07 listopada 2015

Matthew Quick - Wybacz mi, Leonardzie

Czasami jest tak, że świat nas nie rozumie. Że jesteśmy sami, zamknięci w klatce naszych problemów. Błąkamy się z głową pełną myśli po ulicach miasta, ze złością spoglądając na innych, pozornie szczęśliwszych od nas. Zazdrościmy uśmiechów wymalowanych na ich twarzach. Nie dopuszczamy do siebie myśli, że być może wygięcie w górę kącików ust jest fałszem, przykrywającym ich własne życiowe szarości. Pozornie jesteśmy wciąż nieszczęśliwi, marudni, może i egoistyczni. Wszelkie motywujące hasła sprawiają, że z dezaprobatą kręcimy głowami. Kolejne próby przywołania nas do porządku wywołują histeryczny śmiech. Podobno człowiek jest istotą, która lubi się użalać. No tak, to prawda. Lubimy pławić się w naszym nieszczęściu, często zapominając o pozytywnych aspektach życia. Ale przecież wszystko ma swoją przyczynę. Nasze problemy często są zrozumiałe tylko dla nas samych. Kiedy próbujemy zaprezentować je światu, dostajemy porządny ochrzan. Bo przecież no, użalamy się. Nie wolno nam być nieszczęśliwymi, nie dostajemy od życia pozwolenia na takie luksusy. Każdy z nas potrzebuje takiej chwili zatracenia w otchłani nieszczęść. Nie wtrącajmy się w koszmary innych, kiedy tego nie chcą. Umiejmy jednak odróżniać kaprys nieszczęścia od nieśmiałego wołania o pomoc. Bo wszyscy mamy problemy - lecz nie wszyscy umiemy sobie z nimi radzić.

Leonard Peacock w wyjątkowy sposób obchodzi swoje osiemnaste urodziny - ścina niemalże całkowicie włosy, obdarowuje najbliższe mu osoby prezentami i układa sobie w głowie dość specyficzny plan podziękowania swojemu dawnemu przyjacielowi za wspomnienia, które wciąż kołaczą się w jego głowie. Nie ma tortu, nie ma świeczek, nie ma nawet smętnego, wyśpiewanego przez grono nic nieznaczących osób Happy Birthday. Leo boryka się z wieloma problemami, cały świat jest na jego głowie. W końcu stwierdza, że nadeszła pora na ich rozwiązanie.

Ludzie nie umieją cieszyć się z drobnostek. Do takiego wniosku doszłam na dzisiejszym popołudniowym spacerze z psem, kiedy to udałam się do parku, i szurając butami po betonie wśród zrzuconych przez drzewa złotych liści, moknąc od siąpiącego z szarego nieba deszczu, uśmiechałam się pod nosem. Dokoła nie było nikogo, tylko ja i czarna kula futra na końcu smyczy hasająca po błotnistej ziemi i resztkach trawy. Chwila banalna, a jednocześnie tak wyjątkowa. Codzienność, która jest wspaniała. Zdradzę Wam pewien sekret. Wiecie dlaczego wielu ludzi uważa się za nieszczęśliwych, niespełnionych? Bo wciąż czekają, aż ich życie zmieni się na lepsze. Obiecują sobie, że za x lat będą w innym miejscu, w innej sytuacji. Że będą szczęśliwsi. Nieprawda, będą wówczas równie rozbici jak teraz, bo wciąż będą marnować drogocenny czas na czekanie na coś, co być może nigdy się nie wydarzy. Po co tracić dni, skoro każdy z nich można przeżyć na inny, cudowny sposób? Cieszmy się tym, co jest tu i teraz. Nie wybiegajmy za bardzo w przyszłość, bo nigdy nie wiemy, co nas czeka. Doskonalmy się każdego kolejnego dnia, nie czekajmy na to, co zaoferuje nam przyszłość. Leo, tytułowy bohater powieści Matthew'a Quick'a postanowił, że kończy z marzeniami o lepszym jutrze. Postanowił wziąć sprawy w swoje ręce, i rozliczyć się z przeszłością, a także i teraźniejszością. Weźmy z niego przykład, i, parafrazując znane powiedzenie, żyjmy tak, jakby jutra miało nie być.

Nie czuję specjalnego sentymentu do twórczości Quick'a. Jego Poradnik pozytywnego myślenia kiedyś, dawno temu, wywołał we mnie dość pozytywne odczucia, jednak teraz na samo wspomnienie tej książki z dezaprobatą kiwam głową. Nie planowałam rozwijać dalszej przygody z jego powieściami, jednak jak ja to mówię, życie zaskakuje, i jakimś tam sposobem (pomińmy jakim), Wybacz mi, Leonardzie znalazło się na moim szklanym biurku. Skłamię twierdząc, iż nie poczułam zainteresowania tą pozycją, bo chociaż nie jestem miłośniczką drugich szans, to jednak nie eliminuję ich całkowicie. Czego mogłam się spodziewać? Pseudofilozoficznej powieści o jakże skomplikowanej ludzkiej psychice. Demony debiutanckiej powieści autora gdzieś tam nadal mi towarzyszą, stąd bardzo ostrożnie podeszłam do jego kolejnego dzieła. Niech stracę, stwierdziłam. Najwyżej rzucę tego całego Leonarda i jego zwariowany do granic możliwości świat w kąt pokoju, i będzie tam sobie leżał, dopóki ktoś łaskawie się nad nim nie zlituje. Cóż rzec mogę. Litość potrzebna nie była. A kąt pokoju ma się wspaniale, w pobliżu nie ma żadnej książki. Quick tym razem mi nie podpadł. Okej, podpadł, ale nie aż tak bardzo. Chyba jest dobrze.

