11 stycznia 2015

Rosyjskie piekło, czyli o tym, jak Diabeł zagościł w Moskwie.

Siedzisz na drewnianej ławce. Dookoła Ciebie słychać jedynie delikatny szum liści, który stanowi piękną melodię, pieszczącą Twe uszy. Wzrok utkwiłeś w odbijającej promienie słoneczne tafli stawu. Myślami jesteś gdzieś daleko, błądzisz i marzysz. Nic nie zakłóca Twojego spokoju. Do czasu. W pewnym momencie przysiada się do Ciebie dość specyficzny osobnik, który recytowaniem Twych najskrytszych myśli, ściąga Cię z obłoków. Krztusisz się ciepłym napojem morelowym, który od kilkunastu minut od niechcenia popijasz. Okrągłymi ze zdziwienia oczyma spoglądasz na nieznajomego, i nie możesz wypowiedzieć żadnego słowa. Niepokojący uśmiech wypisany na jego twarzy przeszywa Cię na wskroś. Znajdujesz się na Patriarszych Prudach. W miejscu, w którym wszystko się zaczęło. 

Patriarsze Prudy. Niezwykle urokliwe, ciche miejsce w centrum Moskwy, przypominające krakowskie Planty, z jednym wyjątkiem - na Plantach zawsze jest głośno i tłoczno. Na Patriarszych - praktycznie nigdy. To właśnie tutaj rozpoczyna się akcja niesamowicie słynnej rosyjskiej powieści, napisanej przez Michaiła Bułhakowa - Mistrza i Małgorzaty. Powieści okrzykniętej fenomenem, którą wpisano do kanonu klasyki, która w 1999 roku przez Rzeczpospolitą została okrzyknięta najważniejszą powieścią XX wieku. Mistrz i Małgorzata to książka - zagadka, która nie każdemu przypadnie do gustu. Pełna finezji, niezwykle barwna, fragmentami oszałamiająca, zmuszająca do refleksji, stanowiąca powód gonitwy myśli. Dzieło, nie ukrywajmy, trudne, skomplikowane, które w wielu momentach wydaje się być wariacką paplaniną twórcy obdarzonego zbyt wybujałą wyobraźnią. Bo co, bo nagle jakiś Szatan, bo ucięta głowa, bo psychiatryk, Poncjusz Piłat, magiczne sztuczki, kot chodzący na tylnych łapach, jakiś mistrz, jakieś mroczne czary? Tak. Bo oto, Czytelniku, Bułhakow w pewnej krasie.

Po dziś dzień w głowie tkwi mi wspomnienie szarego, deszczowego poranka, kiedy to, jako trzynastoletnia dziewczynka, wprowadzona zostałam przez tatę po raz pierwszy w całym swym krótkim życiu do Matrasa znajdującego się na Rynku Głównym. Do tej pory księgarnia ta była dla mnie zagadką. Tata, jako zapalony miłośnik wszystkiego co rosyjskie, w tym rosyjskiej literatury oczywiście, zachęcony moją miłością do książek, postanowił sprezentować mi swą drugą ulubioną, zaraz obok Zbrodni i Kary, powieść. Mistrza i Małgorzatę. Nie miałam pojęcia dlaczego tak bardzo zależy mu na moim zapoznaniu się z tym dziełem, skoro jednak twierdził uparcie, że muszę to uczynić, z chęcią, a zarazem zaciekawieniem, zgodziłam się. Po kilku chwilach od przekroczenia progu księgarni, egzemplarz bułhakowskiego dzieła znajdował się w mych dłoniach. Czytałam tę książkę długo. Bardzo ją męczyłam. Ale tak, jeśli mogę to tak ująć, podobała mi się. Niesamowicie. Lecz była dla mnie za trudna, nie potrafiłam wówczas czytać między wierszami. Do dzieła Bułhakowa trzeba dojrzeć - a nie oszukujmy się, trzynasta wiosna życia nie jest najlepszym momentem na integrację z jednym z największych rosyjskich dzieł. Mistrz i Małgorzata jest książką niezwykle frapującą; książką, która przeplata w sobie sprawy religijne, społeczne, moralne, porusza kwestię walki dobra ze złem, opiewa w sarkazm i groteskę. Bułhakow stworzył powieść nieprzewidywalną, magiczną w swej zawiłości, którą należy się w skupieniu delektować, a każde kolejne słowo nakreślone przez autora smakować z osobna. Jest to niezwykle misterne dzieło, które Bułhakow poprawiał i doprowadzał do perfekcji aż do ostatnich dni swego żywota. Odszedł z tego świata, nieusatysfakcjonowany finalną wersją, pozostawiając po sobie, wbrew swemu myśleniu, arcydzieło.

