01 czerwca 2014

Rachel Cohn - Beta

Jesteś istotą inną niż wszystkie. Istniejesz jedynie po to, by służyć wszystkim dokoła. Nie możesz czuć, nie możesz pragnąć. Masz jedynie być. Twe wnętrze winno być puste, powinieneś zachwycać fizycznie. Liczy się to, co dostrzega oko, Twe zachowania nikogo nie obchodzą. Jesteś klonem, istotą powstałą z człowieka, istotą materialną, która nie ma duszy. Nie potrafisz cieszyć się życiem, bo tak Cię zaprogramowano. Nie umiesz kłamać, gdyż nie wiesz jak. Jesteś sługą, którego sztucznie nazywają członkiem rodziny. Nie wierz w te bzdury. Otwórz szeroko oczy, zmuś swe serce do pochłaniania uczuć i… zacznij żyć.

Elizja jest betą, klonem stworzonym, by służyć ludziom. Poniekąd jest człowiekiem, jednak nie posiada duszy, nie jest zdolna, by odczuwać emocje. Z każdym kolejnym dniem jednak, budzą się w niej coraz to nowsze uczucia. Gdyby ktokolwiek dowiedział się o jej zdolności odczuwania smaków, czy rozumnym myśleniu, byłaby zgubiona. Pewnego dnia serce Elizji zaczyna bić nieco mocniej, za sprawą pewnego mężczyzny. Gdy inni ludzie staną na ich drodze ku wspólnemu szczęściu, beta postanowi rozpocząć walkę o własne marzenia.

Zawsze gdzieś we wnętrzu mej głowy tłukła się myśl, jakby to było, gdyby naukowcy w końcu osiągnęli sukces na polu klonowania, co by to było, gdyby każdy z nas mógł udać się w konkretne miejsce, i zażyczyć sobie swojego własnego klona, klona matki, dziadka, psa lub szynszyla. Rodzimy się i umieramy, uczestniczymy w naturalnym procesie, który obowiązuje każdą istotę na  tym świecie. Jakby więc wyglądało życie tworu sztucznie zmaterializowanego, tworu, który żyłby jak każdy z nas, jednak różniłby się pod wieloma względami od normalnej istoty. Teraz każdy z nas jest jedyny i wyjątkowy, szczególny, niezastąpiony. Jaki wpływ na ludzkość miałby zabieg klonowania? I chociaż ciekawość pali mnie od środka, chociaż chciałabym wiedzieć, co czułyby istoty wytworzone sztucznie w laboratoriach, jestem temu absolutnie przeciwna. Bo kimże byłaby ta sklonowana osoba? Zastępczą kopią? Istotą, która już istnieje, lecz z inną tożsamością? To się nie godzi z naturą. Po prostu.

Beta autorstwa Rachel Cohn okazała się być lekturą lekką i niesamowicie barwną, która, być może za sprawą fantazyjnej okładki, od razu skojarzyła mi się z letnią porą, co wyjaśnia, dlaczego aż tak długo zwlekałam z jej przeczytaniem. Przed lekturą tej pozycji nie snułam żadnych konkretnych myśli, byłam do niej nastawiona niezwykle neutralnie. Miałam jednak głęboką nadzieję, iż autorka nie ucieknie zbyt daleko w rejony science fiction, gdyż nie mam do tego gatunku serca. Zabieg klonowania w literaturze nigdy jakoś szczególnie mnie nie fascynował, lecz to, co ukazała Cohn w swej powieści, zdecydowanie mnie zachwyciło. Beta opowiada historię Elizji, dziewczyny z fioletową lilijką na twarzy, mającą za cel nieść informację, iż jest ona klonem, klonem typu beta, czyli nastolatkiem. Dziewczyna trafia do pewnego zamożnego domu, gdzie ma grać rolę nowego członka rodziny. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, iż Elizja zaczyna czuć, zaczyna przetwarzać emocje, a w dodatku - czuje smak, i czerpie przyjemność z kosztowania coraz to nowszych potraw! Klony to powłoki swoich Pierwszych, osób które musiały zginąć, by oni mogli się narodzić; klony to ludzie bez duszy, którzy nie mają prawa poznawania i odczuwania uczuć wyższych. Elizja nie wpasowuje się w ten kanon. 

