05 września 2014

Friends - czyli morze słonych łez, bo to już koniec.

Dosłownie przed chwilą zakończyłam swoją przygodę z Friendsami - serialem, który towarzyszył mi przez ostatnie miesiące, serialem, który stał się moją obsesją, a jego bohaterowie, tytułowymi Przyjaciółmi. Łzy skrzą się w mych oczach (podstępne gnidy, czają się, by opuścić me kanaliki łzowe, tak jak uczyniło to morze ich poprzedników), oddech mój przyspieszył, a ręce drżą z emocji. Nie mogę uwierzyć, że to już koniec. Najprawdziwszy koniec. Ale może zacznijmy od początku.

Nigdy nie oglądałam nałogowo żadnego serialu. W końcu kiedyś się to musiało zmienić. I owszem, stało się nieuniknione, gdzieś z początkiem czerwca bieżącego roku. Poczułam wielką chęć zajęcia swych myśli lekkim, odprężającym obrazem. O Przyjaciołach, czy raczej Friendsach, jak ja ich wolę nazywać, wiedziałam od zawsze. Bo oni byli, są i będą wszędzie, toż to prawdziwy klasyk. Pamiętam, że kilka poszczególnych odcinków widziałam na dodatkowych zajęciach z angielskiego, parę ładnych lat temu, kiedy to wzdychałam wewnętrznie, oglądając kolejne prezentowane mi, nudne (!) seriale w oryginale, mające potencjalnie pomóc przyswoić mi obcy język. Nie przykuli oni wtedy mej uwagi, a jakże, jednak zaczaili się oni w mrocznych zakamarkach mojego umysłu. W czerwcu tego roku ów zakamarek miał dać o sobie znać, a co za tym idzie, odpaliłam pierwszy odcinek sławnego serialu. I, prawdę powiedziawszy, nie byłam zachwycona, po raz kolejny. Nie podłapałam humoru, nie zrozumiałam fenomenu. Stwierdziłam jednak, że warto jest obejrzeć jeszcze choć kilka kolejnych epizodów, gdyż nie od dziś wiadomo, że początki bywają trudne. I tym razem intuicja mnie nie zawiodła. Przy czwartym lub piątym odcinku wpadłam po uszy, i rozpoczęłam całodobowe wlepianie mych szaro-zielonych ślepi w ekran MacBooka. Zaczęły się nocne maratony, emocjonalne przeżywanie kolejnych przygód mych nowych Przyjaciół. Po raz pierwszy w życiu poczułam mocną więź z wyimaginowanymi postaciami, które nie wkroczyły do mojego umysłu poprzez zadrukowane karty. 

Friendsi stali się swoistego rodzaju ostoją, za którą będę niesamowicie tęsknić. W gorszych chwilach lubiłam włączyć kolejny odcinek, pozwalając szóstce przyjaciół poprawić mi humor. Każdy kolejny epizod wywoływał ciepło w mym sercu. Razem z Monicą, Chandlerem, Joey'em, Ross'em, Rachel i Phoebe (w końcu dowiedziałam się, jak poprawnie czyta się to imię, ha!) płakałam i śmiałam się. Na kilka tygodni pozwoliłam im wtargnąć do swego życia, w którym to nieźle nabroili. Siedząc z laptopem na kolanach, uśmiechałam się jak głupia do ekranu, a cała moje rodzina jedynie kręciła głowami nad mymi poczynaniami. Friendsi stali się rutyną, bez której dzień by się nie odbył, którą pragnęłam ciągnąć w nieskończoność. Niestety, nie było mi to dane, gdyż koniec przyjść musiał, prędzej czy później. Uśmiecham się teraz przez łzy, wspominając tyle pięknych chwil, które przeżyłam podczas zapoznawania się z kolejnymi odcinkami. Nigdy nie wierzyłam w magię szklanego ekranu, nigdy nie pozwalałam zauroczyć się historii przeniesionej na taśmę filmową, nie zaś na papier. Friendsi zmienili diametralnie moje nastawienie, i chociaż nadal pozostaję wierna mym pachnącym drukarnią dzieciom, jednocześnie otwieram się na nowe możliwości, które niesie za sobą sztuka filmowa tudzież serialowa. Od dzisiaj nie będę ze wzgardą spoglądała na dzieło odgrywane. Obiecuję to sobie. 

