10 sierpnia 2014

P.C. Cast + Kristin Cast - Ujawniona

Zauroczony pięknem tatuażu zdobiącego twarz przed chwilą miniętej dziewczyny, marzysz, by podzielić jej los, i również zostać kandydatem na pełnoprawnego wampira. Myślisz, że naznaczenie to kwintesencja przyjemności, niosąca za sobą same korzyści, chociażby wyzwolenie spod nadopiekuńczych rodzicielskich skrzydeł. Bycie adeptem, a później wampirem, nie jest zabawą, o której marzy każda młoda osoba. To ciągły strach, ciągła walka. O swoje wartości, przekonania. O samego siebie. Wszędobylskie zło może zagrozić nie tylko Tobie, lecz również Twym przyjaciołom. Czy rzeczywiście, marzysz o wstawaniu każdego wieczora z myślą, że być może nie dożyjesz ranka? Nie sądzę. 

Neferet wciąż stanowi wielkie zagrożenie dla Domu Nocy, bo choć ostatnią bitwę o władzę przegrała, wojna jeszcze się nie zakończyła. Pewne morderstwo wywołuje niepokój wśród mieszkańców Domu Nocy, zaś Zoey Redbird zmaga się z wewnętrznymi demonami, których matką jest starożytna magia. Wśród adeptów i wampirów nie dzieje się dobrze. A przecież najgorsze jeszcze nie nastało.

Kto nie słyszał o serii tworzonej przez P.C. i Kristin Cast musiał chować się przez dłuższy czas na pustyni, gdzieś w odległej przestrzeni, gdzie do uszu nie dochodzi żadna plotka, a rozrywką zarówno dla oczu, jak i wyobraźni, jest tępe wpatrywanie się w toczący się wolno kłębek sianka, który wziął się nie wiadomo skąd. Cykl traktujący o Domu Nocy, znajdującym się w Tulsie ośrodku kształcenia młodych wampirskich adeptów oraz jego mieszkańcach, znajduje się na liście must read prawdziwych wampirzych zapaleńców, w których to szeregach jeszcze do niedawna dumnie stałam. I nie, broń Boże, krwiopijcy wcale mi się nie znudzili; nie wyrzuciłam ich ze swego repertuaru. Jednak dzięki ogromnej fali wampirzych dzieł, która zalała rynek wydawniczy tuż po ogromnym sukcesie Zmierzchu Stephenie Meyer, czuję się spełniona w kategorii wampirycznej, przynajmniej na najbliższe pięć lat. Pamiętam ekscytację towarzyszącą kupnu pierwszej części Domu Nocy. Nie mogłam doczekać się, by zapoznać się z przygodą, która czekała pomiędzy nieziemsko pachnącymi kartkami wypełnionymi czarnym tuszem. Z wyjątkową niecierpliwością wyczekiwałam premiery każdego kolejnego tomu, i sytuacja ta ciągnie się aż po dziś dzień. Dlatego właśnie świadomość, iż Ujawniona jest przedostatnim tomem cyklu, tak bardzo boli. Świat Domu Nocy stał się szczególnie bliski memu sercu, przez co pożegnanie z bohaterami, których nazywam oddanymi przyjaciółmi, będzie niezwykle łzawe, i - cóż, znając mnie - pełne okrzyków złości. Ale na to jeszcze przyjdzie pora. Na razie cieszę się tym, co mam - piękną, czarno-różową okładką, która spowija kolejne, intrygujące tarapaty dobrze mi znanych postaci.

Ujawniona jest już jedenastym tomem cyklu, i choć bywały wzloty i upadki, z ręką na sercu, Czytelniku, przyrzekam Ci uroczyście, iż ani na chwilę nie zwątpiłam w wyjątkową pomysłowość autorek. Wielu czytelników narzeka, iż Dom Nocy już dawno zamienił się w wampirzy odpowiednik Mody na Sukces, a każda kolejna część jest gorsza od poprzedniej. Bzdura. I tak, Czytelniku, mam świadomość, że w tym momencie pomyślałeś sobie, iż bronię tę serię rękami i nogami, bo mam do niej wyjątkowy sentyment, i dlatego, że jestem zżyta z bohaterami, a poza tym... Nie. Nie zrobiłabym czegoś takiego, gdyż oszukiwałabym samą siebie, a tego bardzo nie lubię. Chcę żyć z sobą w zgodzie, a nie potrafiłabym, gdybym na każdym kroku wmawiała sobie, że Dom Nocy trzyma poziom, bo... no bo musi, cholera no, i wyjścia innego nie ma. Otóż nie. Jak już wcześniej udało mi się wspomnieć, miewałam z Domem Nocy lepsze i gorsze chwile. Bo coś tam mi się nie podobało. Bo faktycznie, chwilami Zo była okrutnie infantylna. Bo coś było naciągane, a ja nie lubię naciągania. Tak, zgodzę się. Dom Nocy serią idealną nie jest, jednak nigdy od autorek nie wymagałam perfekcyjności. Oczekiwałam jedynie godnego poprowadzenia dalszych losów bohaterów, które wcale nie musiało zgadzać się z moimi myślami, które jednak miało stanowić rzetelną historię, która jednocześnie potrafiłaby bawić, jak i smucić. I wiesz co, Czytelniku? Ujawniona doskonale pokazuje, iż autorki nie tylko nadal, po tylu latach tworzenia, mają głowy pełne pomysłów, lecz również udowadnia, iż opowieść tocząca się na kartach jedenastu powieści ma sens, i nie gubi drogi. I o to właśnie mi chodziło.

