31 stycznia 2016

Przedpremierowo: Kelly Creagh - Nevermore. Otchłań


Niechże nie wydaje Wam się, że sen to ukojenie dane nam po całym dniu udręki. To właśnie w świecie snu odgrywają się wszelkie nasze największe obawy, tam doświadczamy grzechu, i tam cierpimy za wszelkie krzywdy przez nas wyrządzone. Sen może być spełnieniem naszych najskrytszych fantazji, ale może objawić się także jako koszmar, który na długo zapisany zostanie w naszej pamięci, sprawiając, że jawa przerażać nas będzie jeszcze bardziej, niż dotychczas. Śnienie to niebezpieczna wędrówka poprzez zakamarki naszej duszy - noc obdziera nas ze wszelkich ról, które gramy za dnia. W nocy jesteśmy nadzy, bezbronni. Tak bardzo niewinni. I to nie my decydujemy o swoim losie. My tylko możemy być. I czuć.

Czyż życie nie jest snem, który się śni we śnie?

Obiecałam sobie, że nie obdarzę Was czystym bełkotem, który uformowały myśli i emocje w mojej głowie. Chaos dzieje się tam niesamowity, ujarzmić go nie umiem, albo i po prostu nie chcę, bo przyznam szczerze, że miło mi z nim. Są takie książki, których nienawidzimy już od pierwszej strony. Są te, które mają wydźwięk w nas samych tak obojętny, że żałujemy siebie, a przy okazji autora, który dzieło poczynił nad wyraz nijakie, ku naszej udręce. Ale natykamy się czasami na takie powieści, które rujnują nasz świat faktem, iż wszystko, co dzieje się na ich kartach, jest tak bardzo poza naszym zasięgiem. Te ostatnie zdarzają się rzadko, za rzadko, ale może to i dobrze, bo gdyby było ich zbyt wiele, przyzwyczailibyśmy się do szczęścia, które stałoby się naszą rutyną, jednocześnie gdzieś gubiąc swoją wyjątkowość. Na te książki czekamy, wyglądamy ich, a one zjawiają się w najmniej oczekiwanym momencie - jak w sumie wszystko, czego bardzo pragniemy, a co przychodzi, gdy już nadzieja zostaje utracona. Ja tych książek w życiu swym spotkałam kilka, i za każdą z nich wdzięczna jestem autorowi, który pozwolił mi żyć tak, jak nigdy żyć nie będę. I właśnie z tego miejsca dziękuję pannie Creagh, będącej jednym z moich literackich aniołów. Ona, kilka lat temu, spełniła kilka mych snów. I teraz, znów, zrobiła to ponownie, budząc w mym sercu i wyobraźni emocje, o istnieniu których dawno zapomniałam. 

Kiedy uświadomiłam sobie, że od premiery pierwszej części trylogii Nevermore w Polsce minęły już ponad cztery lata, zaczerpnęłam głęboki oddech. Pamiętam, jakby to było zaledwie dzień czy dwa temu, jak otrzymałam do rąk własnych prebooka dzieła Creagh, i zatracałam się nad urokiem prowizorycznej okładki. Jakże to było dawno temu! Doskonale przypominam sobie, jak przeżywałam kolejne rozdziały powieści. Emocje szarpały mną piękne, na wagę złota, emocje, które zdarzają się rzadko. Po premierze tomu drugiego było podobnie, też zastanawiałam się, czym jest powietrze, gdyż z przejęcia lekturą, zapominałam niemalże o tak naturalnej czynności, jaką jest oddychanie. W stylu, którym Creagh operuje, w sposobie jej budowania świata przedstawionego jest coś niesamowicie wyjątkowego, coś, co zmiażdżyło moje serce do cna, wywołując rozkosz nieopisaną. Bałam się, że przez te kilka lat, podczas których moja estetyka literacka nieco ewoluowała, moje postrzeganie twórczości Creagh się zmieni, a co za tym idzie - bałam się, że ostatnia, finalna część, tak bardzo upragniona i wymodlona, nie wstrząśnie moim światem tak gwałtownie, jak zrobiły to dwa pierwsze tomy. Lękałam się, że sama Creagh przestanie wierzyć w tę historię, i dokończy ją dla zasady, bez tej wrażliwości, do której nas przyzwyczaiła, bez poszanowania uczuć czytelnika spragnionego lektury. Nevermore to ten rodzaj twórczości, który malował na mej twarzy uśmiech, na który kapały łzy. I tak bardzo nie chciałam stracić tej pewności, której tak kurczowo się trzymałam, tak usilnie odpychałam od siebie myśli, że z trzecią częścią coś będzie nie tak... Krakałam. Niczym kruk. Ku własnej szkodzie. Ale się nie stało. Moja zguba została odroczona.

