13 października 2014

Lśnij, i dostrzeż w sobie zło.

Samotność bywa przywilejem, jednak po dłuższym czasie staje się ona karą, która perfekcyjnie uczy, czym jest cierpienie. Wyobraź sobie, że podejmujesz pracę, pracę dość niezwykłą, bo zostajesz dozorcą olbrzymiego hotelu, w którym to, wraz z rodziną, musisz spędzić srogą zimę, dbając, by budynek nie obrócił się w ruinę, by podczas wiosennego otwarcia mógł prezentować z dumą wszelkie swe walory. Kilka miesięcy w zamknięciu, otoczony jedynie najbliższymi Ci osobami. Z jednej strony brzmi kusząco, bo te z pewnością dłużące się tygodnie będą mogły przerodzić się w okres biernego wypoczynku, dzięki któremu naładujesz akumulatory. Z drugiego punktu widzenia jednak, wizja całkowitego odcięcia od świata na parę miesięcy, przeraża. Tylko Ty, Twoja rodzina i ogromny, pusty hotel, w którym na przestrzeni lat tyle się wydarzyło. Ośmielisz się uciec w samotnię, czy stchórzysz, woląc za bardzo nie kolorować swego życia niepotrzebnymi ekscesami? 

O Lśnieniu z pewnością kiedyś słyszałeś, nie ważne, czy o książce, czy o filmie, czy być może o tym i o tym. Lśnienie to klasyka gatunku, uwielbiany przez miliony majstersztyk, którego ojcem - w wersji papierowej - jest Stephen King, w wersji zaś filmowej - Stanley Kubrick. Mistrz Horroru i Grozy stworzył swe dzieło w 1977 roku, i jest to dzieło przez wielkie D. Lśnienie było jedną z pierwszych pozycji Kinga, z którą przyszło mi się zaznajomić. Miałam wtedy trzynaście lat. Zachwycona niedawno pochłoniętą Desperacją i Nocną Zmianą, udałam się do pobliskiego empiku (wtedy jeszcze robiłam tam zakupy), i stanęłam przed regałem wypełnionym czarnymi grzbietami, opatrzonymi nazwiskiem Króla. Decyzji, którą to też powieść zabrać ze sobą do domu, długo podjąć nie mogłam, stałam i wlepiałam swe szeroko rozwarte, migdałowe oczy w kilkanaście egzemplarzy czystego szczęścia. Coś tam mi w pamięci ruszyło, i przypomniałam sobie, że klasyką ochrzczono Lśnienie, a że ja lubię od klasyków zaczynać swe przygody, wypatrzyłam tę pozycję na półce i chwyciłam ją w ramiona. I tak, przeczytałam tę powieść mając trzynaście lat, ale jak się spodziewasz, Czytelniku, wiele ważnych informacji nie dotarło do mego mało rozwiniętego jeszcze wtedy móżdżka, i nie ukrywajmy, połknęłam tę historię, ale niewiele ona wniosła do mojego żywota. Zaraz po zakończeniu lektury postanowiłam zrobić sobie seans, i obejrzeć ekranizację powieści - zgasiłam telewizor po dwudziestu minutach, nie byłam w stanie więcej obejrzeć. Przestraszyłam się niesamowicie tych dwóch, biednych dziewczynek, odzianych w niebieskie sukienki. A najbardziej przeraziła mnie doskonała, lecz niesamowicie przerażająca muzyka, która po dziś dzień nawiedza mnie w snach.

Kingowe Lśnienie opowiada o mężczyźnie, Jacku Torrance, który wraz ze swoją małżonką i małym synkiem ma zamieszkać na kilka miesięcy w hotelu Panorama, by tam pełnić obowiązki dozorcy. Jack boryka się z problemem alkoholowym, został wyrzucony z pracy za pobicie ucznia, teraz chce skupić się na karierze pisarskiej. Praca w hotelu położonym z daleka od reszty świata, jest idealną okazją, by się wyciszyć i zacząć życie na nowo. Jack'a ekscytują nowe obowiązki, lecz jego synek jest sceptycznie nastawiony do okresowej przeprowadzki. Danny ma niewidocznego przyjaciela, Tonny'ego, który za wszelką cenę próbuje uświadomić mu, że zamieszkanie w Panoramie jest kiepskim pomysłem. Ale cóż malec może poradzić, decyzja zapadła. 