Przewracając pierwsze kartki Ujawnionej, wkraczamy w doskonale nam już znany świat wampirów, w którym dzieje się więcej złego niż dobrego. Autorki ponownie raczą czytelnika prostym, bardzo lekkim językiem, który bogaty jest w wulgaryzmy i kolokwializmy, nadające całej opowieści odpowiedniego wyrazu. Spotkałam się z opiniami, iż P.C. i Kristen powinny nieco złagodzić język, a także dążyć do jego wzbogacenia. Jestem temu absolutnie przeciwna, gdyż według mnie ich styl pisania doskonale pasuje do prowadzonej przez nie opowieści, a przede wszystkim, jest bardzo charakterystyczny, co zdecydowanie zaliczam do zalet. Można by rzec, że w Ujawnionej dzieje się wszystko, a zarazem nic. Splot zdarzeń został jednak głęboko przemyślany przez autorki, które wolnym krokiem prowadzą swych najwierniejszych (nie oszukujmy się, trzy czwarte czytelników rzuciło tę serię w cholerę przed szóstym tomem) odbiorców do finału przygód mieszkańców Domu Nocy. W Ujawnionej nie dzieje się wiele, jednak wszelkie sytuacje mają głębsze znaczenie. Autorki idą w dobrym kierunku, i wbrew wielu negatywnym komentarzom, nie ciągną tej historii, bo tak trzeba. Widać, że opisywanie coraz to nowszych przygód Zo i spółki stanowi dla nich świetną zabawę - zabawę, którą dzielą się ze swymi czytelnikami. Zabawę, którą tak ukochałam.

Postać Neferet zawsze była wyraźnie nakreślona, stanowiła jedną z najważniejszych bohaterek całego cyklu. Na początku tak wspaniałomyślna, dobroduszna i kochająca, potem okrutna, zimna i bezwzględna. Kapłanka z Domu Nocy w Tulsie zmieniła się w istne wcielenie zła, bo tak jak sławnym osobom woda sodowa uderza do głowy, tak Neferet do jej spowitej grubymi, ciemnymi puklami czaszki uderzyła oszałamiająca żądza władzy. Chociaż bohaterka ta przeszła na łamach kolejnych części ogromną przemianę, wciąż darzę ją wielkim uczuciem. Dlatego też z zachwytem przyjęłam fakt, iż w Ujawnionej P.C. i Kristin skupiły się na przedstawieniu czytelnikowi historii mrocznej kapłanki, opowiedziały historię jej losu od naznaczenia aż po dziś dzień. Zabieg ten nie tylko wzbogacił fabułę powieści, lecz również wprowadził nutę świeżości, pozwolił na chwilę uciec od katastrof dziejących się w Domu Nocy, i rzucił zupełnie inne światło na postać Neferet. Neferet, która zawsze mnie intrygowała, której przeszłość była wielką zagadką. Dzięki autorkom dane mi było zrozumieć, że jej zdolności aktorskie zdecydowanie przerosły talent do nauczania.

