28 lipca 2014

Colleen Houck - Klątwa tygrysa. Przeznaczenie

Człowiek łatwo popada w rutynę, szybko przyzwyczaja się do jednego rytmu, i to jemu podporządkowuje swój dzień, swój czas, swoje życie. Bez trudności dostosowujemy się do regularnych sytuacji rządzących naszym życiem, a przez to boimy się zmian. Lubimy oczekiwać, a gdy nasze odliczanie pozostałego czasu dobiegnie końca, nie umiemy się odnaleźć, tracimy sens życia. Tylko na chwilę, póki nie znajdziemy nowego, ale jednak. Łatwo gubimy się w otaczającym nas świecie, a przy zdrowym rozsądku utrzymuje nas jedynie pewne głębokie, tajemnicze uczucie, którego wszyscy jesteśmy spragnieni. Miłość.

Przed Kelsey, Renem i Kishanem ostatnie zadanie - zdobycie ognistego sznura, walka z czasem i ostateczne pokonanie wroga, jakim jest Lokesh. Dziewczynie i jej dwóm tygrysom udało się przeżyć trzy niebezpieczne wyprawy, podczas których wiele w ich życiu się zmieniło. Czwarta misja kryje w sobie nadzieję, jest obietnicą. Najbliższe wydarzenia zadecydują o dalszym losie niezwykłej trójki.


Moja miłość do serii spisanej przez Colleen Houck jest już niemal legendą; miłość ta rośnie każdego kolejnego dnia, i chyba nigdy nie opuści mego biednego, bijącego wściekle pod wpływem uczuć, serca. Pomimo wielu chwil zwątpienia, kiedy to przyszło mi narzekać na kolejne zdarzenia w serii, które aż do bólu przypominały hiszpańską telenowelę, wciąż twierdzę, iż jest to jeden z najlepszych cyklów, z jakimi przyszło mi się zmierzyć w całym mym osiemnastoipółletnim życiu. Kolejne części Klątwy Tygrysa zaskakują mnie swoją świeżością, innowacyjnościa, a przede wszystkim, ogromną dawką emocji, którą serwuje nam autorka. Śmiało mogę powiedzieć, że ja nie tylko kocham tę serię, lecz co więcej, jestem w niej zakochana, a uczucie to jest niezwykle głębokie i namiętne. Historia zwykłej dziewczyny i dwóch tygrysów może sprawiać wrażenie banalnej, jednak dla mnie emanuje ona feerią barw, jest moją ciepłą, rozkoszną ostoją, która daje mi chwilę wytchnienia, dzięki której czuję się bezpieczna, przez nią znikają wszelkie moja smutki, te mniejsze i większe. I być może brzmi to dziwnie, być może Ty, Czytelniku, nie dostrzeżesz w tej serii tego wielkiego potencjału, który dostrzegłam ja, lecz zapewniam Cię - dzieło Colleen Houck zaczaruje Cię swą indyjską nutą, i nie wypuści ze swych objęć, dopóki nie docenisz ostrych, aromatycznych słów spisanych na kartach tej serii.

Klątwa Tygrysa to cykl, który jest dla mnie tym, czym jest słodki nektar polnych kwiatów dla pszczół - rozkoszą, słabością i życiodajnym pięknem. Pamiętam, że kiedy po raz pierwszy zetknęłam się z dziełem Colleen Houck, w mej głowie zapanował niezwykły w swej gwałtowności chaos, zaś serce dygotało pod wpływem ogromnej dawki uczuć. Lektura pierwszego tomu serii była dla mnie pięknem, którego opisać nie umiem, choć bardzo bym chciała; emocje, które towarzyszyły mi przy pierwszym spotkaniu z Kelsey i jej dwoma tygrysami, były gwałtowne i niesamowicie silne. Za każdym razem, kiedy przymknę powieki, i powróce pamięcią do tamtego dnia, przyjemne ciepło grzeje okolice mojego serca. Euforia, która mną wtedy zapanowała, była dzika i uderzająco ekspresyjna, natłok obrazów zalał moją wyobraźnię, a oddech przyspieszył. Zdaję sobie sprawę z tego, iż wiele osób może być zdziwionych faktem, jak wielki wpływ miała na mnie ta seria; wiem, że gro osób wcale jej nie akceptuje, i wbrew pozorom, jestem w stanie to zrozumieć. Sama czasami zastanawiam się, w jaki sposób dwa tygrysy tak wielce namieszały mi w głowie. Myślę o tym przez chwilę, a potem odpycham od siebie wszelkie spostrzeżenia, bo stwierdzam, że nie chcę myśleć. Chcę po prostu czuć. A dzięki dziełom Houck mam taką możliwość.