Jeśli nie pamiętacie dobrze tej historii, co jest możliwe, bo sporo czasu upłynęło od wydania poprzedniego tomu lub jeśli, o zgrozo, jej nie znacie, gwoli wyjaśnienia - mamy cheerleaderkę i gota, którzy nie mają ze sobą absolutnie nic wspólnego. Jednak zmuszeni zostają do współpracy nad projektem z literatury, i od tamtej pory ich czysta obojętność względem siebie przemienia się w coś magicznego, co szkoda byłoby definiować, bo zasłyszałam ostatnio, że definicje zabijają wszystko to, co określić mają, zamykając w pewnych ramach, uśmiercając to, czego słowami ująć się nie da. Do codzienności tej dwójki wkrada się swoiste zło, które nie pozwala im oswoić się z wizją wspólnej przyszłości. Varen ginie w odmętach mrocznego świata, a Isobel robi wszystko, by uratować go przed jego własnymi koszmarami. Pytanie tylko - czy skupiając się na sennych marach chłopaka, sama nie padnie ofiarą czyhającego na nią, nocnego marzenia.

Kelly Creagh snuje opowieść mroczną, która z początku może wydać się nam infantylna. Świat realny, codzienność, zostaje spleciony ze sferą snu, który spowija kolejne wydarzenia mgłą w odcieniu fioletu. W Otchłani tego realizmu jest coraz mniej, gdyż powoli dwa światy stapiają się w jeden, ku udręce głównej bohaterki, która ze wszystkich swych sił usiłuje zatrzymać niszczycielski proces. Isobel sama już nie wie, co jest prawdą, a co tylko wytworem jej wyobraźni. Gubi się, przemieszczając pomiędzy światami, żaden z nich nie stanowi bezpiecznej ostoi. Pozbawiona miłości, nadziei i bezpieczeństwa, jest na skraju szaleństwa. Wędrówka pomiędzy światami niszczy ją, lecz ona z uporem dąży do tego, by wszystko było tak, jak kiedyś. Zanim mroczny świat wciągnął Varena i uwięził go, by ten na zawsze żył jedynie koszmarami. Creagh jako bazę swojej powieści potraktowała twórczość Edgara Allana Poe, jego dzieła były inspiracją do napisania tej opowieści, co na pewno jest olbrzymim elementem jej wyjątkowości. Jednak to przede wszystkim wyraźny, charakterystyczny styl, którym operuje Kelly, a także jej kolejne pomysły, sprawiają, że Nevermore żyje w wyobraźni mojej oraz wielu innych czytelników swoim własnym życiem. Fabuła powieści nie jest oczywista, autorka lawiruje pomiędzy dwoma światami, i nigdy nie pozwala czytelnikowi poczuć się zbyt pewnie. Co jest niesamowite, ta opowieść jest tak mocno przesiąknięta tematyką nocnych koszmarów, że podczas jej lektury sami gubimy się pomiędzy kolejnymi linijkami tekstu, mając wrażenie, że balansujemy na krawędzi jawy i snu. Dzieło autorstwa Creagh jest wyjątkowe, nieporównywalne do żadnej innej książki. Nie jest to typowy przykład literatury typu paranormal romance. To coś dużo poważniejszego, coś, z czym jeszcze się nie zetknęliśmy. Autorka mocno kontroluje psychikę swojego odbiorcy, działa na jego zmysły i ukazuje dwoistość naszych natur. Noc czyni nas innymi. Bardziej wyrazistymi. Świadomymi samych siebie. Noc przeważa nad dniem, odkrywając przed nami pragnienia, do których nie przyznajemy się, gdy słońce góruje u szczytu nieba.