Stephen King w swojej powieści przedstawił problem mężczyzny mającego kłopot z nadużywaniem alkoholu. Trunki zdecydowanie zniszczyły jego dotychczasową karierę, i jak się okaże, resztę życia również. Dzieło Kinga naładowane jest pierwiastkami paranormalnymi, które z początku dostrzega jedynie Danny (który ma tę możliwość dzięki tzw. lśnieniu, umożliwiającemu m.in. czytanie w myślach), które jednak w późniejszym czasie dotrą do oczu (a być może jedynie wyobraźni?) Jack'a. Lśnienie to powieść ciężka, napisana charakterystycznym dla Kinga stylem, w której każde kolejne słowo jest dwa razy przemyślane, która obfituje w przekleństwa (sposób, w który Stephen je wykorzystuje, jest doprawdy intrygujący). Powieść zaczyna się dość długim wprowadzeniem, w mającą miejsce sytuację, co może czytelnika nieco zbić z tropu. Jest to charakterystyczny zabieg w powieściach Kinga - niektórzy mówią, że trzeba przeboleć te pierwsze pięćdziesiąt stron, a potem już idzie z górki. Nie tak dawno temu postanowiłam po raz drugi przeczytać Lśnienie - moje wcześniejsze zapoznanie się z tą lekturą było dziecinną igraszką, tym razem postanowiłam podejść do tej książki naprawdę na serio. Czytałam wolno, delektowałam się każdym kolejnym akapitem. Jak wiesz, Czytelniku, jestem ogromną miłośniczką twórczości Stephena - lecz nie ukrywam, że czytanie jego powieści nie należy do najłatwiejszych czynności. Ale to właśnie w nim lubię - te niesamowite pomysły, ten charakterystyczny styl, te wspaniałe kreacje bohaterów, które tworzy. Nawet te przydługie wstępy są moją przyjemnością. Kinga trzeba nauczyć się czytać. Gdy już posiądziemy tę umiejętność, docenimy jego prawdziwy geniusz.

Książkowa wersja ucieka nieco bardziej w paranormalność, niż jej filmowy odpowiednik. Stanley Kubrick w swym dziele postawił na ukazanie odbiorcy, iż to człowiek jest największym złem na świecie. Żadne duchy, niewytłumaczalne zjawiska, zjawy przeszłości, nie są w stanie skrzywdzić człowieka bardziej, niż on sam potrafi to uczynić. The Shining z 1980 roku na początku zbierało dość kiepskie recenzje, z czasem jednak coraz to nowsi odbiorcy przekonywali się do filmu wyreżyserowanego przez Kubricka. Sama ekranizacja nie spotkała się z aprobatą Stephena Kinga, gdyż ten stwierdził, iż reżyser, a zarazem scenarzysta, wprowadził do ekranizacji zbyt dużo zmian, przez co znacznie odbiega ona od papierowej wersji. The Shining przeraża swoją prostotą, niezbyt wyszukanymi, lecz elektryzującymi efektami oraz swoją tajemniczością, bo dzieło to można interpretować na wiele sposobów. Wspomniałam już wcześniej, że kilka lat temu próbowałam obejrzeć ten film, jednak strach zniweczył moje plany. Zaraz po powtórnym przeczytaniu Lśnienia stwierdziłam, że idąc za ciosem, przyswoję sobie w końcu, tym razem w całości, The Shining. Zasiadłam z laptopem na kolanach, opatuliłam się kocem, i przegryzając serowe nachosy z biedry (polecam serdecznie), oddałam się seansowi. Po paru scenach laptop przeniósł się z mych kolan na miejsce jak najbardziej odległe, tam, gdzie sięgały me stopy, a ja, siedząc jedynie przy blasku różowych lampek choinkowych, zaczęłam wątpić w swą odwagę. Bądź dumny, szanowny Czytelniku. Udało mi się obejrzeć film do końca. Chyba sama sobie wyślę medal pocztą.

