09 grudnia 2015

C.J. Daugherty, Carina Rozenfeld - Tajemny ogień

Stoisz przy oknie. Odsuwasz zwisającą z karnisza firankę, by móc dojrzeć świat rozciągający się za cienką taflą szkła. Widzisz ludzi - śmiejących się, zrezygnowanych, z twarzami ukrytymi w warstwach szalika; i tych ocierających łzy. Każdy z nas w tej jednej chwili walczy z inną myślą. Wszyscy pragniemy od życia czegoś diametralnie różnego. Tak nam się przynajmniej wydaje. Ale nasze pragnienia się pokrywają. Walczymy z problemami, które spędzają sen z powiek innym. Jesteśmy jednostkami, lecz nie jesteśmy sami w tym świecie. Każdy z nas ma gdzieś kogoś, kto przeżywa dokładnie to samo. Czasami nie mamy pojęcia o istnieniu tej osoby. Czasami jest nam z nią absolutnie nie po drodze. Ale ona gdzieś tam jest. I czuje dokładnie te same myśli. 
Puszczasz firankę. Odchodzisz.

Taylor Montclair. Sacha Winters. Dwoje nastolatków, każde z nich boryka się z własnymi problemami dnia codziennego. Ona - dobra uczennica, on - od pewnego czasu buntownik. Dzielą ich kilometry. Łączy stara magia, z którą obydwoje, na swój sposób, mają do czynienia. Pewnego dnia ich losy splatają się ze sobą. Od tamtej chwili nic już nie jest takie, jakim było wcześniej.

Moja szalona miłość do książek potocznie nazywanych paranormalami prysła niczym bańka mydlana spory kawałek czasu temu, jednakże nie ukrywam, że po dziś dzień lubię sięgnąć po historię bogatą w głównego bohatera, który poszczycić się może nadzwyczajnymi zdolnościami, które objawiły się mu w najmniej oczekiwanym momencie jego dotąd spokojnego, bardziej lub mniej, żywota. Problem pojawia się wtedy, gdy w rękach trzymam dziesiątą już powieść, w osiemdziesięciu dziewięciu procentach przypominającą dziewięć poprzednich, które zdążyłam już sobie przyswoić. Kolejni autorzy powielają pomysły innych, cwanie myśląc, że jeśli pozmieniają tu i ówdzie pewne szczegóły, ujdzie im to na sucho, a oni sami zgarną wieczną chwałę, uwielbienie odbiorców i niemałe pieniądze. Bzdura. Powtarzalność jest czymś, co czytelnikom dawno się już przejadło - do pewnego momentu powielanie schematów było akceptowane, bo to wszystko było nowe, świeże, i fascynujące, do tej pory nieznane. Teraz, kiedy "fala" na paranormale przeminęła, każda kolejna powieść z tego gatunku, która trafi w me ręce, wydaje mi się być odgrzanym, dawno już niesmacznym posiłkiem. Nie chcę generalizować, jednak niemalże wszystkie książki tego typu brzmią identycznie. A ja wiem, że da się wymyślić na tym polu coś nowego. Coś, co nie będzie się kojarzyło ze Zmierzchem, Domem Nocy, Nevermore czy Niezgodną (chociaż tu już wchodzimy w trochę inny typ literatury). Wierzę w to. W coś przecież muszę.

Z twórczością C.J. Daugherty przez dłuższy okres było mi dość nie po drodze - jej Wybrani wylądowali u mnie na półce długo po polskiej premierze. Książka przypadła mi do gustu, jednakże nie zawojowała serca, czego o samej autorce powiedzieć nie mogę. Na ubiegłorocznych Targach Książki w Krakowie miałam przyjemność zamienić kilka słów z Daugherty, która swoją szczerością, bezpretensjonalnością, i olbrzymim uśmiechem wypisanym na twarzy przekonała mnie do siebie w stu procentach. Autorka w październiku bieżącego roku ponownie odwiedziła Polskę, tym razem na dłużej - odbyło się kilka spotkań w różnych miastach, także i w moim Krakowie. Kolejna, druga już wizyta C.J. Daugherty w naszym kraju na celu miała promocję książki, której samozwańcza Brytyjka jest współautorką - książki noszącej tytuł Tajemny ogień. Jest to powieść napisana przy współpracy z francuską pisarką, Cariną Rozenfeld. C.J. podczas krakowskiego spotkania opowiedziała o wspólnych działaniach z Francuzką, która to była prowodyrem powstania dzieła - to Carina napisała pierwszy rozdział, po czym przesłała go do Daugherty wraz z propozycją stworzenia wspólnej powieści, o czym podobno rozmawiały już dużo wcześniej. Mając fakt ten na uwadze, podczas lektury Tajemnego ognia starannie przeanalizowałam otwierający rozdział. Zastanawiałam się, co takiego urzekło Daugherty w zalążku tej opowieści, co spowodowało, że postanowiła pociągnąć tę wstępnie prowizoryczną historię, zawartą na kilku stronach, dalej. Do wniosków doszłam żadnych, gdyż rozdział rozpoczynający powieść jest, no cóż, słaby, Rozenfeld posiłkuje się tanim szokiem, mającym zachęcić czytelnika do dalszego tête-à-tête z powieścią. Widocznie C.J. dostrzegła pewien potencjał, o którym ja dyskutować mogę dopiero od momentu, w którym jej pióro weszło do gry.