Emocje. Są wszędzie. Na każdej kolejnej stronie. W każdym dialogu. W każdym opisie. W słowie. Zdaniu. Akapicie. Otchłań pogrąża nas wywołując emocje, w których toniemy. Zatracamy się coraz bardziej, a z każdą kolejną chwilą pragniemy więcej, nigdy nie mamy dość. Nasz głód nie zostaje zaspokojony, wciąż nie jesteśmy syci. Żadna inna książka nie wywołała we mnie tak silnych emocji, jak właśnie każda kolejna część Nevermore. Ta powieść to taka pułapka, która łapie nas w sidła i torturuje miłością i nienawiścią, którymi jest przepełniona, a którym do siebie jest zarazem tak daleko, ale i tak blisko. Trzecia część stanowi doskonałe uzupełnienie dwóch poprzednich, opowiedziana przez autorkę historia żyje w nas niczym sen nawiedzający w nocy, po którym długo nie możemy się otrząsnąć. I ja właśnie nie mogę się otrząsnąć - bo to przecież koniec. Definitywny koniec pięknej opowieści, która żyje we mnie, a ja w niej. Nevermore to marzenie senne, które przyśniłam na jawie. Które zawróciło mi w głowie swym pięknem, ale i grozą. Wszystko kiedyś musi się skończyć. A wraz z tą historią, skończyła się jakaś część mnie.

Kiedy dotarła do mnie radosna nowina, iż zakończenie tak ważnej dla mnie trylogii w końcu zostanie wydane, poczułam niewysłowioną radość, ale i lekki niepokój. Pokuszę się o stwierdzenie, iż twórczość Creagh w pewien sposób ukształtowała mnie samą tych kilka lat temu. I ciekawość, czysta ciekawość, jak to będzie, po tylu latach, po tylu zmianach w moim życiu, jakie się poczyniły, jak to będzie powrócić do ukochanego, tak bardzo mi drogiego świata, który wywarł na mnie spory wpływ. Jak już wcześniej wspomniałam, bałam się tego powrotu okrutnie, czułam strach, że zawiodę sama siebie. Że odbiorę tę historię zupełnie inaczej, niż wcześniej. Że, po prostu, nie będzie już moja. Kiedy treść powieści stała się dla mnie dostępna, zachłannie przebiegałam oczami po tekście, sprawdzając, czy to jest to. I jakże wdzięczna jestem autorce, że nic ze swojej magii nie straciła, i wciąż potrafi czarować moją wyobraźnię. Jakiż kamień spadł z mojego serca, gdy uświadomiłam sobie, że mogę rzec: to jest ta historia, którą pokochałam. I kochać będę wiecznie, bo chociaż może się to Wam wydać śmieszne, ja naprawdę wielbię tę opowieść. I nawet jestem w stanie wybaczyć Kelly, że w finalnym tomie zrobiła z mojego ulubionego Varena pozbawionego charyzmy i tego charakterystycznego, mrocznego uroku bohatera. Isobel nadrabia za niego. Lecz wciąż, niezmiennie - postaci to mocna część powieści. Dwójka głównych bohaterów, a także istoty skrywające się w sferze snu, które są szalenie fascynujące - oni są niesamowicie ważnym elementem całej historii.

Nevermore. Otchłań to opowieść eteryczna i namiętna, która obezwładnia zmysły i wzmaga nasze pragnienie ucieczki za zasłonę snu. Tej książki nie wolno analizować, ją po prostu należy odczuwać. Przeżywać. Dać się strawić emocjom wywołanym przez kolejne akapity. Kelly Creagh popełniła mistrzowskie zakończenie trylogii odkrywając kolejne karty, jednocześnie nie pozbawiając historii charakterystycznej nuty tajemnicy. Zręczne operowanie symboliką, wtrącanie cytatów z utworów Poe'go, lekkość i plastyczność pióra autorki - między innymi właśnie te elementy uczyniły z Otchłani powieść tak wyjątkową, tak nacechowaną emocjami, tak inną i charyzmatyczną. Motyw Poe'go, ciągła walka o spełnienie marzeń i burzliwy romans w tle to połączenie doskonałe, połączenie, które nawiedzać w snach będzie wielu. Przez długi czas.



PREMIERA W MARCU 2016

0 komentarze:

Prześlij komentarz