21 września 2014

Michael Tonello - W pogoni za torebką

W rytmie muzyki płynącej wprost ze słuchawek do Twych uszu, uderzasz stopą o podłogę metra. Nerwowo spoglądasz na zegarek, i cichym westchnieniem kwitujesz późną porę. Spieszysz się do pracy, a przecież jeszcze spory kawałek drogi przed Tobą. Z rezygnacją gwałtownie opadasz na pobliskie krzesło, i stawiasz sobie na kolanach swój powód do dumy - przepiękną, elegancką torebkę, która spotkała się już z tysiącem zawistnych spojrzeń kobiet mijanych na ulicy. Ciężko pracujesz, by zarobić na swoje zachcianki. Ale jest warto. A wzburzona fala komplementów płynących pod adresem Twej niesamowitej, niezwykle kosztownej zdobyczy Ci to wynagradza. Uśmiechasz się pod nosem. Do materialistki Ci daleko, ale... Właśnie. Zawsze jest jakieś ale.

Czy wiesz, czym jest Birkinka? Nie? Michael, były makijażysta, też kiedyś nie miał zielonego pojęcia, czym jest coś, o czym wszyscy dookoła mówią. A potem poszperał trochę, zdobył wszelkie potrzebne informacje, i to coś, co okazało się być luksusową torebką, otworzyło mu drzwi do własnego, niezwykle oryginalnego biznesu! Zdobyć Birkinkę nie jest łatwo, graniczy to niemalże z cudem. Jednak Michael obmyślił chytry plan, i rozpoczął walkę o kolejne cudeńka, które potem zaczął sprzedawać zamożnym klientkom na aukcjach internetowych. Cóż, żadna praca nie hańbi, nieprawdaż?

Torebki to taka moja mała obsesja, do której rzadko kiedy się przyznaję, bo chociaż nie mam jakiegoś niewypowiedzianego fioła na ich punkcie, to cenię sobie jednak dzierżenie w ręce porządnej, eleganckiej torby, do której mogę wrzucić cały swój dobytek (w składzie: telefon, ładowarka, laptop, ładowarka, pierdyliard bibelotów typu szminki i zapomniane patyczki od lizaków, portfel, dużo jedzenia i książka). W torebce noszę wszystko, co jest mi niezbędne do życia, a że w ciągłym biegu jestem zawsze, musi być ona poręczna. I chociaż jako estetka niesamowicie kocham piękne torby, nigdy nie czułam silnej potrzeby posiadania takowej od jakiegoś wielkiego projektanta. Jasne, fajnie byłoby nosić przy sobie coś pięknego i drogiego, jednak w obecnym momencie satysfakcjonują mnie moje łupy z ogólnodostępnych sieciówek. Bo chociaż rzadko zdarza się dopaść w nich naprawdę niesamowite cudo (mam po prostu wybredne gusta, okej?), to jednak się to zdarza, a przynajmniej mi. Rzeczy droższe nie zawsze muszą oznaczać te lepsze. Dlatego tak bardzo nie rozumiem wydawania wszelkich swoich oszczędności na dany model luksusowej torebki (wiecie, ile książek można kupić zamiast takiej, no, Chanelki? Dużo). Wchodzimy tutaj na bardzo niebezpieczne tory, gdyż zaraz rozpocznie się dyskusja na temat faktu, iż jesli kogoś stać, to niech sobie kupuje. No pewnie, przecież nie bronię. Raczej chodzi mi tutaj o tę niezdrową ambicję posiadania drożyzny materialnej kosztem własnego zdrowia i wysiłku, jedynie po to, by komuś zaimponować, by poczuć się lepiej, bo my mamy, a ktoś nie. Ale to również jest temat rzeka, więc może, Czytelniku, dokończymy tę kwestię innym razem.

