02 października 2014

Kiera Cass - Rywalki

Otrzepujesz niewidoczny pyłek z fałd swej niezwykłej, misternie zdobionej sukni w kolorze bezchmurnego nieba. Delikatnie przygryzasz wargę, a w Twej głowie kłębią się tysiące myśli. Próbujesz rozwikłać zaciętą walkę, którą toczy Twój rozum wraz z sercem. Znalazłaś się w niekomfortowej sytuacji, robisz coś wbrew sobie, jednak robisz to dla swych najbliższych, dla których poświęciłabyś życie. Unosisz wzrok i widzisz przed sobą tłum osób, który śledzi każdy Twój najmniejszy ruch. Nie dajesz po sobie poznać, jak bardzo się denerwujesz, uśmiechasz się słabo, i starasz się odegnać od siebie najczarniejsze myśli. Nagle stałaś się marionetką swojej ojczyzny, marionetką, która nie powinna dbać o uczucia innych, lecz walecznie walczyć o wspaniałą przyszłość, której wizja spędza sen z powiek Twej rodzinie. Nie robisz tego dla siebie, robisz to dla nich. Twa miłość nie zna granic, jest wszechogarniająca. Ale kiedyś może Cię zgubić.

America jest Piątką, dziewczyną żyjącą skromnie, która na utrzymanie siebie i swojej rodziny zarabia śpiewając. Pewnego dnia do jej domu przychodzi list, informujący o rozpoczynających się Eliminacjach. Trzydzieści pięć kandydatek z całego królestwa zostanie zaproszone do pałacu, a jedna z dziewcząt zostanie w przyszłości małżonką obecnego księcia. Ami nie chciała brać udziału w całym tym przedstawieniu, jednak za sprawą dość ciężkiej sytuacji materialnej rodziny oraz namowom ukochanego, dziewczyna zgodziła się wysłać zgłoszenie. Nie spodziewała się odpowiedzi. A jednak. Ku jej trwodze, America została zaproszona na książęce włości. 

Mój estetyczny zmysł wzdychał i prychał nad wszędobylską morsko-niebieską (istnieje w ogóle taki kolor?) okładką, gdyż z jednej strony zachwyca ona dopracowaniem każdego najmniejszego szczegółu, z drugiej zaś strony jest nieco kiczowata. Od okładki zacząć musiałam, bo podążając za swym paskudnym zwyczajem, na ciepłe jeszcze, jesienne wieczory wybrałam na lekturę Rywalki, głównie właśnie z powodu ich fenomenalnej oprawy graficznej. Szum, który zrobił się po premierze tej pozycji nieco mnie odstraszał, bo jak już doskonale wiesz, mój Czytelniku, brzydzę się lekturą, po którą sięgają masy. Rezolutnie jednak stwierdziłam, że nadeszła najwyższa pora, by w końcu z dziełem Kiery Cass się zapoznać, i jak powiedziałam, tak też uczyniłam. Rozszarpując kopertę, w której książka do mnie przyszła, dostrzegając pierwsze skrawki uwielbionej przeze mnie okładki, mimo woli się uśmiechnęłam. Stwierdzony wcześniej delikatny kicz przestał mi przeszkadzać, bo wertując kolejne strony, w międzyczasie wdychałam ich niesamowity zapach, i już wiedziałam, że trzymana przeze mnie w dłoniach powieść, choć w małym stopniu mnie zachwyci.