Już sam początek The Shining informuje widza, iż będzie to film ciężki i mroczny. Kubrick ukazuje niezamieszkałe tereny, pośród których znajduje się hotel - w ekranizacji zwie się on Overlook, nie zaś Panorama. Kolejne sceny odzwierciedlają papierową wersję - Jack dostaje pracę, później wraz z Wendy i Dannym przyjeżdża do hotelu, by podjąć obowiązki dozorcy. Overlook to hotel odcięty od świata, do którego dostęp w zimie jest niemalże znikomy. W początkowych scenach dostrzegamy różnice pomiędzy książką, a filmem - mowa tutaj o rozmowie Danny'ego z Hallorannem, czarnoskórym mężczyzną, który również ma dar. W swoim dziele Kubrick jedynie delikatnie zahaczył o postać Tonny'ego, który w powieści odgrywa większą rolę. Różnice pomiędzy papierową, a filmową wersją są znaczne, i nie chodzi tutaj o sam wydźwięk - w książce mamy zwierzęta wycięte z żywopłotu, w filmie labirynt, w którym odgrywa się jedna z finalnych scen. Według Kinga, pokój 217 był tym nawiedzonym, według Kubricka - 237. Zmiana ta zaistniała za sprawą właściciela hotelu, w którym kręcono The Shining, na którego prośbę zmieniono numer znaczącego pokoju, z uwagi na potencjalnych przyszłych gości, którzy mogliby obawiać się noclegu w nawiedzonym pokoju. W budynku tym pomieszczenia z cyfrą 237 tak naprawdę nie było. W powieści Jack nie biegał po hotelu z siekierą, lecz z kijem do krykieta. W filmie Danny'emu ukazują się bliźniaczki zamordowane niegdyś w hotelu przez swego ojca - w książce chłopiec nie widzi dziewczynek ani razu, w dodatku w tej wersji mają po sześć i osiem lat. Różnic jest naprawdę sporo, niektóre są dostrzegalne jedynie dla wnikliwych odbiorców i czytelników. Zakończenie także jest inne - lecz nie aż tak bardzo, jak planował to Kubrick. Początkowo chciał on uśmiercić trójkę głównych bohaterów, a później ukazać ich jako zjawy uwięzione w hotelu. King jednak nie wyraził zgody na takie zakończenie - wszelkie zmiany w ekranizacji i tak nadszarpnęły mu sporo nerwów.

Co ciekawe, Stanley Kubrick w każdej scenie, w której główny bohater prowadzi dialog, umieścił lustro. Jest to niesamowicie ciekawy zabieg, pozwalający odbiorcy interpretować to w ten sposób, iż Jack rozmawia sam ze sobą. The Shining jest historią szaleńca, który uświadomił sobie swoją samotność, który również nasłuchał się zbyt wiele razy jednej, jakże przerażającej historii, która ugrzęzła mu w głowie. W The Shining poruszono kwestię psychiki człowieka. W każdym z nas drzemie potwór, który jest dla innych większym zagrożeniem niż niewytłumaczalne zjawiska paranormalne. To człowiek jest największym złem tego świata. I to właśnie w swym dziele uświadamia nam Kubrick. Fenomenem The Shining jest między innymi doskonale dobrany aktor, grający głównego bohatera. Jack Nicholson spisał się naprawdę dobrze, świetnie wykreował odgrywaną przez siebie postać. Przyznam szczerze - mimika tego aktora doszczętnie mnie przeraża. Jego gra aktorska w połączeniu z bardzo trudną, charyzmatyczną rolą, z którą przyszło mu się zmierzyć, stanowią duet idealny. Nie wyobrażam sobie innego odgrywającego roli Torrance'a. Pozostała obsada pozostawia jednak wiele do życzenia - zwłaszcza odtwórczyni roli Wendy, żony Jack'a. Shelley Duvall jest czystym nieporozumieniem.

