03 maja 2014

Cezary Leżeński - Miłość i zbrodnia w Soplicowie

Po wielu latach spędzonych w obcym mieście wracasz do rodzinnego domu, i już podczas przekraczania progu uświadamiasz sobie, że w Twojej domowej ostoi nic się nie zmieniło. Otaczające Cię znów, tak dobrze znane, twarze pozostały tymi, którymi były przed laty. Przez ten długi czas zmieniłeś się, zmądrzałeś. Przygotowałeś się do dorosłego życia. Z jednej strony radujesz się na samą myśl o pobycie w rodzinnych stronach, tak bardzo miłych Twemu sercu. Z drugiej zaś pragniesz od życia czegoś nowego, wspaniałych przygód, namiętnych romansów, niesamowitych intryg. Uważaj jednak, o czym marzysz. Bo marzenia się spełniają. I potrafią być wyjątkowo okrutne. Strzeż się pomyłek. Mogą one całkowicie zrujnować Twoje życie...

Młody mężczyzna, Tadeusz, powraca po latach nauki w Wilnie do rodzinnego Soplicowa. Młodzieniec już pierwszego dnia pobytu w domu wplątuje się w miłosne zawirowania. W międzyczasie trwa spór pomiędzy dwoma rodami o stary zamek. Komu on tak naprawdę się należy? Jakie tajemnice kryje w sobie przeszłość mieszkańców Soplicowa?

Istnieją takie książki, które każdy szanujący się człowiek powinien znać. Istnieją takie, które po prostu trzeba przeczytać, bo bez ich znajomości sami do siebie nie jesteśmy w stanie mieć szacunku. Jednym z takich dzieł jest Pan Tadeusz autorstwa Adama Mickiewicza. Nie ma w Polsce osoby, która by o tym utworze nie słyszała, i jestem w stanie ręczyć za to moją niezwykle wartościową (przynajmniej dla mnie samej) blond czupryną. Niestety dzieje się tak, że uczniowie w szkołach zmuszani są do czytania Pana Tadeusza, bo trzeba omówić go na lekcji, bo na dziewięćdziesiąt dziewięć koma dziewięć procent będzie na maturze. Bo jak nie w szkole, to później nikt nie znajdzie na niego czasu i ochoty. Tego typu myślenie wcale nie wpaja uczniom szacunku do tego dzieła, szacunku niezwykle wielkiego, który każdy powinien mieć. Bo mickiewiczowe dzieło jest naszą narodową epopeją, epopeją, która zapisała się w sercach milionów Polaków. W tych milionach jednak nie odnajdziemy uczniów, dla których lektura tego utworu jest niewypowiedzianą katorgą. Osobiście uważam, że każdy powinien zapoznać się z dziełem Mickiewicza w dogodnym dla siebie czasie. Bo do lektury tak wielkiego utworu trzeba się przygotować. Mentalnie. Duchowo. Musimy chcieć. Kiedyś potrzeba przeczytania Pana Tadeusza by nadeszła, jestem o tym święcie przekonana. Jednak zrażone w szkole biedne dzieciaczki odrzucą tę książkę daleko, w ciemny kąt. I do końca swych dni będą czuły strach przed podniesieniem okładki mickiewiczowej epopei.

Nie będę Cię oszukiwać, szanowny Czytelniku, nie będę robiła z siebie kogoś, kim nie jestem, nie będę się wywyższać, bo nie mam powodów ku temu, i powiem wprost, że mnie również właśnie szkoła zmusiła do przeczytania naszej narodowej epopei. Było mi to bardzo nie w smak, gdyż nie uważam się za osobę dość dojrzałą do analizowania tego dzieła. Nie byłam gotowa na lekturę tak ważnego utworu, jednak bardzo starałam się nie zrazić, i już teraz wiem, że kiedyś, za lat dziesięć, może dwadzieścia, usiądę przed jakimś wielkim, drewnianym regałem, i pomyślę sobie, że tak, własnie nadszedł ten moment, by dogłębnie przeanalizować mickiewiczowe dzieło. Teraz mówię mu stanowcze nie, a co będzie kiedyś? Czas pokaże. Temat Pana Tadeusza po zakończeniu omawiania go na lekcjach języka polskiego dla mnie się nie skończył, gdyż w ręce me złożona została dosyć interesująca książka, na której widok wybałuszyłam swe migdałowe oczy i przez chwilę zastanawiałam się, czy to jest aby na pewno to, o czym myślę. Powieść jak powieść, nie byłoby w niej absolutnie nic zadziwiającego, gdyby nie fakt, iż książka ta doczekała się ulotnego podtytułu Pana Tadeusza napisanego... prozą.

