16 sierpnia 2014

Jennifer Echols - Odlot

Delikatny podmuch wiatru smaga Twój policzek, ciepłe promienie słońca ogrzewają całe ciało. Przed Tobą rozpościera się błękit morza. Nonszalanckim ruchem poprawiasz zsuwające Ci się z nosa okulary przeciwsłoneczne, i próbujesz wyrzucić z głowy wciąż kłębiące się myśli, które od dłuższego czasu nie pozwalają Ci spokojnie spać. Przesypujesz piasek między palcami, i wyliczasz dni, w których byłeś szczęśliwy. Do Twych uszu dochodzi głośny huk. Unosisz głowę, i dostrzegasz przelatujący niedaleko samolot, za sterami którego siedzi osoba, którą kochasz. Podnosisz się zdecydowanym ruchem, i otrzepujesz swoje jeansowe spodenki z drobnych złotych ziarenek. Czas przestać walczyć z myślami. Czas wrócić do rzeczywistości.

Lea to młoda dziewczyna, która zawsze była zdana jedynie na siebie. Jej jedyną rodziną jest matka, matka, którą obchodzą jedynie zarobki córki, która znika na długie tygodnie, pozostawiając swe jedyne dziecko na pastwę losu. Lea nauczyła się dbać o siebie, jest niezależna i odpowiedzialna. Jej marzeniem jest kurs pilotażu, więc bierze spawy we własne ręce, i zatrudnia się u pana Halla, prowadzącego niewielki biznes lotniczy. Lea nie ma pojęcia, że ten krok odmieni jej życie, a nowy pracodawca stanie się jej bliski, niczym rodzony ojciec. Dziewczyna nie wie również, w jak dziwną intrygę zostanie wplątana przez jednego z synów pana Halla - Graysona - w którym zacznie podkochiwać się już od samego początku lotniczej przygody.

Z Jennifer Echols spotkałyśmy się już dwa razy, bynajmniej nie na karmelowym frappuccino w Starbucksie, którego tak dawno już nie piłam, bo zostałam odcięta (prawie) od wszelkiej cywilizacji, lecz przy okazji mych konfrontacji z jej dziełami. Zarówno Love Story jak i Dziewczyna, która chciała zbyt wiele przypadły mi do gustu, dlatego też wpisałam Echols na moją listę Autorów, Których Powieści Warto Czytywać. Jej powieści to lekkie historie o życiu młodych osób, które zmagają się z normalnymi, ludzkimi problemami, które jednak posiadają jakiś tam pierwiastek głębokości, i nie są jedynie dennymi opowiastkami o szaleńczej miłości, lecz opowieściami o uczuciach przez wielkie U. Chociaż okładka Odlotu jest do porzygania kiczowata, a ja przecież jestem wzrokowcem, i czytam to, co jest ładnie i schludnie ubrane, zdecydowałam się zapoznać z tą historią, gdyż wydawała się ona być niebanalna i intrygująca. Cóż, w tym przypadku moje ambitne okładkowe ja zawiodło, i pomimo oprawy graficznej wyrwanej wprost z magazynu dla trzynastolatek, przyszło mi mieć do czynienia z opowieścią lekką niczym obłok, a zarazem frapującą, bo zapoznawanie się z jej kolejnymi fragmentami było wprost niesamowitą przyjemnością.

Cenię sobie twórczość Jennifer Echols chociażby z powodu jej zdrowego rozsądku co do słodzenia czystym cukrem w cukrze swych powieści. Wydawać by się mogło, iż jej kolejne dzieła to doskonała rozrywka dla nieletnich nastolatek (uparłam się dzisiaj coś na te młodociane), a jednak, co ogłaszam z wielką radością płynącą wprost z mego serca, sytuacja ma się nieco inaczej. Pomimo bycia wiecznym dzieckiem, wyrosłam już z literatury czysto młodzieżowej, a jednak dzieła pani Echols sobie cenię, bo traktują o dojrzalszej grupie nastoletniej części ludzkości. Historie przez nią tworzone są odpowiednio przemyślane, opowiadają o ważnych dla nas emocjach, i chociaż gdzieniegdzie wkradnie się mały chochlik, i dosypie do danej sceny zbyt dużą ilość lepkiego lukru, jestem w stanie znieść tę dawkę i nadal rozkoszować się lekturą. Odlot miał być opowieścią o młodej dziewczynie, która może liczyć jedynie na siebie, która pragnie spełnić swoje marzenia. Z początku miałam dość mieszane uczucia, zarówno co do bohaterów, jak i samej historii, jednak szybko oswoiłam się z kolejnymi zdarzeniami, i rozpoczęłam uważne śledzenie dalszych poczynań głównej bohaterki, które to po dłuższej chwili wciągnęło mnie do reszty.

Cenię sobie ludzi z pasją, takich, którzy mają pomysł na siebie, którzy nie boją się zawalczyć o swoje własne przekonania. Taką osobą jest właśnie główna bohaterka Odlotu, której życie nie oszczędziło krzywd. Lea od najmłodszych lat zdana była jedynie na siebie, przez co jej siła walki o marzenia była potężna. Dziewczyna nie chciała żyć byle jak, tak jak jej matka, która prowadzając się z coraz to nowszymi mężczyznami, marnowała największy dar, jaki został nam ofiarowany - życie - na kolejne nic nie znaczące związki, prowadzące zwykle donikąd. Lea to pasjonatka latania oraz wszystkiego, co z nim związane. Polubiłam ją właśnie za ten upór w dążeniu do wyznaczonego sobie celu, jak i za pasję, która tkwiła w jej sercu, a która była starannie pielęgnowana, i okazała się być jedyną nadzieją na dostatnie życie. Lubię postacie kreowane przez Echols, są one wyraźnie zarysowane, pełne życia, realne. I chociaż Lea na początku okropnie działała na moje już wyświechtane nerwy, z każdą kolejną przeczytaną stroną żywiłam do niej coraz cieplejsze uczucia. Pozostałe postacie nikły gdzieś tam w jej mocno nakreślonym cieniu, lecz równie wzbudziły one moją, umiarkowaną, sympatię.

