01 marca 2014

Colleen Houck - Klątwa tygrysa

Zwierzęta to takie fascynujące istoty. Chodzą własnymi ścieżkami, potrafią same o siebie zadbać, nikogo nie muszą się słuchać. Mają swoje sekrety. Te mniejsze i większe. Trzymają je głęboko w sobie, nie pozwalając, by świat dojrzał ich choćby niewielką część. Kto wie, co za tajemnice czyhają w ich futrzanych głowach. A gdyby tak spróbować je rozgryźć? Gdyby spojrzeć dzikiemu zwierzu prosto w jego oszałamiające ślepia, i cicho zapytać, co przed nami ukrywa? Brzmi nierealnie. Jak to, podejrzewać zwierzęta o coś takiego? Zabawne. A jednak, możliwe. Cóż my, zwyczajni ludzie, możemy wiedzieć o ich prawdziwych naturach? Co możemy powiedzieć o ich troskach? Nic. Dlatego otwórzmy się na te niezwykłe istoty, nieważne jakiego rodzaju, rasy czy płci są. Być może, pewnego dnia, dostrzeżemy coś więcej, niż leniwy grymas zadowolenia malujący się na pysku naszego pupila.

Kelsey Hayes pragnie znaleźć wakacyjną pracę. Poszukiwania zaprowadzają ją do cyrku, gdzie ma pomagać w organizacji przedstawień, a także w pewnym stopniu zajmować się dzikimi zwierzętami. Dziewczynę od pierwszego momentu pobytu w nowym miejscu pracy intryguje śnieżnobiały tygrys, którego hipnotyzujące, zimne niebieskie spojrzenie elektryzuje ją przy każdym kolejnym spotkaniu. Kelsey zaprzyjaźnia się ze zwierzęciem. Pewnego dnia zostaje poproszona o zostanie opiekunem tygrysa w trakcie jego przewozu do rezerwatu w Indiach, gdzie od tej pory będzie mógł żyć na wolności. Dziewczyna jest zachwycona tym pomysłem, i za zgodą prawnych opiekunów, którzy zajmują się nią od śmierci rodziców, wyjeżdża z Renem w daleką podróż. Podróż, która zamieni się w niezapomnianą przygodę.

Wow. To jedyne słowo, które w tym momencie, po przeczytaniu Klątwy tygrysa, ciśnie mi się na usta. I być może brzmi to nieco tandetnie (nie oszukujmy się, brzmi cholernie tandetnie), to jestem niesamowicie usatysfakcjonowana po przeczytaniu tej powieści, me serce bije pod wpływem emocji jak dzikie, zaś wyobraźnia nie może uspokoić się po tak szalonej dawce przeżyć. Do dzieła Colleen Houck długo nie mogłam się przekonać. Długo kręciłam nosem nad tymi błękitnymi oczyma wspaniałego, śnieżnego tygrysa, obserwującymi mnie z okładki tejże powieści. Byłam bardzo sceptycznie nastawiona do tej historii, chyba przez pewnego rodzaju boom, który wybuchł jeszcze przed jej premierą. Na początku przechodziłam obok tej niesamowitej okładki zupełnie obojętnie, chłodno obserwując gigantyczne plakaty reklamujące dzieło Houck na przystankach autobusowych i tramwajowych. Aż pewnego dnia coś mnie zaintrygowało, moje wewnętrzne ja szepnęło mi, bym dała szansę tej historii. Wierzę samej sobie, dlatego też postanowiłam posłuchać tłukącego się w środku mnie, jakby nie było, pragnienia. I cóż, dobrze uczyniłam. Jestem z siebie dumna. Gdybym postąpiła wbrew sobie, ominęłaby mnie naprawdę niezwykła fala upojnego uniesienia, w którym trwałam przez większość czasu, który poświęciłam na czytanie Klątwy tygrysa. Wciąż żyję w pewnym amoku, który nie pozwala mi porzucić wizji świata, do którego nie należę, świata, w którym nic nie jest oczywiste, świata, w którym śnieżne tygrysy są jeszcze bardziej interesujące, niż mi się to dotychczas wydawało...