Nie chciałam podchodzić sceptycznie do tej książki, bo moje nastawienie z góry sprawiłoby, że spisałabym dzieło Leżeńskiego na straty. Dlatego też postanowiłam trzymać emocje na wodzy, i pozwoliłam, by opanowała mnie jedynie czysta ciekawość. Myśli w mej głowie kłębiły się różne. Bo jak to tak, zapisać tak wielki, niezwykle ważny utwór w zupełnie innej formie, niż uczynił to jego twórca? Nie, nie i już. Przecież to zakrawa na profanację. Tak być nie może. W pewnej chwili odepchnęłam od siebie te wciąż nurtujące kwestie, i zagłębiłam się w lekturę. Zapoznawanie się z Miłością i zbrodnią w Soplicowie nie trwało długo. Moja przygoda z tą książką nie była męcząca, bynajmniej. Jednak z każdą kolejną przewróconą kartką coraz intensywniej zgrzytałam zębami, zaś irytacja rosła we mnie w dość zatrważającym tempie. Wspomniałam wcześniej o profanacji. To były zaledwie domysły, luźne myśli, myśli, które według mnie nigdy nie powinny były się pojawić. A jednak, przewidziałam katastrofę. Bo inaczej tej książki nazwać nie mogę. Nie umiem. Podejrzewałam, że być może Leżeński w dogodny sposób przybliży mi historię Tadeusza i jego rodziny, przyjaciół. Proza jest dużo przyjemniejsza niż trzynastozgłoskowiec. W jednej chwili mój szacunek do twórczości Mickiewicza wzrósł o paręnaście procent. Zaś w kontekście do twórczości Leżeńskiego, o szacunku nawet nie ma co mówić. Przykro mi.

Zacznijmy od tego, iż sądziłam, że Miłość i zbrodnia w Soplicowie będzie idealnym odwzorowaniem mickiewiczowego dzieła. Byłaby, gdyby nie fakt, iż książka zaczyna się nie przybyciem Tadeusza do rodzinnego Soplicowa, lecz kilkoma scenami z życia jego ojca, Jacka Soplicy. Zdumiał mnie ten zabieg z użyciem retrospekcji, jednak wzbudził on moją ciekawość. Potem jednak było tylko gorzej. Dobrze nam znani bohaterowie stali się płytcy, niewyraźni. Pokuszę się o stwierdzenie, iż autor przemienił mieszkańców Soplicowa i innych bohaterów w postacie infantylne, głupiutkie. Cała duma bohaterów, ich wzajemny szacunek, wartości, dbałość o ojczyznę, uleciały gdzieś daleko, wyparowały. Autor nie przykuł do nich zbyt wielkiej uwagi, potraktował je milczeniem. Cezary Leżeński posługuje się prostym i banalnym językiem, językiem niezwykle surowym, nieoszlifowanym. W tę książkę autor nie włożył ani krzty serca, co da się od razu wyczuć. Podczas lektury czułam przejmująca pustkę, miałam ochotę wrzeszczeć z frustracji. Fabuły Miłości i zbrodni w Soplicowie oceniać nie będę, z wiadomych powodów. Adam Mickiewicz stworzył coś niesamowitego, coś, czego jeszcze nie jestem w stanie docenić, jednak jestem pewna, że kiedyś złożę pokłon Panu Tadeuszowi. Co się zaś tyczy Leżeńskiego - skoro postanowił on zapisać dzieło Mickiewicza prozą, powinien był dopracować tę powieść w każdym najdrobniejszym calu, tak, by stanowiła ona dzieło z pewnością nie tak wielkie jak pierwowzór, jednak jakąś jego namiastkę. Cóż, nie wyszło. Gnębi mnie jednak jedna myśl: kto, do cholery, pokusił się o wydanie tego świętokradztwa?