Lotniska, te duże i małe, to takie tajemnicze miejsca, które z pozoru są jedynie zwyczajnymi miejscami, w których rozpoczyna się i kończy transport, a w rzeczywistości są one świadkami wielkich emocji, które towarzyszą osobom witającym i żegnającym swych najbliższych. Bardzo spodobał mi się pomysł umiejscowienia kolejnych zdarzeń powieści właśnie w tak wyjątkowym miejscu. I chociaż lotnisko, o którym w książce mowa, nie jest szczególnie duże, i nie jest tym takim z pełnego zdarzenia, to na jego płycie działo się wiele, przewinęło się mnóstwo iskier miłości, przyjaźni i nienawiści. Nigdy nie pomyślałabym, że tego typu opowieść, opowieść, która zawiera w sobie wiele elementów romansu, da mi tak wiele do myślenia, skłoni do refleksji. A jednak. Echols w swojej książce prezentuje czytelnikowi trud życia w samotności, uczy, że czasami warto zaryzykować, i zaufać osobom, z którymi za żadne skarby nie chcielibyśmy mieć nic wspólnego. Lea przeszła szybki kurs dorastania, któremu winny był los, jakim obdarzyło ją życie. Zatrzymajmy się czasami na chwilę, i pomyślmy, jak to dobrze jest mieć obok siebie kogoś, komu można powiedzieć wszystko; kogoś, kto ceni nas za to, jacy jesteśmy, a nie za to, jacy moglibyśmy być.

Doskonale wiesz Czytelniku, jak bardzo jestem wrażliwa na wszelkie wątki romantyczne, które rozgrywają się w kolejnych czytanych przeze mnie powieściach. Nie lubię zbyt dużej ilości słodyczy, kiedy wszystko lepi się od cukru i lukru. I chociaż przyznaję, że Odlot nie serwuje wybitnego wątku romantycznego, gdyż jest on nieco zagmatwany (zagmatwanie jest cool, ale tylko do pewnych granic), to jednak byłam go w stanie zdzierżyć z pokerową miną wymalowaną na twarzy. Sytuacja, w którą została wmieszana Lea była co najmniej dziwna (dziwne też jest cool, ale również do pewnych granic), lecz to właśnie na niej opiera się fabuła całej powieści. Zdradzać Ci za wiele Czytelniku nie chcę, dlatego odkrycie tego, co zrodziło się pomiędzy główną bohaterką, a dwoma braćmi, z których to zarówno jeden jak i drugi potęgowali mą wybitną irytację, pozostawiam Tobie. Od Ciebie zależy, czy zechcesz wplątać się w tę skomplikowaną, ale bardzo uroczą historię.

Odlot nie jest książką mojego życia, i nigdy takową nie miał być, jest to jednak powieść, która stanowiła naprawdę dobrą rozrywkę, zarówno dla wyobraźni jak i umysłu. Książki Jennifer Echols wpisały się mocno w moje serce, dzięki niebanalnym, życiowym historiom, opartym na silnym uczuciu, jakim jest miłość, traktującym jednak również o innych, niezwykle istotnych dla młodych ludzi sprawach. Odlot trzyma wysoki poziom innych dzieł autorki, i pomimo paskudnie ujętego tytułu, i kiczowatej okładki, jest powieścią, z którą naprawdę warto się zapoznać, zwłaszcza teraz, kiedy dobra książka, wygodny leżak i szklanka schłodzonej pepsi są wyznacznikiem idealnych wakacji. Przynajmniej dla mnie.

Ocena: 7/10

4 komentarze:

kasjeusz pisze...

Te twoje pierwsze akapity wpisów są zawsze świetne, dobrze się je czyta. :) A bohaterkę tak opisałaś, aż chciałabym ją poznać, myślę, że Lea byłaby fajną przyjaciółką. :) Też lubię i staram się otaczać takimi ludźmi z pasją, nieważne czy podobną do mojej czy odległą (a latanie jest odległe od moich zainteresowań).

Le Sherry pisze...

Tak się jakoś dziwnie złożyło, że nie tak dawno temu, przeczytałam "Odlot". I co? I było okej. :) Co prawda bez szaleństwa, niemniej jednak, nie spodziewałam się cudów, a w zamian za to, książka odwdzięczyła się naprawdę uroczą - tak jak piszesz - historią i naprawdę interesującą główną bohaterką. Taką... ludzką. :) To było moje pierwsze spotkanie z panią Echols, ale na pewno nie ostatnie. :)
Pozdrawiam,
Sherry

Alice booksloovers pisze...

Niestety, ale ja z natury to nie czytam takich książek i ta pozycja też mnie niestety do siebie nie przekonała. Co nie zmienia faktu, że recenzja świetna.
Obserwuje, bi chyba tego jeszcze nie zrobiłam.

Izabela Sojka pisze...

Z Jennifer Echols nie miałam jeszcze do czynienia, ale o "Odlocie" co nieco słyszałam i wielokrotnie mijałam we wszelakich księgarniach. Cukru i lukru też nie lubię, a ostatnio przypadkowo się na coś takiego natknęłam, więc teraz uważam. W granicach normy jest to z kolei okay, a w połączeniu z przyjemną historią to idealna książka na wakacje. :)

Prześlij komentarz