16 czerwca 2015

E.L. James - Ciemniejsza strona Greya

Miłość wiele ma odcieni, jednakże w przeciwieństwie do nich, nie jest ona słabsza lub mocniejsza. Miłość to uczucie szczere, które potrafi uskrzydlać i leczyć. Nierzadko też zdarza się i tak, że jest ona przyczyną największych dramatów, rozbija człowieka na kawałeczki, które później niezwykle ciężko jest ze sobą zebrać. I nawet jeśli sklecimy się od nowa, z tego nierzadko niemalże pyłu, w który raz nas zamieniono, już nigdy nie będziemy tacy, jak wcześniej. Miłość jest uczuciem, które nie tylko wywraca nasz świat do góry nogami. Ma także inną zdolność - dzięki niej uczymy się wiele o sobie. Doceniamy każdą radość, hartujemy się w obliczu cierpienia. Miłość nie jest jedynie feerią emocji. To wieczne dziękowanie odgórnym siłom za istnienie drugiej osoby.
Ana i Christian nie wytrzymują rozłąki. On proponuje jej nowy układ. Ona do niego wraca. Obydwoje muszą iść na pewne ustępstwa - Ana stara się przezwyciężyć swą silną niezależność, Christian zaś ogranicza kontrolę. Para musi nauczyć się, czym są kompromisy, każdy kolejny, wspólny dzień jest nową lekcją dotyczącą drugiej osoby. Idzie im dobrze. Lecz nieoczekiwanie na ich drodze ku wspólnemu szczęściu staje kilka niespodzianek podarowanych przez los.

Ugh. To jedyne, co mi się ciśnie na usta, kiedy pomyślę sobie o wątpliwej jakości dziełach pani E.L. James, które to od dłuższego już czasu podbijają, nie wiedzieć czemu, rynek wydawniczy na całym świecie. Mówi się, że Grey ma albo zwolenników albo przeciwników, że zawsze obiera się jedną konkretną stronę i twardo broni się swoich racji. No niestety, ze mną chyba jest coś nie tak, bo ja pałętam się jakoś tak gdzieś pośrodku. I bynajmniej, nie jestem miłośniczką twórczości James, nie wyczekuję z ekscytacją nowej, czwartej części Greya (moja wyobraźnia kreuje wizję napalonych mamusiek wyrywających z dziką fascynacją kartki z kalendarza, Boże przenajdroższy), ale kiedyś okrzyknęłam Szarego szmirą, lecz szmirą, którą czyta się bardzo dobrze, i tego się trzymam. A to moje początkowe ugh jest autentyczne, bo James robi mi makaron z mózgu. Lecz jednak, jak już przyjdzie co do czego, czytam tę moją szmirę z szybkością światła, wkurzam się maksymalnie, rzucam książką z czwartego piętra (standard) i klnę na potęgę (chociaż do tego przyznawać się nie powinnam, bo podobno damom nie wypada. Who cares), ale jednocześnie rozkoszuje się naiwnością i głupotą Any, a do Greya wzdycham platonicznie, bo pomimo jego seksualnych, dziwacznych upodobań, facet ten ostro haruje i niezwykle ceni sobie swoją pracę. No to ja cenię jego, bo od pieniędzy w głowie mu się nie poprzewracało, dobrze trakatuje ludzi, których ma pod sobą (Anę szczególnie, hi hi), a to, że w łóżku jest niewyżyty, to już nie moja sprawa, nie? No. Więc ogółem twórczości E.L. James nie lubię. Ale lubię z nią walczyć.