W pogoni za torebką to historia pewnego młodego mężczyzny, mężczyzny niezwykle obytego w świecie, który wpadł na genialny pomysł otwarcia własnego biznesu polegającego na kupowaniu drogich, niedostępnych dla zwykłych śmiertelników torebek, a następnie ich sprzedawaniu spragnionym luksusów klientkom. Pamiętam, że parę miesięcy temu, w czeluści internetu, ujrzałam gdzieś okładkę tej powieści, i od razu skojarzyła mi się ona, jakże nietrafnie, z jedną z moich ulubionych historii - Diabeł ubiera się u Prady. Temat mody jest ostatnimi czasy w książkach (jak zresztą wszędzie) dość często poruszany, jednak w większości przypadków opowieści tego typu kończą się klęską. Nie inaczej stało się z dziełem Michael'a Tonello, które to na samym początku zapowiadało się naprawdę fascynująco. Chociaż sama historia nie była zła, to jednak sposób, w którym ją opowiedziano, pozostawiał wiele do życzenia, i spotkał się z moim aż nazbyt częstym aktem ziewania. Spodziewałam się niesamowitych przygód, oczekiwałam pikantnych szczegółów z tajemniczego świata mody. A otrzymałam jedynie, no cóż, szarą i nudną, niczym nurt Słomki (to taka urocza rzeczka przepływająca przez Rabkę-Zdrój) w zimie, opowieść o facecie, który się wycwanił, i niewielki okres swego cennego żywota poświęcił jedynie kupowaniu drogich torebek. Szaleństwo, no nie?

Jako że w Rabce-Zdrój zazwyczaj mało się dzieje, a ja co roku spędzam tam około sześciu tygodni wakacji, postanowiłam tym razem odkryć w tej mojej ukochanej mieścinie coś fascynującego, coś, z czym do tej pory nie miałam tam do czynienia. Jak postanowiłam, tak też uczyniłam. Nadstawiłam uszu, pogrzebałam trochę w internecie, i odnalazłam niezwykle rozkoszne miejsce, zwane Między Słowami, które to jest księgarnio-kawiarnią, czyli wszystkim tym, co kocham najbardziej. Cisza i spokój budują ciekawy nastrój, zaś przepyszna gorąca czekolada koi wszelkie smutki. Będąc tam po raz pierwszy, upolowałam po dość okazyjnej cenie właśnie W pogoni za torebką. Szybko zabrałam się za jej lekturę, i równie szybko przekonałam się, że trzymana przeze mnie w dłoniach książka nie jest tym, czego oczekiwałam. Napisana prostym, banalnym wręcz językiem historia mężczyzny, który ze Stanów Zjednoczonych przeprowadza się do Hiszpanii, a dokładniej, do pełnej bogactwa estetycznego Barcelony; historia która nie urzeka, a jedynie pozwala zrozumieć fenomen niezwykle cennej Birkinki. Michael, bo tak zwie się główny bohater, jest gejem, i po przeprowadzce wije swoje gniazdko z ledwo poznanym młodym mężczyzną. Nie zdąży on na dobre w nim osiąść, gdyż podróże mające na celu zdobycie kolejnych torebek staną się dużo ważniejsze niż swoboda ducha. Autor w swej powieści (mówiłam już, że jest to swoistego rodzaju, hmmm... autobiografia?) w klarowny sposób przedstawia czytelnikowi wartość produktów firmy Hermes, z niezwykłą cierpliwością tłumaczy, że najważniejszy model to ten z krokodylej skóry, i że liczy się jedynie Birkinka, bo chociaż Kelly też jest w porządku, to jednak Birkinka rządzi światem! Tak, brzmi to jak obsesyjna litania modowego fanatyka. I tym po części właśnie jest W pogoni za torebką - litanią człowieka, który nie zna się na modzie, który jednak tworzy modowy biznes, by innym żyło się prościej. I lepiej.

