01 stycznia 2016

Kiera Cass - Następczyni

Lubimy wmawiać sobie, że inni ludzie nie są nam do niczego potrzebni. Że spokojnie jesteśmy w stanie rozkoszować się samotnością. By sobie to udowodnić, często odcinamy się od sieci, wyłączamy telefony i spędzamy czas w swoim własnym towarzystwie, bo przecież tak najlepiej. Ile to razy opowiadaliśmy, że nie lubimy ludzi. Brak palców lewej dłoni, by zliczyć. Człowiek uwielbia topić się w tej swojej ułudzie. Stara się stronić od innych, by chwilę później sprawdzić ilość serduszek pod zdjęciem na instagramie. Lecz wbrew pozorom, my kochamy te drugie osoby. Cieszy nas ich towarzystwo. Po prostu boimy się, że nas skrzywdzą. Dlatego robimy unik. Człowiek jest zwierzyną stadną, nie umie funkcjonować w pojedynkę. Ale oszukiwać się lubi. Przepraszam, nie. Lubi barwić rzeczywistość. Bo ta podobno zbyt szara jest.

Księżniczka Eadlyn, następczyni tronu królestwa Illei, zawsze twierdziła, że doskonale poradziłaby sobie dzierżąc władzę w pojedynkę. Wiecznie zapracowana i doskonale zorganizowana przyszła królowa stroni od ludzi - wyłączając tych, których mianuje rodziną. Sytuacja polityczna królestwa nie jest najlepsza, dlatego też ojciec księżniczki, król Maxon, postanawia, że choć na chwilę odwróci uwagę swoich poddanych od ciągłych buntów i zamieszek poszukiwaniami kandydata na męża dla swej pierworodnej. Ku rozpaczy Eadlyn, zorganizowane zostaną Eliminacje, pierwsze takie w historii królestwa. Wybranych zostanie trzydziestu pięciu mężczyzn, którzy zabiegać będą o względy księżniczki. Aż w końcu ona zdecyduje się wybrać tego jedynego, który pomoże dźwigać jej ciężar władzy...

Od kilku minut siedzę na podłodze, opieram się o łóżko, i ze wzrokiem utkwionym w książkach stojących na regale naprzeciw mnie, biorąc raz za razem kolejne łyki kawy, która tego poranka wyszła mi doprawdy niezła, przeżywam. Na stoliku nieopodal leży Następczyni, nieświadoma, że to właśnie jej zadrukowane karty są przyczyną mojej głębokiej zadumy. Chwilę wcześniej, doczytując ostatnią stronę powieści, pełna byłam frustracji i żalu. Emocje te jednak szybko przycichły, ustępując miejsca refleksji. Tak bardzo lubię, gdy zakończenie doprowadza mnie do radosnego obłędu. I tak bardzo nie potrafię zaakceptować tej niewiedzy, którą na srebrnej tacy serwuje mi autor. Skrajnym człowiekiem jestem, wolno mi.

Pomimo całego mojego oddania serii stworzonej przez Kierę Cass, wiadomość o wydaniu kolejnej, czwartej części cyklu, była dla mnie niemałym szokiem, i nie ukrywam, że przyjęłam ją dość sceptycznie. Autorka zapowiadała trylogię, jednak gdzieś tam po drodze jej plany uległy zmianie, i zdecydowała się na opowiedzenie kolejnej historii, bliźniaczej niemalże - tym razem świat nie kręci się wokół dobrze nam już znanej postaci Ameriki Singer, lecz wokół księżniczki Eadlyn, córki obecnego króla Maxona; osoby chłodnej i maksymalnie skupionej na swojej pracy. Gdybym powiedziała, że nie spodziewałam się kalki losów niegdysiejszej Piątki, nieco przeinaczonej i pokolorowanej, skłamałabym. Nie dopuściłam do siebie myśli, że być może autorka zaskoczy nas czymś nowym, czymś, z czym w poprzednich tomach nie mieliśmy do czynienia, i rozegra wszystko odmiennie, jednocześnie niwecząc wszelkie moje wyobrażenia. Różnice są obecne - już na samym początku spotykamy się z pierwszą z nich. Tym razem w Eliminacjach biorą udział nie kobiety, lecz mężczyźni. Po raz pierwszy w historii Illei zorganizowano tego typu widowisko, zawody, cyrk - nazwijcie to sobie jak chcecie. Do tej pory na tronie zasiadał mężczyzna, i to on wybierał sobie żonę. W Następczyni sytuacja się odwraca, następuje zamiana ról. W czwartej części cyklu cała eliminacyjna farsa przedstawiona jest z punktu widzenia przyszłej królowej, która jest narratorką. Wraz z nią przeżywamy chwile radości i smutku. Nie obserwujemy już wyścigu o książęce względy z perspektywy jednej z uczestniczek Eliminacji, jak było do tej pory. Teraz Cass daje nam szansę dostrzec wszelkie obawy i wątpliwości kierujące sercem Eadlyn podczas niekończącej się potyczki o jej rękę.