Ledwie przewróciłam kilkanaście pierwszych stron powieści, a już do mych uszu dotarło pytanie No i jak tam ta książka?, na które bezceremonialnie odpowiedziałam splotem samych negatywnych epitetów. Przez parę chwil miałam wrażenie, że czytam coś, z czym już kiedyś miałam do czynienia (Grim Gesy Schwartz mi przyszedł na myśl), no i co, wielce zachwycona nie byłam. Przy około setnej stronie akcja nabrała konkretów i głębszego sensu - i wtedy nastał ten moment, kiedy szyja zabarwiła mi się purpurą, a oczy rozszalałe poczęły biegać po kolejnych linijkach tekstu. Wpadłam mocno w objęcia powieści, zachłysnęłam się kolejnymi zdarzeniami, i dałam się omotać, wciąż pragnąc więcej. Przyznaję, nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. Co wcale nie znaczy, że nie była ona płomienna i namiętna. Była. Lubię książki, które uzależniają do tego stopnia, że nie jest dla mnie ważne, czy jestem na uczelni, w tramwaju, sklepie czy na spacerze z psem - wciąż myślami jestem w świecie stworzonym przez autora, nie swoim własnym. Tajemny ogień jest jedną z nich. Kurtyna w dół.

Mamy dwójkę głównych bohaterów, dziewczynę i chłopaka, do których już od samego początku czujemy sympatię. To już spory sukces, bo brnięcie przez powieść, która opowiada o irytującym swymi zachowaniami i stylem bycia człowieku (lub nieczłowieku) to katorga wielka, męka uporczywa i zło absolutne. Taylor Montclair to zdolna, pilna uczennica, która wiedzie spokojne życie u boku kochającego chłopaka i dość roztrzepanej najlepszej przyjaciółki. Charyzmatyczna blondynka, lubiana, lecz, co bardzo ważne, nie ciesząca się szczególną popularnością w swojej szkole. Postać pogodna, czasami lekkomyślna, urocza. Nie miałam z jej osobą żadnego problemu, z czego radowałam się ogromnie. Dziewczyna mieszka z matką i siostrą w małym angielskim miasteczku, zaś jej dziadek jest wykładowcą na Oksfordzie. Również w Europie, lecz nieco dalej, bo we Francji, żyje Sacha Winters, chłopak, nad którym wisi wielopokoleniowa klątwa. W momencie, w którym go poznajemy, pozostało mu osiem tygodni życia. Sacha, tak jak i Taylor, mieszka z matką i siostrą. Od kiedy dowiedział się o ciążącym nad nim fatum, postanowił zrezygnować ze szkoły, znajomych i, co tu dużo mówić, normalnego życia. Tajemniczy, inteligentny, odpowiedzialny - ideał, który sprawiał, że moje serce biło szybciej. Autorki stworzyły dwójkę ciekawych, intrygujących głównych bohaterów, którzy „robią” całą opowieść. Niby prości, a jednak skomplikowani, sztampowi, ale wyjątkowi. Doskonale się uzupełniają, ich losy plastycznie się przenikają - Taylor jest dniem, a Sacha nocą. On mrokiem, a ona światłem. Brzmi klasycznie, jak na tego typu powieść przystało. Ale w tej dwójce jest pewna iskra, pewien… tajemny ogień.

Zazwyczaj sceptycznym okiem patrzę na powieści pisane przez dwoje i więcej autorów. Nigdy nie jestem w stanie pojąć, w jaki sposób kilka osób jest w stanie na tyle zgrać swe pomysły i style pisania, by opowieść była spójna, bez znaczących mankamentów, tak, by nie dało się odczuć, że to nie jedna osoba, ale więcej, pracowało nad daną historią. C.J. Daughety i Carina Rozenfeld udowodniły mi, że współpraca to dobra rzecz, bo w fabule nie dostrzegłam żadnych luk, niedopowiedzeń i drobnych uszczerbków. Autorki zaskakują czytelnika, sypią asami z rękawów, i sprawiają, że, jak już wcześniej wspomniałam, nie ma się ochoty wracać do realnego świata, gdy ten angielsko-francuski stoi dla nas otworem. Nacechowana emocjami, zgrabnie napisana opowieść o dwójce młodych, potencjalnie różnych, a jednak mających ze sobą wiele wspólnego ludzi. Dzielące ich kilometry nie przeszkodziły im w poznaniu się, we wspólnym wspieraniu się i wyciąganiu z problemów. Uprzedzam - jeśli sądzicie, iż jest to kolejne ckliwe love story z wątkiem paranormalnym w tle, mocno Was rozczaruję. Miłość gdzieś tam sobie krąży, powoli dojrzewa - lecz to nie ona gra pierwsze skrzypce w tej opowieści. I to się ceni.

Tajemny ogień to jedna z tych powieści, o której myśleć będę długo, prawdopodobnie aż do czasu, kiedy na księgarnianych półkach pojawi się kolejny tom cyklu. Daugherty i Rozenfeld zakończyły swoją pierwszą wspólną powieść w takim momencie, że tak naprawdę wiemy tyle, że nic nie wiemy. W książce dzieje się sporo, autorki nakreśliły nam intrygującą opowieść, jednakże nic nie jest do końca jasne, nie wiemy, jak zakończą się losy Taylor i Sachy. Nie pozostaje nam nic innego, jak tylko uzbroić się w cierpliwość, i głośno wzdychając, odliczać czas pozostały do premiery drugiej części, która, żywię olbrzymią nadzieję, rozwieje swoją treścią wszelkie wątpliwości, które wraz z uczuciem niespełnienia pozostały we mnie po lekturze Tajemnego ognia. Chcę więcej. To pewne.

Ocena: 9/10


To co za dnia wydaje się bezpieczne i znajome, nocą staje się całkiem obce.

0 komentarze:

Prześlij komentarz