20 lutego 2016

Gail McHugh - Amber







Często nie wiemy, co jest dla nas najlepsze. Popełniamy błędy, mylimy się. Wciąż szukamy swojej życiowej ścieżki, bo chociaż momentami doświadczamy stabilności i pewności, znika ona w najmniej oczekiwanych momentach. Nienawidzimy dokonywać wyborów. Nie umiemy się zdecydować, czego tak naprawdę chcemy. Sugerujemy się postępowaniem innych. Malujemy na swych twarzach uśmiechy, mimo cisnących się do oczu łez. Zabawna ta gra. Gra zwana życiem.


Zabawne, że sprzeczności targają nami zawsze. Zupełnie jakby pod naszymi czaszkami toczyła się nieustanna walka nieba z piekłem.

Stałam na przystanku autobusowym, i czekałam. Wiecznie zawodzący mnie 139 i tym razem nie uszanował szansy, którą podarowałam mu niezliczony już raz. I znowu pożałowałam, regularne spóźnienie ponownie stało się rzeczywistością. Stałam tak, kryjąc połowę twarzy w szaliku, deszcz zalewał mnie strumieniami. Włosy przykleiły mi się do głowy, ubranie stało się nieprzyjemnie wilgotne, a i humor upadł gdzieś na samo dno, od którego długi czas odbić się nie chciał. I nadal, stałam tak, obserwowałam ludzi uciekających przed spadającymi z nieba kroplami, i szukałam na cudzych twarzach uśmiechu. Nie znalazłam. I wciąż, stałam, i kiedy już się poddałam, kiedy zdenerwowanie moje osłabło, kiedy poczułam czystą rezygnację, przestałam patrzeć, przestałam szukać, uciekłam w myśli, daleko, z dala od mokrego chodnika, w który raz po raz uderzałam obcasem. Autobus nie przyjechał. Zadrżałam. Bynajmniej nie z zimna.


Moje przekonanie, iż historie greyowe doczekały się swojej jesieni, było dość spore, aż do momentu, kiedy w dłonie me nie wpadła Amber, która tylko i wyłącznie z dziełem E.L. James mi się skojarzyła. Mając o tej książce pojęcie wyłącznie powierzchowne, postanowiłam zapoznać się z historią w niej ukrytą. Zdarzyło się, tak, lecz było, minęło. Na tamten moment potrzebowałam powieści lekkiej, dającej odprężenie, ta wydała mi się akuratna. I teraz uderzam się dłonią w czoło, bo pisanina ta przysporzyła mi więcej udręki, niż zabawy, a tej ostatniej w sumie nie było wcale. Nie wybrzydzam, zapewniam, na wszelkie świętości się klnę. Ale ciśnie mi się na usta jedno pytanie, ile można?, bo ja nadal mam wiarę w te wszystkie nowości, pragnę wierzyć, że nie będą powielały schematów swych starszych koleżanek. A właśnie taka Amber uświadamia mi, jak bardzo moje nadzieje są płonne, udowadnia, że powinnam pogodzić się z okresową jednostajnością i marazmem na rynku wydawniczym. Czasami myślę, że łatwiej byłoby się poddać. 


Tytułowa Amber jest dziewczyną po przejściach, z wielkim bagażem emocjonalnym, który każdego dnia taszczy za sobą. Pragnie uciec od koszmarów dzieciństwa, chce rozpocząć nowe życie - a rozpoczęcie studiów jest idealnym momentem, by plan ten zrealizować. Dziewczyna, do tej pory stroniąca od poufniejszych znajomości, poznaje na uniwersytecie dwóch młodych mężczyzn - Brocka i Rydera, każdy z nich powoli zaczyna zajmować specjalne miejsce w jej sercu. I nagle tworzy nam się trójkąt, tak powszechny, tak dobrze wszystkim znany - ich dwóch, ona jedna, love is in the air, i takie tam. To jest ten moment, kiedy powinniście zrozumieć moją wcześniej już ujawnioną frustrację, i że się powtórzę - ile, cholera, można. Zastanawiacie się pewnie, dlaczego wyżej przywołałam Greya, nie zaś Zmierzch, który przy schemacie dwa plus jeden pasowałby wyśmienicie (jak tak analizuję sobie, do jakich powieści się odwołuję, zastanawiam się mocno, czy literacko nie upadłam zbyt nisko). O tym za chwilę (o przywołaniu, nie o moim upadku) - ale tak, racja, z historii Stephenie Meyer też tu jest jakiś promyk. Amber to takie typowe lekkie, wakacyjne czytadło, idealne na plażę, na kocyk - jednak tylko dla nielicznych, tych, którzy w stanie są wytrzymać trójkę nad wyraz irytujących postaci, które połączy płomienny romans. Nudna jest ta oczywistość, nieprawdaż?