Z początku z wielkim zafascynowaniem śledziłam kolejne postępy Michaela, całe to jego kombinowanie, jak by tu zdobyć upragniony model torebki, i za jaką kwotę opchnąć ją na ebayu. Po krótkiej chwili jego kolejne podróże stały się już nudną monotonią, każda kolejna wyglądała podobnie, i nie ważne, czy zakończyła się ona sukcesem czy klęską, była po prostu nową drogą przez mękę. Michael jechał do jakiegoś państwa, lokował się w niezwykle burżuazyjnym hotelu, następnego dnia zaś szedł do Hermesa licytować się o kolejne potencjalne zdobycze. Ziewałam i ziewałam, lecz twardo parłam do przodu, bo wierzyłam, że cała ta historia zakończy się wartościową puentą, którą koniecznie chciałam poznać. Cóż, jeśli za puentę można uznać fakt, iż każdy biznes, prędzej czy później, wykończy człowieka, to mogę czuć się usatysfakcjonowana. Autor na siłę próbował wepchnąć gdzieś tam, pomiędzy kolejne wojaże, chorobę matki czy delikatne kłopoty w związku, by urozmaicić swe, jakby nie było, wątpliwej jakości ekscytujące losy, lecz niestety, nie wyszło mu to na dobre, bo, brzmiało to, cóż, tanio. Coś jednak musiało mi się w tej powieści spodobać, i było to, co prawda skąpe, ale ciekawe przedstawienie hierarchii ludzkości, według której sprzedawcy Hermesa decydowali się, czy informować potencjalnych klientów o istnieniu jakiegoś egzemplarza którejś z torebek w magazynie, czy też nie. Przeżyłam szok dowiadując się, iż torebki te nie są sprzedawane każdemu, że nie wystarczy odpowiednia ilość pieniędzy, by móc wejść w ich posiadanie. Jest to niesłychane i dość oburzające, przynajmniej jak dla mnie. Ale cóż, takimi prawami rządzi się marketing Hermesa, i tego nikt już chyba nie zmieni. Co do zalet powieści, pomimo wszechogarniającej nudy, zdarzały się intrygujące momenty. Prócz tego, spodobały mi się notatki Michaela dotyczące typów sprzedawców w sklepach Hermes. Z pozytywów, to by było na tyle.

Postać głównego bohatera absolutnie mnie od siebie odrzuciła już na samym początku, i zrobiła to na wieki wieków amen. Chociaż sylwetka Michaela została dobrze nakreślona, on sam irytował mnie niezmiernie, i stanowił kolejny powód, dla którego miałam ochotę wrzucić W pogoni za torebką (swoją drogą, idiotyczny tytuł) do płonącego w ogrodzie ogniska. Jeśli mam być szczera, nie żałuję poświęconego tej książce czasu, jednak nie ukrywam rozczarowania, które spłynęło na mnie w trakcie jej lektury. Jak już wspomniałam, oczekiwałam wartościowej opowieści wprost ze świata modowego show-biznesu. A otrzymałam zaledwie lichą historyjkę o intrygującym sposobie zarabiania pieniędzy. Cóż, można i tak. Ale, Czytelniku, jeżeli wciąż rozważasz przeczytanie tej oto powieści, z czystego serca doradzę Ci, byś odszukał w czeluściach księgarni coś o wiele bardziej satysfakcjonującego. Bo chociaż W pogoni za torebką złem całkowitym nie jest, to jednak warto jest pokusić się o inną pozycję. Tak tylko radzę, z dobrego serca.

Ocena: 4/10

2 komentarze:

cyrysia pisze...

Patrząc na okładkę tej książki również jakoś skojarzyłam z pozycją '' Diabeł ubiera się u Prady''. W sumie sama fabuła brzmi nawet nieźle, ale skoro postać głównego bohatera tak strasznie irytuje, to ja jednak dam sobie spokój z tą książką.

Nala pisze...

Cóż, jak widać książka nie zachwyca, a że tematyka mody i tak niezbyt mnie interesuje, to daruję sobie przeczytanie tejże pozycji.
Pozdrawiam!

Prześlij komentarz