Klimat całego filmu tak naprawdę robi muzyka. Mroczna, tajemnicza, budząca grozę. To między innymi przez nią me serce waliło jak oszalałe. Poczyniłam pewien eksperyment, i w jednym momencie wyłączyłam dźwięk całkowicie - okazało się, że akurat w tej chwili nie musiałam zasłaniać twarzy rękoma. Po kilku sekundach przywróciłam dźwięk - i strach zaatakował na nowo. Mam kilka swoich ulubionych scen w The Shining. Ulubionych, a zarazem najbardziej, według mnie, przerażających i dosadnych. Jednym z takich momentów jest ten, w którym Danny, zaraz po przyjeździe do Overlook rzuca lotkami w tarczę. Gdy się odwraca, widzi wcześniej wspomniane bliźniaczki. Jest to dla mnie scena najbardziej uderzająca - dziewczynki stoją niemalże na baczność, wyglądają na doklejone. Zabieg ten spotęgował moje emocje, i do tej pory wracam do tej sceny myślami. Kolejny mój faworyt, to moment, w którym Danny jeździ po korytarzach hotelu na rowerku, błądząc niemalże jak w labiryncie. Odbiorca oczekuje, że za kolejnym zakrętem z pewnością ujrzy dwie dziewczynki - lecz w pierwszej scenie tak się nie dzieje, czym Kubrick zaskakuje. Dopiero później, kiedy podobna scena ma miejsce, bliźniaczki w końcu się pojawiają - a wraz z nimi widok ich zmasakrowanych przez ukochanego tatusia zwłok. Jeśli chodzi o samo zakończenie, zdecydowanie bardziej wolę to książkowe. Sceny filmowe w labiryncie niezbyt do mnie przemówiły. Zaś finał skonstruowany przez Kinga, zachwyca do reszty. 

Lśnienie, zarówno to Kinga, jak i Kubricka, to dzieło, które powinno się znać. Nieważne, czy horrory się lubi, czy wgłębianie się w ludzką psychikę fascynuje - opowieść o człowieku, którego samotność doprowadziła do zguby, to historia, którą należy przyswoić. Ja ze swojej strony mogę polecić, zarówno niesamowitą lekturę, jak i naprawdę dobry film. A czy Ty, Czytelniku, skorzystasz z mojej oferty, i wpuścisz do swojego życia odrobinę lśnienia... To już Twoja decyzja.

6 komentarze:

cyrysia pisze...

Jest w twojej recenzji coś, co przyciąga i magnetyzuje tak, że mam ochotę niemal od razu wpuścić do swojego życia odrobinę lśnienia.
Książkę mam, ale jeszcze jej nie czytałam, choć w wolnej chwili zamierzam. Niemniej jednak wolę najpierw obejrzeć film. Najbardziej cieszy mnie to, że w niniejszej produkcji dominuje mroczna, tajemnicza, budząca grozę muzyka.Ja dużą zwracam uwagę na ten aspekt, ponieważ bez doskonałej ścieżki dźwiękowej nie byłoby dobrego horroru.

Elenkaa _ pisze...

Szczerze mówiąc, nie czytałam książki ani nie oglądałam filmu, choć to podobno klasyka horroru.Musze to jednak zmienić :)

http://pasion-libros.blogspot.com

Adriana B pisze...

Jestem miłośniczką horrorów, chyba gdy byłam mała rodzice zamiast dobranocki włączali mi Krugera ;)
I pomimo, że uwielbiam klasykę, tak przez Lśnienie nie potrafiłam przebrnąć. Oczywiście obejrzałam go do końca, ale nie umiałam po nim zbytnio odnieść się, czy film mi się podobał czy nie. Coś mnie w nim zachwyciło - ta doza szaleństwa, ale całość nie wywarła na mnie wiele emocji, których oczekiwałam.

Liz pisze...

Raczej nie moje klimaty, jestem zbyt wrażliwa na czytanie, czy oglądanie produkcji tego typu.
Mimo wszystko recenzja w pewien sposób intrygująca, może kiedyś sięgnę w końcu po książkę... Bo na to, że obejrzę film raczej nie ma co liczyć ;)

Anonimowy pisze...

Kupiłam książkę jakiś czas temu, ale do teraz nie mam odwagi jej przeczytać. Okładka mnie przeraża. Zamierzam jednak ją w końcu przeczytać, ale o filmie nie ma mowy. Potem miesiącami nie mogę spać. Twitter - @nasspix

Klaudyna Maciąg pisze...

Filmową wersję kojarzę fragmentarycznie, za to książkową wypożyczyłam z biblioteki i... bałam się zajrzeć do środka. Na razie King to dla mnie jedynie 'Skazani na Shawshank' [książka] i 'Zielona Mila' [film] - czyli jak widać braki mam żenujące :)

PS. Chciałabym zachęcić Cię do udziału w blogerskiej akcji: http://www.kreatywa.net/2014/10/wyzwanie10jakow.html :)

Prześlij komentarz