Co interesujące, ta opowieść ma potencjał. Pominąwszy fakt, że zarówno główna bohaterka, jak i jej dwoje super-ciach to istoty wywołujące jęk złości, to mamy tutaj trzy naprawdę intrygujące portrety psychologiczne. Każde z trojga ma za sobą jakąś przeszłość, z której demonami boryka się w teraźniejszości, przeszłość, która rzuciła cień na ich dalsze losy. Na kartach powieści możemy dostrzec, w jaki sposób radzą sobie ze swoimi problemami, jak się do nich ustosunkowują, i jaki one wpływ mają na ich codzienność. I wszystko byłoby naprawdę świetnie, bo kilka scen jest naprawdę udanych (a raczej: byłoby), gdyby nie jeden mankament. Seks. Jest. Wszędzie. Do przesady, do bólu, do chronicznej irytacji. Wyobraźcie sobie taką scenę: dwójka postaci rozmawia na temat swoich rodzin, robi się poważnie. Wymieniają się wspomnieniami, autorka buduje nastrój. I nagle, bach, wszystko zostaje zepsute, bo jeden z bohaterów, przerywając snucie bolesnej, emocjonującej opowieści, wspomina, jak bardzo marzy o kontakcie fizycznym z tą drugą osobą. Tak po prostu, wypowiedź wyrwana z kontekstu. Autorka w swojej powieści chciała pokazać, że całą trójka radzi sobie z problemami przy pomocy bliskości fizycznej. Świetnie, ciekawa koncepcja. Wyrzucanie z siebie emocji, pozbywanie się negatywnych odczuć za pomocą seksu. Dobra. Ale gdzie są granice dobrego smaku, gdzie jakakolwiek subtelność. Boli podwójnie, bo gdyby autorka nieco poskromiła swe zapędy, ta książka nie byłaby lekką czytanką dla dzieciaków z gimnazjum, wchodzących w okres dojrzewania, a co za tym idzie, przechodzących fazę fascynacji seksem; a także pań po pięćdziesiątce, namiętnych czytelniczek Greya i członkiń fanclubu E.L. James, które zapragnęły przeżyć drugą młodość dzięki lekturze takiej książki. Nie chcę generalizować, wiadomo, ta powieść znajdzie także innych czytelników, mniej lub bardziej zadowolonych z jej lektury. Ale ja nie czuję się usatysfakcjonowana. Bo bardzo, bardzo nie lubię, kiedy dobry pomysł spotyka się ze średnią lub nawet kiepską realizacją. 


Amber jest infantylna. Momentami nawet głupiutka. I mówię tu zarówno o powieści, jak i o jej głównej bohaterce. Gail McHugh gdzieś tam próbowała otrzeć się nieco o thriller, powieść psychologiczną i obyczajową. Nie wyszło to rewelacyjnie. Akcja w wielu momentach traci wartkość. Ale co najbardziej denerwuje, to te absurdalne, często niesmaczne, wciąż pojawiające się nawiązania do seksu, które psują wszystko. I ta dzika zachłanność głównej bohaterki do posiadania obu mężczyzn naraz, mężczyzn, którzy darzą ją wielkim uczuciem, a których ona traktuje jak zwykłe zabawki, których można mieć więcej niż jedną. Model dwa plus jeden jest nam dobrze znany (żeby nie powiedzieć: oklepany), chociażby z wielu powieści typu paranormal romance - wciąż zaskakuje mnie, że twórcy wykorzystują go w swoich dziełach. McHugh posługuje się bardzo prostym, nieskomplikowanym językiem, który pasuje do realiów opowiadanej przez nią historii. Ale, co przyznać muszę, jej opisy zbliżeń pomiędzy bohaterami są dużo lepsze niż te tworzone przez przywołaną już przeze mnie E.L. A to się ceni.


Miałam problem z tą historią, bo chociaż męczyła mnie ona niesamowicie, miałam momenty słabości, podczas których chciałam wiedzieć, co będzie dalej. Coś mnie tam chwilami przyciągało, chyba ten wciąż tlący się promyczek nadziei, że będzie lepiej, że autorka mnie zaskoczy, że postaci bohaterów się wyklarują. Spełnienia swoich oczekiwań się nie doczekałam, co jednak nie znaczy, że odradzę Wam tę książkę, bo być może właśnie tego szukacie - nieskomplikowanej historii o trójce młodych, których połączyło uczucie, a także osobiste problemy i troski. Amber jest dla mnie powieścią słabą, której potencjału autorce nie udało się wykorzystać. Być może McHugh nadrobi wszelkie niedoskonałości w kolejnej części. Ja, na razie, jestem na nie.

0 komentarze:

Prześlij komentarz