Diabeł w literaturze przedstawiany jest na różne sposoby - czy to jako mroczny trójgłowy potwór z trzema parami skrzydeł, jak w Boskiej Komedii Dantego, czy jako istota w pełni targana emocjami, która cierpi z powodu swego upadku, jak w Raju Utraconym Miltona. Nigdy jednak Szatan nie był tak równym gościem jak w Mistrzu i Małgorzacie, gdzie Woland, dowódca diabelskiej watahy, w sposób uczciwy i prawy potrafi dogadać się z ludzką istotą, ba! wejść z nią w relację pełną szacunku i akceptacji. To właśnie postacie diabelskiej zgrai nadają powieści wyjątkowego, aromatycznego smaku. Pełne cynizmu, świetnie nakreślone, obdarzone niesamowitymi charakterkami. Woland i świta przybyli do Moskwy, by wbrew wszelkim domysłom, czynić nie zło, ale dobro. Bułhakow w swej powieści ukazuje wady Rosjan, z którymi piekielna trupa stara się walczyć. Na wstępie powieści zamieszczony jest cytat z Fausta Goethego - Jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie czyni dobro. Tą myślą kieruje się Woland i jego towarzysze, których to działania można by nazwać złowrogimi, które jednak na celu miały doprowadzenie do pozytywnego obrotu spraw. Z uśmiechem na twarzy śledziłam kolejne perypetie kota Behemota, który to z całej świty stał się moim ulubieńcem. Pisząc te słowa, śmieję się w duchu na samo wspomnienie sceny, w której Behemot postanowił nadać wyjątkowego wyglądu swym wąsom, sprawiając, by stały się złote. Kocur jest jedną z najbardziej zapadających w pamięć postaci - a jego zamiłowanie do wódki i szachów urzeka. Pozostałe diabły również budzą pozytywne odczucia - najsympatyczniejszy ze wszystkich Korowiow, mający zawsze pełne ręce roboty Azazello, i jedyna w całej grupie kobieta, Hella, która pełni funkcję służącej Wolanda. Świta pozornie przerażająca, stojąca na straży dobra (zaskakujące, nieprawdaż?), w której każdy wysłannik zła posiada ludzkie cechy. To właśnie fragmenty z udziałem diabłów przypadły mi najbardziej do gustu - moje zamiłowanie do czarnych charakterów (które, notabene, wcale w tym wypadku takie czarne nie są) zaczyna przerażać nawet mnie samą.