Gdybym była Anastasią Steele, pewnie w tym momencie powiedziałabym, że moja wewnętrzna bogini próbuje popełnić samobójstwo za każdym razem, gdy na kartach powieści Ana wspomina o swojej wewnętrznej bogini. Ale na szczęście nią nie jestem (na szczęście, no bo która kobieta chciałaby być traktowana jak przedmiot przez Christiana? Boże, dlaczego widzę las rąk...) i w żadnym razie być nie zamierzam, a zarówno wewnętrzna bogini, jak i przygryzanie wargi oraz Święty Barnaba odchodzą do lamusa, bo każdemu już się przejadły. Ana to postać niesamowicie irytująca, i gdybym tylko miała taką możliwość, chętnie potrząsnęłabym ją za te kościste ramiona i w twarz bym krzyknęła coś w stylu ogarnij się do cholery jasnej! Kobieta ta całe swoje życie podporządkowała mężczyźnie w którym się zakochała, co jak dla mnie jest rzeczą nie tyle niepojętą, co po prostu absurdalną. Oczywiście, rozumiem, miłość piękna rzecz, poświęcenie dla drugiej osoby również, ale no, zamknięcia w złotej klatce nikomu nie życzę, chociażby nie wiadomo jak dobrze mu się w niej żyło. Christian w stosunku do Any jest niesamowicie opiekuńczy, w większości przypadków aż do przesady. Oburza mnie fakt, że wtrąca się do jej pracy, że nie podobały mu się jej kontakty towarzyskie z innymi ludźmi. Związek ma opierać się na wzajemnym zaufaniu, związek to dwójka ludzi, którzy umieją o siebie zadbać, troszcząc się, co jest naturalne, o siebie nawzajem. Natomiast Grey jest upartym despotą, który najchętniej zamknąłby Anę niczym własne trofeum w swoim domu, i rozkoszowałby się widokiem i dotykiem jej ciała. W Ciemniejszej stronie Greya tytułowy bohater przechodzi lekką przemianę, staje się bardziej ludzki, okazuje uczucia. W pewnych momentach zaczyna zachowywać się jak (prawie) normalny facet - zwłaszcza w drugiej połowie książki. Zimny, niedostępny, szalenie seksowny Christian Grey stający się pantoflarzem? To właśnie serwuje nam autorka w kontynuacji Pięćdziesięciu twarzy Greya.

Pierwszą część czytało mi się świetnie, drugą już znacznie gorzej. Z początku byłam dość pozytywnie nastawiona, gdyż pomiędzy lekturą dwóch tomów zrobiłam sobie długą przerwę, podczas której miałam czas, by nastawić się psychicznie na kolejne starcie z tym Greyem. I tak zaczęłam przewracać strony, jedna, druga, trzecia, pięćdziesiąta. I wyłam wewnętrznie z frustracji. Ana i Christian sami stwarzają sobie problemy - na szczęście, sami również je rozwiązują, i wychodzi im to całkiem nieźle. Pierwsza połowa książki to ciągłe dylematy Any co do jej związku z Greyem, a także nieustanne pieprzenie się (sorry, nazywam rzeczy po imieniu) w różnych dziwnych miejscach (od czasu lektury Ciemniejszej strony Greya bilard kojarzyć będzie mi się tylko z jednym...). I ja wiem, że cała rzecz właśnie na tym polega, ale no błagam Cię, Czytelniku, no ile można no. Wiem, że historia Any i Szarego zaliczana jest do literatury erotycznej, lecz niestety niektóre sceny są zwyczajnie obsceniczne i niesmaczne. Jednak gdzieś tam od połowy powieści, przez ciemne chmury zaczynają przebijać promienie słońca. Pojawiają się uczucia, emocje. Zaczyna być bardziej przyziemnie. Co mnie zaskoczyło, autorka zaserwowała czytelnikowi dreszczyk emocji, i wprowadziła wątek niemalże kryminalny, co skwitowałam ułożeniem warg w idealne, równiuteńkie o. W końcu coś nowego. Nie spodziewałam się tego. 

Wielką zaletą tej części jest fakt, że James znacznie skupiła się na postaci Christiana ze strony psychologicznej, i wyjaśniła wiele niedopowiedzianych rzeczy. Jak już wcześniej wspomniałam, w Ciemniejszej stronie Greya Szary staje się bardziej ludzki, dostępny dla zwykłych śmiertelników. E.L. ukazuje jego wady, kreśli fenomenalny portret psychologiczny i porusza kwestię jego skomplikowanych zachowań. Pod tym względem powieść jest znacznie bogatsza od swej poprzedniczki. To już nie jest wymuskana, perfekcyjna opowieść o dwójce ludzi, którzy spotykają się, i choć to absurdalne, uprawiają seks na co drugiej stronie. Pojawiają się demony przeszłości, seks nadal jest istotą całej historii, ale na tle nowych problemów staje się nieco transparentny. Może to i dlatego, że czytelnik już wie, czego się może spodziewać, i przestaje zwracać uwagę na łóżkowe (i nie tylko) przygody Christiana i Anastasii. Głównemu bohaterowi nie zależy już tylko na ciele swej partnerki. Zaczyna zależeć mu na kobiecie. Nie na jej fizyczności.