Czwarta część cyklu stanowi doskonałe uzupełnienie swych poprzedniczek, chociaż nie ukrywam, iż przy jej lekturze, gdzieś tam w głębi, czaił się cień strachu tudzież obawy przed fatalnym potoczeniem się pewnych spraw. Nie ukrywam również, że czytałam tę powieść w dwóch etapach, bynajmniej nie próbując aż tak maksymalnie rozkoszować się treścią. Otóż nie. Pierwsze podejście do czwartej części uwielbionego przeze mnie cyklu miałam podczas podróży do Pragi. I nie zaszczycę Cię w tym momencie Czytelniku żadną kolorową historyjką o tym, że wzięłam Tygrysa ze sobą na wycieczkę, bo miałam jakiś ważny powód ku temu. Rozczaruję Cię, żadnego wyższego celu nie miałam w tej sprawie. Wzięłam go ze sobą, bo stwierdziłam że w podróży poślinię się odrobinę do Rena, i powkurzam się na Kelsey i Kishana. Niestety, moje plany spełzły na niczym, gdyż znajomi uparcie utrudniali mi lekturę, co też skomentowałam teatralnym wzdychnięciem, i odłożyłam smakowanie dalszych przygód tygrysów na późniejszy termin. Termin, który ktoś tam w górze ustalił mi na ostatnie dni nieco deszczowego lipca. Przypomnę, iż Pragę odwiedziłam w połowie maja (off-topem, niech mnie ktoś tam zabierze z powrotem, błagam). Kiedy w końcu dojrzałam do tego, by przeprowadzić moich ulubionych bohaterów przez czwartą misję, uczyniłam to dosłownie w tempie natychmiastowym, i zanim się obejrzałam, już zamykałam tylną okładkę książki. Cóż mogę powiedzieć. Całe szczęście, że zakończenie lektury zostało mi udaremnione podczas podróży autokarem, wśród masy osobników z mojego rocznika. Patrzyliby się na mnie co najmniej jak na paranormalne zjawisko, gdyż, zamykając powieść, słone fontanny łez tryskały z mych oczu. 

Pierwsze sto stron wlokło mi się niemiłosiernie, i już-już miałam ze smutkiem w głosie nazwać Przeznaczenie absolutną, niesamowicie bolesną porażką, kiedy jednak nadeszło cudowne wybawienie, i każda kolejna strona sprawiała, iż moja ciekawość rosła. W trzeciej części cyklu Houck zaserwowała nam ogrom niesamowitych przygód, które przeżywaliśmy wraz z bohaterami. Poprzeczkę ustawiła sobie niezwykle wysoko, i być może to jest powód, dla którego uznałam początek czwartego tomu za nieco nudny. Chwilę póżniej jednak autorka zaczęła kreślić przed czytelnikiem zwieńczenie długiej walki trojga bohaterów, co wzbudziło mój apetyt na kolejne interesujące sceny. Zakończenie ekscytującej historii nie jest dokładnie takie, jakim je sobie wymarzyłam, jednak jestem usatysfakcjonowana zaistniałym obrotem spraw. Houck na sam koniec nie szczędziła sobie pięknych słów, i to właśnie przy ich pomocy sprawiła, iż moja własna rodzina po dziś dzień czujnie mi się przygląda, ja zaś, obserwując poszczególne osoby do niej należące, widzę oczyma wyobraźni te trybiki obracające się w ich głowach, świadczące o powolnym interpretowaniu każdego mojego zachowania. Otóż, mój Czytelniku, gdybyś ujrzał mnie przed kilkoma dniami, skuloną w fotelu, w trzęsącej się ręce dzierżącą ostatnią część Klątwy Tygrysa, zwątpiłbyś. Siedziałam na werandzie, wśród rodziny. Nagle względną ciszę przerwał mój żałosny szloch, który dotarł także do uszu mieszkających obok sąsiadów. Tusz rozmazał się na mych zaczerwienionych policzkach (następnym razem zainwestuję w wodoodporny, przysięgam), perfekcyjne kreski utworzyły bliżej niezidentyfikowane ciemne smugi, a ja wyłam niczym syrena alarmowa (tak mi wstyd…), machając egzemplarzem Przeznaczenia w górę i w dół (nie było w tym konkretnego celu, nie wiedziałam co zrobić z rękami. W sumie mogłam na nich usiąść. Hmm). Nie byłam w stanie wydusić z siebie ani słowa. Zapadłam w trans, dostałam ataku z nadmiaru emocji. I tak, owszem, wiem Czytelniku, że Ty wiesz, iż mam pewne ciągoty do przesady, jednak przyrzekam, że powyższe słowa opisują realną sytuację. To było dziwne, nawet jak na mnie. Chwilę później popadłam w melancholię, i zaczęłam snuć się po domu, z jednego kąta w drugi, powoli obijając się o każdą napotkaną ścianę. Czegoś takiego jeszcze nie przeżyłam. To było całkiem nowe doświadczenie, i… chyba mi się podobało.

