jadaczki z ziemi. Cóż, Beth Revis poszła na łatwiznę, i stwierdziła, że ona nie będzie utrzymywać swych czytelników w fazie ciągłej ekscytacji. Mówi się trudno. Ale ja nie mogę tego przeboleć.

Dokładnie rok temu każdemu napotkanemu na swej drodze człowiekowi trułam głowę, mówiąc, jak bardzo kocham historię zawartą na kartach W otchłani. Science fiction nigdy nie było moim ulubionym gatunkiem, a wręcz przeciwnie - zawsze bardzo ostrożnie podchodziłam do tego typu powieści, co w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach zawsze kończyło się klęską. Kiedy w moich rękach znalazło się dzieło Beth Revis, byłam do niego sceptycznie nastawiona, jednak już po przeczytaniu zaledwie kilku stron wiedziałam, że w końcu odnalazłam w gatunku sci fi promyk nadziei. Kosmiczną historię Amy pokochałam całym sercem. W otchłani to jedna z tych książek, które mocno zapadają w pamięć. Długo nie mogłam się jej pozbyć z mojej głowy, po części dlatego, że wcale nie pragnęłam się jej pozbyć. Kiedy druga część trylogii, Milion Słońc, wpadła mi w ręce, poczułam niewypowiedzianą euforię. Cieszyłam się bardziej, niż na widok mojego ulubionego karmelowego frappuccino ze Starbucksa. Czym prędzej zasiadłam do lektury. Otworzyłam książkę, przewertowałam kilka stron, i po chwili wrzasnęłam. Z frustracji.

Przez dłuższą chwilę po przewróceniu ostatniej kartki powieści, nie mogłam uwierzyć, że to, co właśnie przeczytałam, jest kontynuacją tak dobrej książki. Odruchowo przekręciłam głowę, spoglądając w lustro - na mej twarzy malował się wyraz szoku i niedowierzania, a usta ułożone były w idealną literkę o. Chwila, moment, jeszcze raz. Przyśniła mi się dobijająca beznadziejność tej powieści, czy być może wszystko sobie uroiłam? Niestety, nic z tych rzeczy. Milion Słońc to powieść nudna, w której mało jest akcji, gdzie wszystko toczy się wolno, i bez emocji. Autorka zgubiła gdzieś swój wysoki poziom i albo szybko go znajdzie, albo zarówno ona jak i jej twórczość zostaną spisane na straty. Gdzie się podziały tajemnice, gdzie jest ten powiew świeżości, gdzie te wszystkie emocje, który zawładnęły mą osobą podczas lektury pierwszej części? Wszystko to uleciało w nicość, i nie pozostawiło po sobie absolutnie żadnego śladu. Kiedy czytałam W otchłani, szczęście malowało się na mojej twarzy, delektowałam się każdą kolejną stroną, i byłam z siebie dumna, że jestem w stanie przebrnąć przez powieść z gatunku science fiction bez ciągłego kręcenia nosem. Nie żałuję przeczytania pierwszej części trylogii, absolutnie. Wiele ona wniosła do mojego życia. Żałuję natomiast zapoznania się z częścią drugą, która, przykro mi to mówić, jest absolutnym niewypałem. 