Przyjaciele, którzy swoją premierę mieli dwadzieścia lat temu, to jeden z najpopularniejszych seriali świata, serial pełen ciepła i miłości, traktujący o najważniejszych życiowych wartościach. Grzechem jest nic o nim nie wiedzieć lub co gorsza, nie słyszeć o nim wcale. Ta druga sytuacja raczej w grę nie wchodzi, bo jak już wcześniej wspomniałam, Friendsi to swoistego rodzaju klasyk, dzięki któremu możemy zaobserwować zmiany w modzie i kulturze na przestrzeni lat. W obecnym momencie uważam, iż każda szanująca się osoba, która dba o swoje kulturalne wykształcenie, ma obowiązek zaznajomić się z chociaż kilkoma odcinkami tego serialu, by przekonać się, z czym to się je. Owszem, humor Friendsów nie każdemu przypadnie do gustu, warto jednak chociaż spróbować zobaczyć, czym wszyscy dokoła się zachwycają. Ja byłam ciekawa. I uległam. A teraz cierpię okrutnie, gdyż cząstka mej duszy została wyrwana, zmięta, i wyrzucona w odległą przestrzeń. Smutno jest mieć kaca serialowego. Nigdy czegoś takiego nie doświadczyłam. Rozważam teraz, co jest gorsze - kac książkowy czy serialowy. Chyba nie da się wybrać jednego. Obydwa to kompletne dno, muł i wodorosty. Cóż poradzić. Siedzę pod kocem, zaraz zaleję sobie laptopa herbatą (z cytryną!), i dłonią ocieram kolejne płynące łzy. Dziwnym człowiekiem jestem, nawet światła nie zapaliłam. Cholera z tym. Skończyłam Friendsów, teraz już nic nie ma sensu. Ech.

Chociaż przez większość czasu było bajecznie i kolorowo, a ja cieszyłam się, bo dzięki Przyjaciołom w końcu doceniłam aktorską grę Jennifer Aniston, której to wcześniej nie mogłam zdzierżyć, to jednak momenty grozy się pojawiły, zwłaszcza w okolicach siódmego, a zwłaszcza ósmego sezonu, kiedy to męczyłam każdy kolejny odcinek, brnęłam jak przez ruchome piaski, i marzyłam o skończeniu całego serialu. Nie będę spojlerować, bo osobiście tego nienawidzę, więc powód mych frustracji pozostanie Ci, Czytelniku, nieznany. Powiem jednak tyle, że pierwszych pięć sezonów tchnęło świeżością, nowatorstwem; każdy zaś kolejny zaczynał być uciążliwy i przytłaczający, w pewnym momencie scenarzyści kompletnie przekombinowali parę spraw. Na szczęście dziesiąty, ostatni już sezon, uzyskał formę pierwszej połowy odcinków, więc z satysfakcją mogłam rozkoszować się powolną wędrówką ku końcowi. Końcowi, który co prawda nie do końca mi się spodobał, który jednak był uroczy i zdatny do przełknięcia. Jeśli chodzi o bohaterów, którzy są największym atutem serialu, moim zdecydowanym faworytem był Joey - włoskiego pochodzenia pseudo aktor, który ma więcej charyzmy niż rozumu. Zakochałam się w jego ptasim móżdżku, bynajmniej nie dlatego, iż właśnie tego typu facetów preferuję, lecz dlatego, że to właśnie dzięki niemu śmiałam się najgłośniej. On, zakochana w modzie Rachel, obsesyjnie perfekcyjna Monica, nieogarnięty, lecz bardzo czuły Ross, dziwaczna, wciąż roześmiana Phoebe, i największy żartowniś świata, Chandler - to właśnie oni zawojowali moje serce, i to oni pozostaną w nim na długi czas. Nie wiedziałam, że jestem w stanie aż tak zżyć się z serialowymi postaciami. A jednak. Friendsi to mój dowód na to, że never say never.