Dla wielu czytelników, którzy mają już za sobą lekturę Klątwy tygrysa, jest to książka nie tylko mało ambitna, ale wręcz ogłupiająca i nic nie wnosząca do dalszego żywota. Znajdą się i przeciwnicy, i miłośnicy dzieła Colleen Houck, jednak ja zdecydowanie należę do tej drugiej grupy. Okej, przyznam, ta historia szczytem ambicji nie jest. Okej, faktycznie, może niektóre fragmenty i dialogi, w bardzo małych ilościach, są głupiutkie. Głupiutkie, ale w uroczy sposób, powiedziałabym. Jako wielka przeciwniczka słodkości i lukru powieściowego, od razu wywaliłabym kawę na ławę, i rzekłabym, że fuj, ta historia jest obrzydliwie lepka. Ale tak nie jest. Słodycz w Klątwie tygrysa jest umiarkowana, jednak nie boję się nazwać tej powieści słodką, bo... ponieważ tak, jest słodka. Ale ta słodkość jest miła. Powieść ta to historia pewnej zwyczajnej dziewczyny (zaczyna się soczyście przewidywalnie...), która dostaje angaż w letniej pracy w cyrku. Lampka błyska nad mą głową, i myślę sobie: do cyrku? Hmmm, interesujące. I bynajmniej, ironia w tej wewnętrznej wypowiedzi sięgnęła zera. Wracając jednak. Główna bohaterka, Kelsey, zaprzyjaźnia się w swym nowym miejscu pracy z olbrzymim śnieżnym tygrysem, którym chwilę później ma zajmować się w trakcie jego przewozu do rezerwatu w Indiach. Stop. W tym momencie kończę snuć tę fascynującą opowieść, gdyż właśnie tu i teraz następuje nagły zwrot akcji, i boom, naszej wyobraźni ukazuje się coś niesamowitego, coś fascynującego, coś, co do cholery przewidywałam od pierwszego zapoznania się z niesamowitym tygrysem, co jednak sprawiło mi ogromną frajdę. Euforia rosła we mnie z każdą kolejną stroną, zaś gorący klimat Indii wywołał rumieńce na policzkach. Więcej takich niespodzianek (nawet przewidywalnych!) poproszę!

Z Indiami do tej pory nie miałam za wiele do czynienia, ich historia ani kultura nigdy zbytnio mnie nie fascynowały. Jestem jednak wdzięczna autorce, iż w swojej powieści przybliżyła czytelnikowi obraz współczesnych Indii, umieszczając akcję własnie w tym pięknym państwie. Cała opowieść oparta jest na kulturze indyjskiej, możemy zapoznać się z tradycją, a także wierzeniami ludzi zamieszkujących ten kraj. Colleen Houck skonstruowała naprawdę wyborny wątek fantastyczny, który pomimo wcześniej wspomnianej przeze mnie przewidywalności, sprawił mi wiele uciechy, i pozwolił memu sercu zabić trochę szybciej. I nie, wcale nie mówię, iż jest to kolejna badziewna historia miłosna, którą i ja się wzruszyłam. Przecież ja wzruszam się niezwykle rzadko, dlatego też coś, co doceniłam, musi mieć wielką wartość. Ta książka ma potencjał, naprawdę wielki potencjał. Polecę kolejnym banałem, jednak przyznam, iż dawno żadnej książki nie czytało mi się tak dobrze jak właśnie Klątwy tygrysa. Autorka operuje językiem łatwym, plastycznym, bardzo obrazowym. Historia zawarta w tej powieści jawi się przed naszymi oczyma niczym obraz malowany magicznym pędzlem. Klątwa tygrysa to powieść niesamowita, niezwykle barwna, pełna emocji. Jest to opowieść, która uświadamia nam, że tak naprawdę nic w życiu nie jest pewne, niczego w naszych losach nie można przewidzieć, bo w ciągu kilku godzin cała nasza dotychczasowa egzystencja może obrócić się o sto osiemdziesiąt stopni. Uczuć w tej historii nie brak. Są one bardzo ciepłe, żeby nie powiedzieć - gorące. I chociaż mam świadomość, że tworzę teraz pieśń pochwalną na temat Klątwy tygrysa, nie mam sobie tego za złe. Ta powieść mnie oczarowała. A ja lubię być czarowana przez naprawdę wartościowe powieści.

Klątwa tygrysa absolutnie mnie od siebie uzależniła, a w mych oczach pojawiały się bolesne łzy, gdy tylko musiałam chociażby na chwilę przerwać lekturę mego nowego nałogu. Podczas zaczytywania się w kolejnych zadrukowanych stronach, czułam się lekka niczym piórko, miałam wrażenie, iż unoszę się na chmurze czystej przyjemności. Gdybym nie miała do czynienia z kilkoma ostatnimi rozdziałami tej powieści, okrzyknęłabym ją bez najmniejszego wahania ideałem. Jednak ostatnie strony, chociaż nie zepsuły mi ogólnego dobrego odbioru całej powieści, wywołały chwilowy grymas na mej twarzy, bo to właśnie wtedy na światło dzienne wypłynęły największe mankamenty tego dzieła, czyli chwilowe głupotki - wyolbrzymione problemy, których problemami nazwać nie można i kilka banalnych dialogów, na które przysięgam, starałam się przymknąć oko, jednak nie potrafiłam. Cóż, lekki posmak goryczy sprowadził mnie na ziemię, co nie znaczy jednak, że wciąż nie unosiłam się nad nią centymetr albo dwa. Spotkałam się z opinią kilku osób, jakoby główna bohaterka była szalenie głupia, i nieodpowiedzialna. Cóż, ja tak nie uważam. Kelsey stanowiła bardzo miłą towarzyszkę literackiej podróży, i chociaż palnęła kilka głupich tekstów (zwłaszcza pod koniec!) i parę razy zachowała się jak rozkapryszone dziecko, to jednak polubiłam ją całym moim sercem. Ogółem Houck stworzyła bardzo dobre postacie, barwne, wyróżniające się na tle indyjskiego świata, dobrze zarysowane. Bardzo przypadli mi do gustu. 