Wbrew pozorom, nie jest to kolejna historia typu: któreś z nich jest inne od całej reszty ludzkości, ona go chce, ale nie może z nim być, on również tego pragnie, i usilnie stara się, by w końcu połączyło ich prawdziwe uczucie, wbrew temu, co sądzą na ten temat inni. Nie. Beta jest historią nastolatki, która traktowana jest jak maszyna, nastolatki, która nie przeżywa typowych problemów pojawiających się w okresie dojrzewania, która walczy z trudnościami o dużo większej skali, takiej jak manipulacja innymi istotami, wyższość jednych ludzi nad drugimi. Autorka w swej powieści ukazała problem snobizmu, wielkości i ważności pieniądza w dzisiejszym (i nie tylko, bo w przyszłym również) świecie. Bohaterowie występujący w Becie myślą, że wszystko się da kupić za pieniądze. Żyją ideą, że to, co się zepsuło, trzeba wyrzucić, nie naprawić. Społeczeństwo wykreowane przez Cohn jest społeczeństwem ubogim w myślenie, pustym, bez jakichkolwiek wyższych ambicji. Czyżby autorka przez słowa zadrukowane na białych kartach próbowała uświadomić nam, odbiorcom, że właśnie w tę smutną stronę zmierzamy? Kiedy na chwilę się zatrzymamy i pomyślimy, jak bardzo zepsuci jesteśmy, przerazimy się. A co będzie kiedyś, w przyszłości? Warto się nad tym zastanowić.

Lektura Bety była niezwykle przyjemnym doznaniem, a wszystko to za sprawą naprawdę skrupulatnie stworzonego świata przedstawionego. Rachel Cohn na każdej kolejnej stronie maluje przed czytelnikiem kolorowe, żywe obrazy, które mocno odbijają się w wyobraźni, i pozostają tam na dłuższy czas. Główna bohaterka jest niezwykle sympatycznym stworzeniem, pokochałam ją od pierwszych stronic powieści. Na początku nieśmiała, niezdarna i urocza w swej dziecinności, z każdym kolejnym rozdziałem dorośleje i zaczyna czerpać z życia garściami. Chociaż nie cieszy się zbyt wielką inteligencją, umie rozumować błyskotliwie. Jest pocieszna i słodka, niczym lukrowana babeczka. Nie jest jednak postacią przesłodzoną, przesadzoną. Pozostałe postacie również zostały dobrze nakreślone. Rodzina Brattonów, która przygarnęła do siebie Elizję, jest na pozór rodziną zwyczajną. Nikt nie wie jednak, jak mroczne tajemnice skrywane są pod skórą każdego członka rodziny. Dominium, wyspa na której toczy się akcja powieści, to prawdziwy raj na ziemi. Jej mieszkańcy nigdy nie zaznali zła, nikt nie jest do niczego przymuszany, nikt nie żyje wbrew sobie - całą brudną robotę wykonują klony tworzone przez doktor Lusardi. A i ona skrywa swój własny, szokujący sekret. Ale o tym sza. 

Beta napisana jest językiem lekkim, niezwykle plastycznym i malowniczym. I chociaż historia w niej zawarta nie grzeszy oryginalnością (podczas lektury wciąż nasuwały mi się skojarzenia z Intruzem Stephenie Meyer), to jednak zachwyca w każdym calu. Jest świeżo i lekko, a zarazem niezwykle barwnie. Miłość w tej opowieści odgrywa rolę epizodyczną, z czego wielce się cieszę, gdyż w końcu w me ręce trafiła fantastyczna historia, której głównym problemem jest wszystko inne prócz tego jednego uczucia. Jestem niezwykle ciekawa dalszych przygód Elizji, i z ogromną niecierpliwością będę oczekiwała kolejnej części tej charyzmatycznej opowieści. Dawno już żadna książka nie wywołała w moim sercu takiego ciepła, jak właśnie uczyniła to Beta. Zazdroszczę sama sobie. Tak chyba można, no nie?

Ocena: 9/10


„Każdy na tej wyspie ma coś, o czym nie chce mówić głośno. A ja mam ochotę krzyczeć.”

4 komentarze:

Paulina Chmielewska pisze...

Nie powaliła mnie na kolana, ale jednocześnie nie mogłam się od niej oderwać. Książka jakich wiele, która trzyma przy sobie jak niewiele podobnych tytułów. W gruncie rzeczy dobra premiera, której kontynuację chętnie poznam ;)

Arbuza pisze...

Społeczeństwo zarysowane w powieści jest istnie antyutopijne. Wnioskując z Twojej recenzji, książka nie jest do bólu przesiąknięta stylem science-fiction, więc te dwa argumenty wystarczają, żeby mnie zainteresować ;) "Intruza" nie czytałam, więc nie będę też narażona na porównania; reasumując - jak tylko gdzieś ją znajdę, na pewno przeczytam! :)

FunVirtualnaJa pisze...

Już od dawna chciałam przeczytać ale nie ciągnie mnie tak do niej. Ale może jużczas ją przeczytać? :)

monalisap pisze...

Tak, ta pozycja mnie bardzo pozytywnie zaskoczyła. Zarówno kreacją świata, dojrzałością w kompozycji fabuły, wiarygodnością emocji głównej bohaterki. I te zakończenie: zaskoczenie i szok, z wielką chęcią przeczytałabym kontynuację.

Prześlij komentarz