Okej, jeśli już po raz n-ty pozachwycaliśmy się nad moją miłością do oceniania książek po okładce, czego wstydzę się niezmiernie, czego jednak z siebie nie wyplenię (nie da się), to myślę, że mogę Ci Czytelniku zacząć opowiadać o Rywalkach. Usiądź wygodnie, siorbnij trochę kawy, herbaty, kakałka czy jakiegoś innego trunku, który akurat masz pod ręką. I słuchaj czytaj. Dzieło Kiery Cass jest swoistego rodzaju sinusoidą. Co paręnaście kolejnych stron akcja nabiera lub zwalnia tempa. Zaczyna robić się ciekawiej, emocje sięgają zenitu, a już chwilę później, delikatnie rzecz ujmując, wieje nudą. W jednym momencie uwielbiam główną bohaterkę, w drugim zaś... Chwila, nie. To akurat się nie zmienia. Ale. Przyznam szczerze, że zachwycona jestem bajkowym pomysłem autorki na wykreowanie fabuły. Zamek, dziewczęta w sukienkach, przyjęcia, przystojny książę - która dziewczynka, starsza czy młodsza, tego nie lubi? Ja lubię, a co więcej, uwielbiam tego typu wyjątkowe historie, które przenoszą mnie w uroczy, zaczarowany świat. Ale w Rywalkach nie jest tak milusio jak w bajce o Roszpunce czy klasycznie, o Kopciuszku. Bo chociaż tamte dziewczęta miały niezwykle ciężkie życie, to jednak America ma cięższe. Główna bohaterka robi wszystko, by jej rodzinie żyło się jak najlepiej. Postanawia nawet poświęcić bliskim swoją wolność i zdolność kochania. Bo pomimo faktu, iż Ami wątpiła w swoje (nie)szczęście dotyczące brania udziału w Eliminacjach, to jednak zawsze musiała liczyć się z ewentualną możliwością wylądowania w książęcej komnacie. Zabrzmiało trochę dziwnie, no nie?

Nasłuchałam się wielu opinii, iż Rywalki to powieść magiczna i fenomenalna. I dobrze, zgodzę się, że ma w sobie tę ikrę, że ma w sobie to coś, czego szukam w książkach, jednak olbrzymich fajerwerków nie było. Jak już wspomniałam, sam pomysł na fabułę Kiera miała ciekawy, lecz zrealizowanie go nie do końca jej się udało. Historia momentami irytuje, bywa infantylna i nieco przewidywalna. Jej poziom jest dosyć średni, jednak absolutnie nie pokuszę się na stwierdzenie, iż jest to jedna z tych powieści, które nazywa się mało ambitnymi. Rywalki to taka trochę odwrócona, współczesna opowieść o napomkniętym już Kopciuszku. Lecz tym razem to główna zainteresowana nie chce poznać księcia, wina obecnie nie spoczywa na okrutnej macosze. Czytało się szybko i niezwykle przyjemnie, Cass operuje plastycznym i ciekawym językiem. Bywały momenty, że, wiedziona ciekawością, nie mogłam wypuścić Rywalek z dłoni. Bywały chwile, że Rywalki leżały na mym białym stoliku, i smętnie spoglądały na mnie, delikatnie szepcząc, by do nich powrócić (słyszenie głosów jest chorobą, tak, wiem). Świat wykreowany przez Kierę niesamowicie przypadł mi do gustu. Bardzo spodobał mi się pomysł podzielenia społeczeństwa na osiem kast. Zafascynował mnie fakt, iż tradycją jest, że książę znajduje swą małżonkę w procesie Eliminacji, wśród trzydziestu pięciu kandydatek, które praktycznie zdane są jedynie same na siebie. Co ciekawe, dwa powyższe fakty nasunęły mi na myśl Igrzyska Śmierci, gdzie ludzi dzielono na dystrykty, a główna bohaterka została wysłana w daleki świat, by walczyć o życie. Ami o życie walczyć nie musiała. Ale musiała zawalczyć o bezpieczną przyszłość dla swych najbliższych.