Ziewałam, wywracałam oczami, spoglądałam w dal, gapiłam się tępo w ścianę - robiłam po prostu wszystko, byleby na chwilę zająć się czymś innym niż dalszym zapoznawaniem się z losami mieszkańców Błogosławionego. Nie jestem masochistką, moje zmuszanie się do dokończenia tej lektury miało swój cel - chciałam po prostu sprawdzić, czy autorka w ostatnich rozdziałach wybrnie z beznadziei, czy też doszczętnie się w niej pogrąży. Cóż, nie byłam zachwycona zakończeniem, na prawie czterystu stronach nic nowego nie odkryłam, nic mnie nie zaskoczyło, nic nie wywołało palpitacji serca. Wątek romantyczny, który do tej pory był na drugim, dalszym planie, został odsunięty jeszcze bardziej, bohaterowie przeszli metamorfozę, która sprawiła, że stali się aż do bólu szarzy i prostacko nudni, zaś autorka tak poprowadziła kolejne wydarzenia, że poważnie zastanawiałam się, czy aby na pewno Revis nie gubi się w swojej własnej powieści, i czy sama wie, co chce napisać w następnym zdaniu. Cóż, Milion Słońc jako całość prezentuje się dosyć tragicznie, a mnie serce boli, że muszę Cię o tym, drogi Czytelniku, informować. Boli mnie prostota tej powieści. I chociaż mówi się, że prostota jest najlepsza, to w wypadku kontynuacji W otchłani to powiedzenie absolutnie się nie sprawdza. Miało być kolorowo, fascynująco, ekscytująco. A cóż, no. Wyszło nijak. Jedynymi zaletami drugiej części trylogii jest fakt, iż autorka nadal operuje lekkim, przyjemnym językiem; metoda prowadzenia narracji również nie została zmieniona - podzielenie jej pomiędzy dwóch głównych bohaterów, gdzie każdy z nich opowiada o danych wydarzeniach z własnego punktu widzenia, znacznie poprawia odbiór książki, gdyż jesteśmy w stanie spojrzeć na historię z dwóch różnych stron. Z dobrych rzeczy, to by było na tyle.

Gdyby jakiś czas temu ktokolwiek powiedział mi, że tak bardzo można zepsuć kontynuację świetnej powieści, popukałabym się po czole i zaczęła głośno śmiać, bo przecież upaść z naprawdę wysokiego poziomu tak nisko, jest rzeczą niesłychaną, niewyobrażalną wręcz. Cóż, zaskoczenie ogarnęło mnie całkowicie, i na własnej skórze dane mi było przekonać się, że faktycznie, jedynie bazując na wielkości pierwszego tomu, nie dodając nic nowego, a wręcz ujmując, kolejny można zamienić w czystą katastrofę. Czuję żal do Beth Revis, że tak okrutnie zniszczyła mi obraz pierwszego dzieła z gatunku science fiction, które zdołałam pokochać. Jestem bardzo ciekawa, co też autorka pokaże czytelnikom w trzeciej, ostatniej części trylogii. Żywię ogromną nadzieję, iż Revis w porę się opamięta, i pokaże klasę, którą zaserwowała nam w pierwszej części. Cóż, zobaczymy. Pozostaje nam jedynie czekać.

Ocena: 3/10

„Dzięki gwiazdom czułam się jak normalny człowiek.”

6 komentarze:

Dwojra pisze...

Hahha, wiesz, co zauważyłam? Mamy podobną tendencję - negatywne recenzje zawsze wychodzą nam dłuższe niż te pozytywne. Chyba obie lubimy przelewać swoją frustrację na wirtualny papier :)

Zgadzam się, marne kontynuacje to zmora fanów dobrych książek.

Ewa B-k pisze...

No cóż, okładka jest świetna i zachęcająca. Szkoda, że środek okazał się.. pusty.

pozdrawiam, Anath

recenzje ami. pisze...

Świetna recenzja!
A ja się wahałam odnośnie tej książki... chociaż najpierw powinnam przeczytać w otchłani. Ale skoro nie polecasz to już sama nie wiem...

Anonimowy pisze...

Wreszcie ta recenzja! Czekałam na nią i czekałam :p Chociaż przyznam, że jestem trochę zdziwiona. Czytałam już "Milion Słońc" i to prawda, że nie jest tak dobra, jak pierwsza część, ale moim zdaniem nie jest też aż tak zła. Aż boję się, jak ocenisz trzecią część, bo tam zakończenie to kompletna tragedia haha

Patrycja Obara pisze...

Świetnie piszesz recenzje :) nawet te negatywne :)
Pozdrawiam i czekam na kolejne :)

Izabela S. pisze...

O "W otchłani" słyszałam, ale nigdy mnie jakoś specjalnie nie ciągnęło. Szkoda, że po tak, wierzę na słowo, dobrej pierwszej części, nie uciągnęła autorka już tej następnej. Może na trzeciej się jeszcze nie zawiedziesz. :)

Prześlij komentarz