Gwoździem programu w każdej kolejnej części Domu Nocy jest Zoey Redbird, przez przyjaciół zwana Zo, oraz jej legendarne już problemy miłosne, skupiające się na poligamii. Ujawniona również sponsorowana jest przez miłostki głównej bohaterki, także Czytelniku, głowa do góry, nic w tej kwestii się nie zmieniło. Wiele osób odrzuciło od siebie serię Domu Nocy właśnie z powodu niezdecydowania Zo w sprawach sercowych. Jej ciągłe marudzenie, rozważanie i ocenianie kolejnych typów, wielu działa na nerwy, dla mnie jednak stanowi przednią rozrywkę. Jest to jeden z powodów, dla którego pokochałam ten cykl, i nie mówię tego z przekorą, bo lubię różnić się od innych. Przez te wszystkie sercowe problemy postać Zoey nie tylko wyróżnia się na tle wszystkich bohaterek paranormali, które z pozoru są słabe i nic nie znaczą, a potem nagłym trafem tylko one są zdolne uratować ludzkość (a przy okazji, zawsze zdobywają najbardziej wylukrowanego i wyidealizowanego faceta, jakiego gwiazdy na niebie tylko widziały); nabiera także na realności. Powiesz teraz, Czytelniku: ha, dobre sobie, przecież żadna laska nie lata w jednym czasie za trzema facetami. Ja na to odpowiem: ha, zdziwiłbyś się! I nie, nie posługuję się w tym momencie autopsją :). Zo i jej faceci to doskonała odskocznia od wampirskich problemów, których jest tak dużo w tym cyklu. Dajmy dziewczynie spokój, nie tylko dobro Domu Nocy musi jej leżeć na sercu! Jeśli jesteśmy już przy bohaterach, z ogromną chęcią pozachwycam się nad moją ulubioną postacią Domu Nocy ever: Afrodytą. Pyskata, umiejąca postawić na swoim, złośliwa, irytująca, lecz niesamowicie inteligentna wieszczka, która kiedyś była wampirską adeptką. Każde zdanie, które wypowie, z wielkim namaszczeniem spijam z jej ust; jej ironiczne powiedzenia sprawiają, że uśmiech kwitnie na mej twarzy. Nie tak dawno temu, w rozmowie z moim przyjacielem stwierdziłam, że gdybym miała być jakąś postacią literacką, byłabym właśnie nią. Podobieństwo jest ogromne, wręcz przerażające. Tylko teraz już nie wiem, czy powinnam się z tego cieszyć, czy nie. Chyba jednak pozostanę przy pierwszej opcji.

Jako że było to moje przedostatnie spotkanie z mymi najdroższymi przyjaciółmi, powoli zacznę już zaopatrywać się w ogromne pudła chusteczek higienicznych, bo nasze rozstanie pod żadnym pozorem nie będzie łatwe. Ani przyjemne. Spędziłam z tym cyklem wiele lat, wiele pięknych lat, które głęboko zapisały się w mym sercu. Radość, która towarzyszyła mi przy czytaniu każdej kolejnej części jest nieporównywalna do niczego innego (no, chyba że do przytulania Jamie'go Campbell Bowera, ale tego jeszcze nie czyniłam, więc porównywać mi nie wolno), zaś kierujące mną sprzeczne emocje radości i smutku zszarpały me nerwy i wyobraźnię, na sposób wyjątkowo przyjemny. Ujawniona jest doskonałą kontynuacją wcześniejszych dzięsięciu tomów, a moje jedenaste wkroczenie w świat mieszkańców Domu Nocy było niezwykle udane. Jestem dumna, iż dane mi było zapoznać się z cyklem autorstwa P.C. i Kristin Cast, i nie sądzę, bym kiedykolwiek wyrzuciła Zo i spółkę z pamięci. I z serca. Ale na mowę pożegnalną jeszcze przyjdzie pora, przy okazji finalnego tomu. Na razie cieszę się wybornym smakiem niedawno zakończonej lektury.

Ocena: 10/10

5 komentarze:

Wiktoria M pisze...

Zaprzestałam czytania tego cyklu na "Przeznaczonej", choć może powrócę do Domu Nocy i w końcu dowiem się co dalej :)

VoyJoy pisze...

Okładka strasznie, ale to strasznie! Mi się nie podoba, dodatkowo... och znowu wampiry? Przejadły mi się, są okropne, są już tak sztampowe... Mi seria się nie spodobała, nie mój klimat, zupełnie, ale oczywiście, każdy ma własny gust :))

http://dzikie-anioly.blogspot.com/

Anne18 pisze...

Jak na razie zatrzymałam się na tomie nr 6 . Muszę mieć odpowiedni nastrój na tę serię.

Mania Withoutsurname pisze...

Kurzczę, naj, najlepszy blog o książkach!!! Ja swojego założyłam wczoraj i miłoby mi było jakbym dowiedziała się co o nim sądzisz :)
http://bookmaniabymania.blogspot.com/
Pozdrawiam serdecznie!

Adriana B pisze...

Ta seria nigdy mnie nie zainteresowała, ze względu na ilość tomów, zawsze mnie to zniechęcało, co innego jak czyta się je w momencie wydania, lecz skoro 11 tom jest tak dobry, to grzech by było nie zapoznać się z tą serią

Prześlij komentarz