Trupa Wolanda walczy z oszustwem, krętactwem i donosicielstwem moskwian, ci zaś biją się z siłą nieczystą, z którą wygrać się, de facto, nie da. Woland, kocur, Azazello i Korowiow broją wśród zimnego, zapatrzonego w siebie ludu, Hella pomaga im po igraszkach złapać oddech, jedni ludzie lądują w psychiatryku, inni znikają i słuch o nich ginie, a gdzieś tam żyje sobie Małgorzata, która niespodziewanie utraciła miłość swego życia, która straciła sens istnienia, bo każdy jej kolejny oddech, bez ukochanego przy boku, gubi swój sens. Czy można kochać kogoś tak, że aż boli? Można. Czy istnieje możliwość miłości tak wielkiej, że każda chwila spędzona osobno, wydaje się być chwilą straconą? Istnieje. Bolące serce Małgorzaty w końcu znajdzie ukojenie, bo do akcji wkroczy czterech demonicznych mężczyzn, którzy w ramach swoistego barteru pomogą jej życiu wrócić na właściwe tory. Małgorzata to kobieta niesamowicie silna, zdeterminowana, umiejąca postawić na swoim. Kobieta, która uparcie dąży do wyznaczonego celu. Czytelniku, jeśli czytając moje powyższe słowa traktujące o beznadziei kierującej życiem Małgorzaty po stracie ukochanego, pomyślałeś sobie, że jest to kobieta słaba i przewrażliwiona, biada Ci. Bo tak twardej kobiety, pełnej zrozumienia i wewnętrznego ciepła, ze świecą szukać. Małgorzata wiedzie życie potencjalnie idealne - jest żoną bogatego mężczyzny, wszystkiego ma pod dostatkiem. Ale jest nieszczęśliwa. Żyje w złotej klatce. Chce poświęcić swe życie komuś innemu, komuś, kogo kocha całym swym sercem - możliwość ta zostaje jej odebrana. A kimże jest ten jej wybranek? To tytułowy mistrz, który pewnego dnia spotkał ją na ulicy, i, (...) jak w ślicznej starej piosence (...)*, zakochał się w niej bez pamięci. A ona w nim. Brzmi banalnie? Też tak sądziłam. Ale wgłębiając się w wątek mistrza i jego ukochanej, poczułam smak prawdziwej miłości, której tak trudno doświadczyć w dzisiejszym świecie. Miło byłoby być kochanym przez kogoś tak, jak Małgorzata przez mistrza. I vice versa. 

Co ciekawe, tytułowi bohaterowie nie są jednocześnie postaciami głównymi. Mistrz i Małgorzata to książka podzielona na dwie części, w której toczą się trzy wątki. Pierwszy z nich to perypetie Wolanda i jego pobratymców. Drugi traktuje o Małgorzacie i mistrzu, jednak diabły również grają tutaj znaczącą rolę. Trzeci to opowieść o Poncjuszu Piłacie i Jeszui Ha-Nocrim, którego pierwowzorem był Jezus. Historia ta jest jednocześnie fragmentem powieści pisanej przez mistrza, której to poświęcił swoje życie, którą w momencie kryzysowym chciał spalić (w tym momencie objawia się autobiograficzność niektórych zdarzeń, bo Bułhakow również pracował nad Mistrzem i Małgorzatą sporą część swego żywota, i również, na szczęście jedynie pierwotną wersję dzieła, rzucił na pożarcie płomieniom). Bułhakow w swej powieści często nawiązuje do religii. Akcja rozgrywa się w latach trzydziestych XX wieku (oczywiście prócz wątku z Piłatem w roli głównej), kiedy to w ówczesnym Związku Radzieckim szerzył się ateizm. Woland i reszta diabłów walczą z przekonaniem ludzi, że Boga nie ma, chytrze podpytując, czy w takim razie istnienie Szatana również jest mitem. Przyznam szczerze, że wątek biblijny najmniej do mnie trafił, i to bynajmniej nie dlatego, iż jestem zdeklarowaną ateistką. Powieść mistrza nie wywarła na mnie większego wrażenia, choć fragment opisujący sąd Jeszui był intrygujący. Narrator trzecioosobowy (który niekiedy zwraca się bezpośrednio do czytelnika, tak jak ja teraz do Ciebie) zgrabnie snuje opowieść. Bułhakow posługuje się językiem niesamowicie bogatym i plastycznym; wydaje się, jakby każde kolejne słowo było dokładnie przemyślane. Mistrz i Małgorzata to powieść misterna, dopracowana, autor zadbał, by każdy najmniejszy szczegół został doprowadzony do perfekcji - w końcu, jak już wcześniej wspomniałam, książce tej poświęcił znaczną część swojego życia.