Cóż, ogłoszę wszem i wobec, że w przypadku Klątwy tygrysa jestem zadowolona nawet (!) z wątku miłosnego, który przeplata się co chwilę, i narasta z każdą kolejną stroną. Nie było zbyt szybko, zbyt gwałtownie, wręcz przeciwnie. Wątek romantyczny w tej powieści osnuty jest mgłą tajemnicy i dobrego smaku. Wszystko jednak psuje się pod koniec, kiedy wysublimowany, doskonały smak romansu zamienia się na chwilę w otępiające bieganie za sobą dwójki bohaterów, którzy sami nie wiedzą, czego chcą. Lecz, jak wspomniałam, jest to tylko chwilowe, więc uśmiech z mej twarzy nie został starty, i wciąż mogę tutaj mówić o naprawdę dobrej powieści, która zawiera w sobie genialny wprost wątek fantastyczny, który z dodatkiem kilku romantycznych chwil, ukazuje się czytelnikowi w wyobraźni jako staranna konstrukcja. Klątwa tygrysa to książka, przy której wzdychałam co chwilę. Szczerzyłam się do zadrukowanych stronic jak idiota. Przymknęłam oko na kilka nic nieznaczących błędów, każdemu może się zdarzyć. Żywię jednak ogromną nadzieję, iż kolejne części będą równie fenomenalne, że autorka uniknie w nich takich faux pas, jak to zdarzyło się na ostatnich stronach pierwszego tomu. Oby kolejne części czarowały mnie w równym stopniu co i ta. Wtedy mogę zapomnieć o wszystkim. O całym świecie. I myśleć jedynie o hipnotyzujących, zimnych niczym lód, oczach śnieżnego tygrysa.

Ocena: 10/10


„Kiedy życie wręcza ci cytrynę, upiecz ciasto cytrynowe.”

8 komentarze:

Weronika Z. pisze...

Kocham książki Pani Houck. Jeśli spodobała Ci się pierwsza część, to dalsze będą równie dobre lub lepsze. Uwielbiam tą serię i pozostanie u mnie w sercu na zawsze, ponieważ to była jedna z pierwszych powieści przy których zaczęłam swoją przygodę z czytaniem.
Bardzo zachęcam Cię do kontynuacji tej serii.
Pozdrawiam

weronine-library.blogspot.com

J. pisze...

Miałam zamiar przeczytać tę książkę, a zupełnie o niej zapomniałam! Dzięki za przypomnienie :).

Aislynn pisze...

Jakiś rok temu zabrałam się za tę powieść i, przyznaję, po pięciu rozdziałach odłożyłam ją na bok i już nigdy więcej do niej nie zajrzałam. Główna bohaterka wydawała mi się tak papierowa i bez charakteru, że po prostu nie mogłam dalej czytać. Tak wysoka ocena bardzo mnie zdziwiła, ale skoro Ty polecasz tę książkę, to chyba musi coś w niej być. Być może niedługo spróbuję przeczytać ja jeszcze raz :)

monweg pisze...

Zapisuję...do niedługiego przeczytania :)

monalisap pisze...

Ciekawi mnie ta książka, chociaż odstrasza fakt, że to nie jednotomówka i trójkąt zrobi się przewidywalny. Ale może spróbuję :)

SilentAqua pisze...

Przeczytałam całą serię i miałam podobne uczucia do ciebie. Każda kolejna część jest coraz lepsza. Za to ostatnia po prostu mnie rozwaliła. Ryczałam na całego. Możesz się spodziewać mnóstwa uczuć.

Natalia Z pisze...

Bardzo miło czytało mi się Twoją recenzję! :) Długaśna- a to jest zachwycający jej plus! :)
Mam wielką ochotę teraz na tę książke ;p

Ametystowa Orchidea pisze...

Jestem ogromną fanką tej serii. Ta historia zaczarowała mnie od samego początku! Mam już 3 jej części za sobą i tylko czekam na możliwość sięgnięcia po kolejną !

Prześlij komentarz