Och, jakże doskonale przewidziałam, iż wątek romantyczny mający miejsce w Rywalkach doprowadzi mnie do szewskiej pasji. Tak bardzo mam już dość schematu dwa plus jeden, gdzie jedynką jest dziewczyna, a dwójkami dwoje facetów, którzy czują nadzwyczajną do niej sympatię, że niedługo zamknę się w sobie i utopię się we własnych łzach wywołanych żalem. No proszę, ile można jechać na tym samym koniku. Nie byłam zdziwiona, oburzona również nie, bo wiedziałam, że mogę się czegoś takiego spodziewać. Jednak pozostał w mej wyobraźni swoistego rodzaju niesmak. Ja rozumiem, że można mieć w rodzinnym miasteczku miłość swojego życia, a potem poczuć miętę do księcia, no bo kurcze, książę to książę, i trzeba czuć do niego pociąg (I feel train to you, tak, o to właśnie chodzi). Ja to rozumiem, absolutnie, bo też jestem kobietą. No ale jednak ta gorycz gdzieś tam się pląta, i nie będę jej ukrywać. Momentami bywało zbyt słodko, te relacje pomiędzy Ami i Maxonem oraz Ami i Aspenem zawierały więcej cukru niż kakao, które właśnie popijam. A ono ma w sobie full cukru (biedny mój zatruty organizm). Co się zaś tyczy samych bohaterów, nie przeczę, polubiłam ich. Zwłaszcza główną bohaterkę, Americę, zadziorną, umiejącą postawić na swoim, hardą dziewczynę, dziewczynę, która jednak wie, kiedy powiedzieć stop, która jest ułożona i kulturalna. Polubiłam ją, bo nie dała omotać się eliminacyjnemu szaleństwu, i po części zachowywała się w stosunku do księcia tak, jak ja bym to zrobiła - całkowicie na luzie, bez zbędnych ceregieli. Jeśli chodzi o panów, Aspen nie przypadł mi do gustu, lecz Maxon już tak. Książę to taki uroczy duży dzieciak, który jeszcze nie wszystko ma w głowie poukładane, który jednak zapowiada się na inteligentnego i odpowiedzialnego władcę. Kreacje bohaterów wyszły autorce nadzwyczaj dobrze, z czego jestem bardzo zadowolona. Nie ma nic gorszego od książki, w której występujące postacie są nudne i bezbarwne.

Emocje, one również odgrywają w Rywalkach wielką rolę. Wszelkie zachowania bohaterów są rzeczywiste, nie ma w nich krzty sztuczności. Urzekło mnie przywiązanie Ami do swojej rodziny, jej stosunek do rodzeństwa, zwłaszcza do ukochanej siostry. Rywalki to historia barwna, pełna ślicznych upiększeń, jednak nie kiczowata i głupiutka. Autorka idealnie wyważyła elementy baśniowego i realnego świata, doskonale je później ze sobą mieszając. Żałuję, że nie sięgnęłam po tę historię wcześniej, bo pomimo kilku zgrzytów, zwłaszcza początkowych, opowieść ta wywołała na mej twarzy kilka uśmiechów. Z wielką chęcią sięgnę po kontynuację Rywalek, bo już w tej chwili czuję delikatny ból w okolicach klatki piersiowej, spowodowany rozstaniem z Americą. Po raz kolejny moja rzekomo zgubna tendencja do oceniania książek po okładce wyszła mi na dobre. Serdecznie dziękuję swemu rozumowi, to on podpowiedział mi, że ta historia okaże się wyjątkowa.

Ocena: 8/10


Czasami, aby coś ukryć, najlepiej robić to na oczach wszystkich. 

4 komentarze:

Victoria Louis pisze...

Świetna recenzja, jak zawsze zresztą. Jeśli chodzi o tę książkę to właśnie czekałam na twoją recenzję która upewniła mnie że jednak warto sięgnąć po tę pozycję. :D

Veroniqusia Waters pisze...

Popieram przedmówczynię:)

Sylwuch pisze...

Mam ochotę na całą serię. Intryguje mnie treść, a okładki są przewspaniałe. :)

cyrysia pisze...

Książkę mam, ale jeszcze jej nie czytałam, lecz zamierzam, dlatego cieszę się, że tak pozytywnie ją oceniłaś. A co do schematu:dwa plus jeden, gdzie jedynką jest dziewczyna, a dwójkami dwoje facetów, to mnie taki wariant w ogóle nie przeszkadza, więc tym bardziej się cieszę, że spotkam tu miłosny trójkąt :)

Prześlij komentarz