Przeznaczenie jest idealnym zwieńczeniem przygody, znakomitą powieścią, która trzyma poziom swych poprzedniczek. Jest barwnie, jest emocjonująco. I chociaż w pewnym momencie mój ulubiony trójkąt Ren-Kelsey-Kishan zaczął działać mi na nerwy (do tej pory nie wiem, jak to się mogło stać), a sama Kelsey również irytowała mnie swą idealnością i wszechmocą (Houck chyba za dużo naczytała się Pottera, bo wizje i skomplikowane połączenie Kelsey z Lokeshem aż za bardzo przypominały sytuację zaistniałą pomiędzy Harry'm a Voldemortem...), to jednak jestem zadowolona, że po raz czwarty dane mi było przeżyć niezwykłą przygodę z moimi ulubionymi bohaterami. Według mnie, byłoby to idealne zakończenie tygrysiej serii. Każdy wątek został zamknięty, czytelnik powinien czuć się spełniony, wszystko zostało dopowiedziane. Niestety (nie wierzę, że to napisałam), autorka zaplanowała część piątą, której obawiam się niesamowicie. Nie chciałabym, by możliwość zdobycia kolejnych zielonych papierków była powodem, dla którego Houck pociągnęłaby dalej historię Kelsey i jej dwóch tygrysów. Obawiam się, czy piąty tom będzie efektem czystej miłości autorki do jej bohaterów, czy zwykłym sposobem na dodatkowy zarobek. Życzyłabym sobie, by została wybrana pierwsza opcja, jednak to nie koncert życzeń, lecz brutalne życie, w którym każdy walczy o każdy możliwy zarobek. Nie porzucam jednak nadziei, bo tylko zepsułabym sobie humor. Wolę, choć przez chwilę, żyć w błogiej nieświadomości, licząc na to, że autorka jednej z moich ulubionych serii, ma choć trochę ambicji i szacunku zarówno do swego talentu i wyobraźni, jak i do swych czytelników, bez których nie osiągnęłaby tak wielkiego sukcesu. Oby nie próbowała uszczęśliwić wszystkich na siłę.

Ocena: 9/10


„Nie ma żadnego przed ani żadnego po. Jest tylko to, co dokończone, i to, co niedokończone.”  

5 komentarze:

Elfik Book pisze...

Dzisiaj mam dzień z Klątwą Tygrysa. Najpierw na jednym blogu pierwsza część, zaraz druga, trzeciej brakowało, a Ty piszesz o czwartej. Nawet dziwny przypadek. Naprawdę widać, że jesteś wielką fanką tej serii. Ja osobiście ją lubie i przeżywałam ją podobnie jak Ty, choć może nie tak bardzo emocjonalnie. Jednak teraz mam mieszane uczucia co do niej. Nagle zaczęła mi się wydawać wcale nie taka piękna. No ale i tak mam po niej bardzo dobre wspomnienia, choć zakończenie nie do końca mi się podobało. I jestem zdziwiona faktem, że autorka ma napisać piątą część. Moim zdaniem to nie jest dobry pomysł.
Pozdrawiam ;)
lustrzananadzieja.blogspot.com

Zakochana Księżniczka pisze...

Uwielbiam tą serie, czekam na piąta część, Team Ren <3

http://zakochanawtresci.blogspot.com/

Weronika Z. pisze...

Jejku, kocham tą serię!

SilentAqua pisze...

Czytając twoją recenzję uświadomiłam sobie, że minął już aż rok odkąd skończyłam tę serię. I nie sięgnęłam po nią ponownie, aby nie złamać sobie kolejny raz serca. Przeczytałam zakończenie jak zaczęłam czytać Przeznaczenie (po prostu czasem nie mogę się powstrzymać) i w autobusie ryczałam. Jak przeczytałam już normalnie to i tak nie wpłynęło to na odbiór bo znowu ryczałam. Czytałam zakończenie z ebooka na kompie przez kilka kolejnych dni i wylałam potok łez. Cieszę się, że masz podobne do mnie odczucia :

Adriana B pisze...

Ta seria zawsze odstraszała mnie okładkami, nie potrafiłam ich zkategoryzować, chociaż zauważam, że dość dużo czytelników ma ta seria, a po Twojej recenzji uważam iż ma w sobie jakiś zalążek który mnie zaciekawił

Prześlij komentarz