Czym tak naprawdę jest uwielbiamy przez miliony kobiet na świecie słynny Grey? Spisanym na karty powieści marzeniem co trzeciej kobiety, kobiety, która w prawdziwym życiu nigdy nie odważyłaby się na podobne ekscesy, dlatego też rozkoszuje się tym, co ktoś inny podał jej na srebrnej tacy. Fajnie jest móc poczytać o swych najskrytszych marzeniach, i wyobrazić sobie, co by było gdyby... Nie twierdzę, że wszystkie kobiety czytające Greya cierpią na nieustające nieusatysfakcjonowanie seksualne, bo to odbiegałoby znacznie od prawdy. Niektórzy czytają Greya, bo to modne. Bo dobrze jest poznać coś, zanim się to zhejtuje. Bo trzeba, dla siebie samego, ogarnąć z czym to się je. Powodów jest wiele. Nie oszukujmy się jednak, większość czytelniczek twórczości E.L. James to mniej lub bardziej szczęśliwe kobiety będące w związkach, które za nic w świecie nie przyznają się swoim drugim połówkom, jakie fantazje erotyczne krążą po ich głowach. O Greyu mówi się, że jest to historia dla podstarzałych mamusiek. Cóż, coś w tym jest. Niezwykle szanuję autorkę za odwagę wydania tego typu książek - historię Any i Szarego traktuję jako niemy przekaz najskrytszych fantazji James, do których, kreśląc i publikując taką historię, otwarcie się przyznaje. Wyobraźnia to jedno. Ale pomysły znikąd się nie biorą, nieprawdaż?

Napisana prostym, banalnym językiem, prowadzona z punktu widzenia Any opowieść o tym, że miłość przezwycięża największe trudności. Tym właśnie jest kontynuacja światowego bestsellera Pięćdziesiąt twarzy Greya. Czytać? Nie czytać?  To pytanie zadaje sobie mnóstwo osób. A ja mówię - według uznania. Bo jeśli się jest osobą pruderyjną, którą przerażają wizje niewinnych zbliżeń, to szczerze odradzam. Bo ten Grey wypełniony jest seksem, pożądaniem i namiętnością. I owszem, jego historia zalatuje taniością, prostactwem, brakiem wysublimowania. Ale jako powieść na kilka wieczorów, na ogłupienie, na ironiczny uśmiech na twarzy, sprawdza się doskonale. Przeczytam trzecią część, bo skoro zabrnęłam w to bagno tak daleko, to będę brnąć do końca. Ale spokojnie, nie utopię się w nim. No chyba, że moja wewnętrzna bogini postanowi inaczej. 

Ocena: 5/10


Jeśli z czymś nie możesz walczyć, musisz to polubić.

2 komentarze:

Alicja P. pisze...

Czytałam pierwszą część, po której powiedziałam ,,stop". Zmarnowałam tylko czas, po kolejne tomy nie sięgnę..

SilentAqua pisze...

Ja przeczytałam pierwszą część do 200 strony. Pruderyjna nie jestem, przeczytałam dużo już książek z erotyką. Ja osobiście uważam, że sceny łóżkowe powinny być dodatkiem i tłem dla właściwej historii. Wyrobiłam sobie to zdanie, bo przeczytałam już mnóstwo książek i trochę też tych erotyków wydawanych dzisiaj. Wracając do meritum, nie przebrnęłam przez wspomniane przez ciebie elementy jak "wewnętrzna bogini" i "święty Barnaba" oraz tak tragiczny język, że ta powieść powinna być przykładem jak nie powinno się pisać książek. Dla mnie "Pięćdziesiąt twarzy Greya" i następne części podejrzewam, że takie same, to czysta grafomania, dziękuję, do widzenia.

Prześlij komentarz