Sam Leżeński na wstępie swojej powieści nazywa Miłość i zbrodnię w Soplicowie świętokradztwem, pisze, że zbezcześcił wspaniały epos narodowy. Dla niego są to jedynie słowa pisane z przymrużeniem oka, dla mnie - szczera prawda. Podczas lektury tego dzieła miałam wrażenie, jakbym czytała książkę skierowaną do dzieci w wieku szkolnym, plasujących się pomiędzy czwartą, a szóstą klasą szkoły podstawowej. Leżeński nie oddał wszystkich zachowań szlachty, nie uwzględnił wielkiego szacunku do tradycji, szacunku do ojczyzny. Stworzył zaś prostą historyjkę, prostą jak drewniana bela, i dumnie zaniósł ją do wydawnictwa, które, o zgrozo, zgodziło się to coś wydać. Jakim cudem, nie wiem. Autor musiał być niezwykle przekonujący. Gwoździem do trumny tej książki są ilustracje stworzone przez Teresę Wilbik, które potęgowały wrażenie, iż jest to książka skierowana do młodszego czytelnika, podczas, gdy tak wcale nie jest. Autor twierdzi, że jego książka nie jest profanacją, zaś po prostu innym spojrzeniem na mickiewiczowe dzieło. Niech sobie tłumaczy to jak chce, ja swojego zdania nie zmienię. Ta książka nigdy nie powinna była ukazać się na rynku wydawniczym, bo z czegoś tak ważnego dla całego narodu, dla naszej kultury, jeden człowiek stworzył rzecz śmieszną, żałosną wręcz. Ten, kto dopuścił tę książkę do druku, powinien cierpieć katusze do końca swych dni.

Miłość i zbrodnia w Soplicowie to dziecinna bajeczka oparta na naprawdę niezwykłym dziele. Cezary Leżeński wyrządził niezwykłą krzywdę narodowi polskiemu, publikując to dzieło. Nie dziwię się, iż szybko zostało ono wycofane ze sprzedaży, i w obecnym momencie praktycznie nigdzie nie można go dostać. Niepowielanie nakładu było jedyną słuszną decyzją, jeśli chodzi o tę powieść. Autor sprofanował wybitne dzieło, tłumacząc się własną, niezwykłą interpretacją. Nie tędy droga. Nazwać autora odważnym? Nie przystoi. Co najwyżej niemądrym. Takich rzeczy literaturze polskiej się nie czyni. Absolutnie nie. Pod żadnym pozorem.

Ocena: 2/10

5 komentarze:

Arbuza pisze...

Rzeczywiście, zabieranie się za... przekład wewnątrzjęzykowy? Nie, to chyba zbyt pochlebne wyrażenie. A więc: zabieranie się za tworzenie wersji alternatywnej dzieła (zwłaszcza takiego) zawsze jest bardzo ryzykowne i prawie zawsze skazane na porażkę. Nie miałam okazji zapoznać się akurat z książką tego pana, ale - wierząc Ci na słowo - poczynił sobie przysłowiowy strzał w stopę. Niestety, nie tylko sobie - właśnie uczniowie, skuszeni przystępniejszą wersją lektury szkolnej, niekoniecznie radośnie powitają powieść. Prostsze nie znaczy lepsze, bo nie zawsze prostota pomaga w odbiorze.
Cóż... Od siebie chciałabym jedynie zaproponować Ci, żebyś nie życzyła wszystkiego co najgorsze wydawcom słabych pozycji, zwłaszcza w treści recenzji ;)
Pozdrawiam
zanim-przeczytasz.blogspot.com

Alicja Szerment pisze...

Oj, skoro tak nisko oceniasz to zdecydowanie sobie odpuszczę. A zapowiadało się naprawdę ciekawie. Niestety nawet okładka mnie nie przekonuje :(
Pozdrawiam!

Esa Czyta pisze...

:o a już myślałam, że nic mnie dzisiaj nie zaskoczy ;)

miqaisonfire pisze...

No cóż, ja od razu podeszłam do tej książki raczej sceptycznie i nie dziwię się, że Tobie się nie spodobała.

Anonimowy pisze...

Pięknie napisana notka ! :) wszystko świetnie opisujesz

Prześlij komentarz