Okrutnie beznadziejnie będzie wziąć do rąk laptopa ze świadomością, że w jego czeluściach już nie znajdę kolejnych odcinków do obejrzenia, że wszystko, co miało się wydarzyć, już się wydarzyło. Ciężko będzie przełamać rutynę, nie wiem czy poradzę sobie z pozbyciem się mojej mantry ostatnich miesięcy: żegnam świecie, idę na Friendsów. Pewną przygodę mam już za sobą, i chociaż teraz ze smutkiem żegnam się z Przyjaciółmi, nie mówię im żegnajcie, mówię do widzenia. Bo Friendsi to tego typu wielkie dzieło, do którego wracać będę wciąż i wciąż, całe swoje życie, którym będę chciała podzielić się ze wszystkimi ważnymi dla mnie osobami. Właśnie dlatego Czytelniku postanowiłam napisać tę opowieść o serialu, który coś we mnie zmienił. Chciałabym, byś i Ty skorzystał z możliwości przeżycia wielu pięknych chwil wraz z szóstką zwariowanych nowojorczyków. Mam nadzieję, że będziesz bawił się równie dobrze, jak ja. Szczerze w to wierzę.

9 komentarze:

Agniecha pisze...

Nie wierzę, że w dzisiejszych czasach są jeszcze ludzie, którzy nie widzieli Przyjaciół. Nie wierzę, że Ty ich nie widziałaś całe życie...
Jak dla mnie ten serial jest wyjątkowy, bo to nie tylko historia przyjaźni, ale przede wszystkim wielkiej miłości Rossa i Rachel. Faktycznie ciężko jest od razu zaskoczyć w klimat, ale prawda jest taka, że człowiek bez dwóch zdań jest w stanie zakochać się w bohaterach już po kilku epizodach. Ja kocham serial od zawsze- od kiedy tylko sięgam pamięcią. Za każdym razem oglądam jak leci w TV. Uwielbiam ten humor, uwielbiam wzruszenia, uwielbiam bohaterów. Jestem wręcz zachwycona jak niektóre sceny przeszły do kanonu. Jak dla mnie jest to twór przecudowny! Aż szok mnie ogarnia, że to było tak dawno temu.
Jestem taka stara...

Pozdrawiam :*

Martha Oakiss pisze...

Pamiętam, że kiedyś oglądałam ich nałogowo. A całkiem niedawno puszczali gdzieś w telewizji powtórki, więc stwierdziłam, że chętnie sobie tę przygodę powtórzę. Jak się okazało - Przyjaciele już do mnie nie przemawiali. Nie wiem, czemu. Już jakoś nie mogłam się wciągnąć w ich życie i niektóre dowcipy zdawały mi się wręcz żałosne. Sama nie wiem. Ale, na Bór liściasty, kiedyś oglądałam też 13 posterunek :P

Anonimowy pisze...

Ja też szukałam jakiegoś lekkiego serialu i rozważałam m.in właśnie "Przyjaciół", ale ostatecznie najpierw obejrzałam "Jak poznałem waszą matkę" i wpadłam niemal od razu, więc na ten drugi nie miałam czasu. Ale jak zawsze ufam twojej opinii i kiedy skończę HIMYM, zabiorę się za Friendsów :D A tobie naprawdę polecam "Jak poznałem waszą matkę", jeśli jeszcze nie oglądałaś :)

-A

Weronika Z. pisze...

Bardzo mnie zaciekawiłaś. Jak znajdę wolną chwilkę, to przyjrzę się temu serialowi bliżej i możliwe, iż wpadnę w wir ich przygód :)

Izabela Sojka pisze...

Ach, "Przyjaciele" to coś więcej niż serial... Zaczęłam oglądać, gdy byłam dość mała, były to czasy gdy całość leciała w kółko na TVN i TVN7. Powtórki non stop, więc i ja przed telewizorem. Całość widziałam niezliczoną ilość razy, a dzisiaj mogę się pochwalić wszystkim dziesięcioma sezonami na DVD. Mam wielką ochotę na powtórkę, czasu jednak mało, odstawiam to na kolejne wakacje. :)
+ Joey to najlepszy aktor na świcie, uwielbiam go. ♥

Nala pisze...

Świetna recenzja *.* Taka emocjonalna i sympatyczna, ale mi się ją przyjemnie czytało <3 Widziałam kilka odcinków Friendsów, ale planuję bliżej zapoznać się z serialem. Kiedyś.

Pozdrawiam :)

cyrysia pisze...

Kiedyś chętnie oglądałam ten serial, ale już mi przeszło. Mimo to rozumiem twój zachwyt, bo ja też przez długi czas byłam pod jego wielkim urokiem.

domino2oo5 pisze...

Ja jestem w 6 sezonie i też nie chcę końca! :(

Marta Kowalik pisze...

Oglądałam każdy odcinek milion razy i wciąż mnie bawi :) Kocham ten serial <3

Prześlij komentarz