Zacznijmy może od tego, że Wybacz mi, Leonardzie jest powieścią, najprościej mówiąc, smutną. Głównym bohaterem jest chłopiec, który właśnie kończy osiemnasty rok życia. Niestety, nikt nie pamięta o jego urodzinach. Matka wyjechała i rozpoczęła nowe, wspaniałe życie w roli projektantki mody. Od czasu do czasu kontaktuje się z synem, utrzymuje go, i żyje w przeświadczeniu, że zielonymi papierkami da się załatwić wszystko. Ojciec, artysta jednego przeboju, zniknął. Rozpłynął się w powietrzu. Leo ma w swoim życiu cztery osoby, z którymi łączą go specyficzne, lecz pozytywne relacje. Żadna z tych osób nie należy do rodziny. Wybacz mi, Leonardzie to opowieść o chłopcu wkraczającym w dorosłość, który pragnie rozliczyć się z przeszłością, a który nie radzi sobie w teraźniejszości. Osoby postronne mogłyby Leonarda uznać za szalonego - tak właśnie odbiera go czytelnik, aż do momentu, w którym autor ujawnia, dlaczego główny bohater wyróżnia się swoimi zachowaniami i refleksjami. Quick w swojej powieści porusza drażniący, niewątpliwie przykry temat, na który boimy się rozmawiać. Nie zdradzę Wam jaki, gdyż odebrałabym Wam sens czytania tej powieści. Kiedy Leo zaczyna doprowadzać nas do granic wytrzymałości, kiedy mamy ochotę nazwać Peacocka głupim dzieciakiem, którego problemy są jego własnym wymysłem, Quick zrzuca na nas prawdę, która razi jak grom z jasnego nieba. Nagle wszystko się wyjaśnia, przechodzi nam chęć zamknięcia głównego bohatera w psychiatryku. Warto było żyć w błędzie, by później móc uświadomić sobie, jakie zniszczenia w psychice bohatera zostały wywołane przez... coś. Nic już nie mówię.

Główny bohater jest skomplikowaną postacią, której zachowania są nieoczywiste, a każde z nich odzwierciedla jego stan psychiczny. Leonard nie jest typowym osiemnastolatkiem, żyje w swoim świecie, a każdy dzień jest dla niego żmudną walką. Czerpie przyjemność z małych rzeczy, cieszą go ulotne gesty. Jest spragniony miłości i zainteresowania ze strony drugiej osoby, brak mu ciepła i poczucia bezpieczeństwa. Do koszmarnego stanu psychicznego bohatera w dużej mierze przyczyniła się jego matka, która również stanowi ciekawy portret psychologiczny. Rozpad rodziny, pozostanie samotną matką ją przerosło, rzuciła się w wir pracy, i uznając syna za wystarczająco dorosłego, by mógł sam za siebie odpowiadać, praktycznie pozbywa się go ze swojego życia. Kobieta ucieka od problemów, pragnie odzyskać równowagę i przeżyć drugą młodość - wszystko to kosztem własnego dziecka. Każda z postaci w książce Quick'a jest doskonale nakreślona, z łatwością można zauważyć, że autor lubi bawić się ludzką psychiką. Nic co ludzkie nie jest mu obce, można rzec. Wspomniane wcześniej bliskie Leonardowi osoby to charaktery ciekawe, mające znaczny wpływ na życie głównego bohatera. Quick każdego z nich postawił na życiowej ścieżce Peacocka w jakimś konkretnym celu - chłopiec wiele się od nich uczy. A oni od niego.

Narratorem powieści jest sam Leonard, co umożliwia nam spojrzeć na kolejne zdarzenia z jego perspektywy. Doświadczamy luksusu poznania jego myśli, co w przypadku akurat tej postaci jest niesamowicie istotne. Rozdziały są krótkie, a pomiędzy refleksje Leo i zdarzenia dnia codziennego, wplecione zostały tzw. listy z przyszłości. Z początku przeraziłam się wizją zderzenia skomplikowanej psychiki głównego bohatera ze światem fantastycznym, jednakże po chwili odetchnęłam z ulgą. Co irytuje? Banalny język, którym posługuje się Quick. I przypisy. Naprawdę, przypisy z Wybacz mi, Leonardzie śnić mi się będą przez najbliższe dwa tygodnie, całe czternaście nocy, a być może i dłużej. Niesamowicie utrudniają lekturę, sprawiają, że czytelnik gubi wątek i zapomina, co działo się w tekście właściwym. Przypisy będące rozbudowanymi dygresjami - pomysłowe, ale niepraktyczne. Jestem na nie.

Chłonąc ostatnie strony powieści, przewidywałam jak cała historia się skończy. Byłam gotowa na przeczytanie ostatniej strony, na której spisana cudzą ręką zostałaby moja wizja. Zostałam wyprowadzona w pole. Zakończenie zaskakuje, każdy z nas może interpretować je inaczej. Można sobie coś dopowiedzieć. Uznać, że to koniec. Albo i początek - czegoś nowego, lepszego (życia). Quick w Wybacz mi, Leonardzie jest równie specyficzny, jak i w swojej debiutanckiej powieści, która biła rekordy popularności. Popełnił powieść dobrą, intrygującą, dającą do myślenia. Zmuszającą do skategoryzowania pewnych wartości. Lecz nie zdobył mojego serca. Nie dałam mu się omotać, czar jego pióra na mnie nie zadziałał. Może kiedyś. Może w innym życiu. Zobaczymy.

Ocena: 6/10

Mam taką teorię, że z wiekiem tracimy zdolność do bycia szczęśliwym.

0 komentarze:

Prześlij komentarz