Odnoszę wrażenie, że Następczyni, wbrew pozorom, jest doroślejszą wersją otwierającej serię trylogii. Bajka gdzieś zanika, pozostaje brutalna rzeczywistość, w której główna bohaterka próbuje się odnaleźć. Do tej pory właśnie to pomieszanie dwóch tak odrębnych światów ceniłam w powieściach Cass najbardziej. Uwielbiałam to magiczne ubarwianie szarych realiów. Przyznać jednak nie tylko muszę, ale przede wszystkim bardzo pragnę, że w Następczyni odebranie kilku kolorów wyszło zaskakująco dobrze. Znów mamy rywalizację, ponownie obserwujemy walkę o miłość w pałacowej przestrzeni. Lecz tym razem zadajemy sobie inne pytania, zwracamy uwagę na diametralnie różne sytuacje. Eliminacje to już nie świetna zabawa i książęcy obowiązek, ale przede wszystkim polityczna konieczność, na którą księżniczka godzi się przez wzgląd na swoich rodziców. Eadlyn jest niezwykle intrygująca postacią, pełną dumy i godności, mocno zapatrzoną w siebie, czasami zbyt przesadnie. Księżniczka mocno skupiona jest na roli, którą przyjdzie jej odegrać w dalszym życiu. Ambitna aż nazbyt, stroniąca od ludzi, samotniczka. W oczach ludu jej wizerunek nie jest korzystny, postrzegana jest jako osoba idąca po trupach do celu. Autorka nakreśliła bardzo ciekawy portret psychologiczny, który „robi” całą powieść. Następczyni tronu kieruje się swoją własną specyfiką. Lubię oryginalne charaktery. I lubię tę opowieść.

Żal do autorki mam z powodu jednego tylko elementu. O przewidywalności mowa. Niektóre zdarzenia były zbyt oczywiste (Kile, tak bardzo boli mnie postać tego chłopaka i sytuacje z nim związane, tak bardzo!), uśmiech zwycięstwa zdecydowanie zbyt często pojawiał się na mej twarzy, gdy za każdym razem akcja toczyła się dokładnie tak, jak sobie to chwilę wcześniej wymyśliłam. To jedyne, do czego mogę się przyczepić. Innych zastrzeżeń nie mam. Autorka operuje swobodnym, lekkim i przystępnym językiem, buduje interesujące dialogi, a pomysłów jej nie brakuje. Fabuła jest dopracowana i przemyślana, zaś bohaterowie wciąż zajmują naszą uwagę, nie pozwalając na chwilę nudy. Mam duży sentyment do tej serii, dobrze bawię się podczas lektury kolejnych tomów, i poczułam naprawdę sporą satysfakcję po przeczytaniu Następczyni, gdyż finalnie pozbyłam się obaw, że szalony i dość ryzykowny pomysł Cass o dopisaniu kolejnych przygód mieszkańców Illei, nie sprawdzi się. Spojrzenie na Eliminacje od tej drugiej, książęcej strony, było interesującą alternatywą.

Po raz kolejny dane mi było zetknąć się z postaciami, w których towarzystwie dobrze się czuję; ponownie wkroczyłam do znanego mi świata, który przez te dwadzieścia lat nie doznał aż tak znaczących przemian. Pewne rzeczy się nie zmieniają - tak jak nie zmienia się zdolność Kiery Cass do opowiadania pięknych historii, w których zatracam się bez reszty. Seria tworzona przez amerykańską autorkę ma swoją własną magię, pod wpływem której wciąż pragnę więcej. Stąd moja początkowa sceptyczna postawa dotycząca powstania czwartego tomu zmieszana była z nutą czystej radości, i co tu ukrywać, zaintrygowania. A teraz czekam, z jeszcze większym utęsknieniem, na część kolejną. Bo wracając do początku, zakończenie wywarło we mnie fantastycznie skrajne emocje. I tak właśnie ma być.

Wydaje mi się, że nikt nie wie na pewno, czego szuka, dopóki tego nie znajdzie.

0 komentarze:

Prześlij komentarz