Michaił Bułhakow w swej powieści ukazał Moskwę jako miasto zamieszkiwane przez zimnych, oschłych, dbających jedynie o własne dobro ludzi, którzy wprost ubóstwiają kopać pod sobą dołki, których wiecznie nic nie cieszy (może prócz czerwońców, ale przecież to normalne na tym świecie, że pieniądz daje pozorne szczęście). Donosicielstwo i łgarstwo są na porządku dziennym, a wsadzanie uczciwych ludzi do szpitala psychiatrycznego (Iwan, ten poczciwy człowiek, był całkowicie zdrowy - nie jego wina, że nagle, niespodziewanie, w jego życiu pojawił się diabeł...) to czysta zabawa, bo łatwo jest przecież kogoś zamknąć na cztery spusty, żadna inna pomoc nic nie wskóra. Kariery budowane na znajomościach, znajomości tworzone na nieszczerych słowach, słowa rzucane na wiatr, byleby mieć z nich jakąś korzyść. Wizja zakłamanej Moskwy przeraża - bo przecież wszystko to dzieje się wśród nas naprawdę. Szczerość, pracowitość i uczciwość odeszły w zapomnienie. Życie można komponować na fundamencie kłamstwa.

Niewątpliwie Bułhakow poczynił dzieło wielkie, które zapisało się w pamięci ogromnej ilości osób. Nie każdemu się ono spodoba - groteskowość powieści odrzuci wielu czytelników, a nieschematyczne przygody bohaterów niejednego znużą. Mistrz i Małgorzata jest klasyką w pełnym tego słowa znaczeniu, niezwykłą ucztą dla wyobraźni, która najlepiej smakuje czytana w olbrzymim skupieniu. Jest to książka intrygująca i niebanalna. Książka, do której człowiek szczerzy się jak głupi. Książka, którą mocno się przeżywa - przynajmniej w moim przypadku. Jeśli do tej pory, Czytelniku, nie miałeś przyjemności trzymać bułhakowskiego dzieła w rękach, szczerze Ci współczuję, jednocześnie licząc, iż jak najszybciej nadrobisz swe zaległości. Inaczej nawiedzi Cię pewnego dnia niskiego wzrostu jegomość, o iście kociej twarzy**, i zademonstruje Ci, jak doskonale umie strzelać do obranego celu. A tym celem, będzie Twoja wyobraźnia.

* Gałczyńskiego nigdy za wiele!
** Behemot kłania się z wielkim szacunkiem!


– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...) 
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.

5 komentarze:

Daria Pawlicka pisze...

Właśnie czytam po raz kolejny. Uwielbiam :) Marzy mi się egzemplarz rosyjski pisany cyrylicą <3

monalisap pisze...

Czytana przeze mnie jeszcze w liceum, ale do dziś ją pamiętam.

Jane Rachel pisze...

Tak ją pokochałam, że kupiłam własny egzemplarz (ten piękny z kotem na okładce, wydawnictwa Rebis). Niestety tłumaczenie jest inne od tego, które było w egzemplarzu z biblioteki i nie mogę się do niego przyzwyczaić, dlatego przeczytam jeszcze raz od deski do deski :) a "Mistrza i Małgorzatę" po prostu uwielbiam. Kocham mroczny klimat, trupę Wolanda, groteskę i wszystko, co wiąże się z tą lekturą :)

Diana Górska pisze...

Pierwszy raz jestem na Twoim blogu i chciałam tylko napisać, iż jest przepiękny i niesamowicie klimatyczny. Twórz dalej, tak pięknie, jak do tej pory!
Serdecznie pozdrawiam.

Anonimowy pisze...

"na Plantach zawsze jest głośno i tłoczno" Zupełnie się z tym nie zgadzam. Na Plantach jest pełno miejsc, gdzie nawet w południe jest cicho i spokojnie. ;)

Prześlij komentarz