15 października 2016

Napisz brzydkiego maila, ktoś się w Tobie zakocha - „Załącznik”, R. Rowell

Przeszywający moment, kiedy idziesz ulicą wymachując parasolem, pojedyncze krople kapią ci na nos, kaptur się zsunął, a Ty uśmiechasz się wściekle, wszystko wokół jest tak piękne; i nagle przestajesz, bo nawiedziła umysł Twój jedna myśl, że wcale nie jest, jak być powinno. Głęboki wdech nie zapewnia wystarczającej ilości powietrza, ręce zaczynają drżeć, przygryziona warga nabiega krwią, następuje rozbicie, świat się zatrzymał, to, co było, już nie jest, rozlatuje się na wszystkie strony świata, tracisz siebie, i stoisz, tkwisz bez ruchu, znowu ty. Było dobrze, zapewniasz się. Co znaczy dobrze. Nie, nie było. Było oszustwo, perfekcyjna mistyfikacja pozoru szczęścia. Nabierałeś sam siebie, jak każdego szarego poranka, kiedy pierwszy łyk kawy przepływa przez gardło, a Ty stoisz przy oknie, i patrzysz w dół, na tych ludzi, którzy pewnie mają lepiej od Ciebie, bo oni mają, a Ty nie masz. Ale czego?

Wszystko na tym świecie warte jest niczego. Nawet miłość jest nic nie warta* - dobiegło do mnie takież stwierdzenie, przypuszczalnie z okolic stolika obok. Późne czwartkowe wieczory na Stolarskiej, ciche rozmowy (jak widać, nie dość), papierosowe dymy i piwo ściekające po blacie naprzeciw. Oderwałam wzrok od tańczącego przede mną płomienia świecy, podniosłam nieznacznie głowę, i jakiś uśmiech się pojawił. A może jej nie ma. Albo jest. Ale nie dosięga każdego. Parsknęłam. I zdmuchnęłam tlące się światło. 

Żyjemy w przestrzeni czasu naznaczonej upartą niezależnością, bolesnym dążeniem do wolności i przeszywającą obojętnością, którą studiujemy kolejnymi dniami, i która gra nam w duszach coraz efektowniej. Poproszenie o pomoc jest oznaką słabości, niepowodzenie końcem dobrego zdania o samym sobie. Plątamy się w relacjach, nie lubimy mówić o swoich niedociągnięciach, uczucia chowamy do kieszeni, bo nie ma miłości - jest kawa. I miliony innych rzeczy, na których skupiamy swoją uwagę, by finalnie nie oszaleć przez ten cały chaos, który kotłuje się wewnątrz nas. Kiedy nam zależy, nie okazujemy tego, bo to ponoć żenujące. Uczucie to taka słabostka, a słabostki są niedobre. Nie w naszym świecie, gdzie liczy się pozycja, tu nie ma miejsca - ani czasu - na czułe słowa. Których i tak nikt nie usłyszy. Strach czai się pod skórą, a wyznania, które najchętniej zostałyby wykrzyczane, tłumione są, tkwią gulą w gardle. Najbardziej bolą słowa niewypowiedziane - gdzieś zasłyszane. Uciekamy w karierę, nasze udawane schronienie. Zabijamy się wierzeniami, że uczucia, nie, to nie dla nas. Biegniemy pod prąd targając za sobą nadzieję, która jest po nic, bo jakże może być po coś, skoro pławimy się w marazmie.

Nie umiemy mówić o uczuciach.
Nie chcemy o nich mówić. Chcemy je mieć.
Najchętniej cudze. Nie swoje.

Dlaczego tak trudno jest nam przyznać się, do czego dążymy w życiu? Czego od życia oczekujemy? Czy wyznanie, że pragniemy mieć dla kogo wstawać rano, jest ujmą na honorze? Kiedyś wierzyłam w zabobony głoszące, że można wytrwać w samotności, uciekając od ludzi, chowając się. Wierzyłam w samowystarczalność, w umiejętność życia w pojedynkę. Przestałam. Kiedy zarzucę pytaniem: dla czego żyjesz? nikt nie odpowie mi: dla miłości. Ale każdy pomyśli. Tak, to takie proste. Ale wcale nie banalne. Życie dzielimy na kilka sfer, jednakże wszystkie one pozbawione będą sensu, jeśli uczucie w nas tlące się, zamrze - lub, co gorsza - nigdy nie zapłonie. Przyznajcie to w końcu, sami przed sobą. Wszystko, czego pragniemy - to miłość.

Załącznik, zapyta ktoś, o czym powieść ta traktuje. Odpowiedzi mogę udzielić prostej - o wszystkim tym, o czym mowa była wyżej. Głównym bohaterem powieści jest Lincoln O’Neill, młody mężczyzna, lat dwadzieścia osiem. Ukończył studia (skomplikowany temat), obecnie zajmuje się pracą w „Courierze” (kolejny skomplikowany temat), mieszka z matką (muszę się powtarzać?) i więcej egzystuje, niźli żyje (stop). Lincoln jest zagubiony w świecie, potrzebuje pomocy, jednak nikt nie wie, jak można mu pomóc. On sam też tego niestety nie wie, chyba że, wypiera tę informację z umysłu - albo z serca. Po zaliczeniu kilku fakultetów wrócił do rodzinnego miasta i od pewnego czasu poświęca część godzin nocnych na czytanie cudzych e-maili. Na tym polega jego praca - robi wszystko, by pracownicy gazety nie korespondowali ze sobą mailowo w zbyt częsty i trywialny sposób. Najlepiej wcale. Lincoln stoi na straży porządku firmy. Brzmi dumnie? Tylko brzmi. W rzeczywistości całe jego zmagania sprowadzają się do przesiewania kolejnych maili z kolokwializmami najróżniejszej maści i postaci, a także do etatowego gapienia się w sufit, który być może kiedyś na niego spadnie, i wtedy wszelkie jego (Lincolna, nie sufitu) problemy zakończą swój byt. Cała ta sytuacja jest, prawdę mówiąc, dosyć przykra (nie mylić z żałosną).

Choć to na Lincolnie skupiona jest praktycznie cała nasza uwaga, Rainbow Rowell, królowa powieści young adult, przedstawia nam skrawki historii dwóch kobiet, przyjaciółek, które pracują w tej samej instytucji, co nasz główny bohater, tyle że kilka pięter wyżej. Między kolejne sprawozdania poczynań młodego mężczyzny wplecione zostały maile Jennifer i Beth, maile, które z jakiegoś powodu trafiały do weryfikacji, obsługiwaną przez naszego delikwenta. Kolejne opowieści z dnia codziennego, ironiczne wypowiedzi, żarty i dylematy życiowe przyciągnęły uwagę znużonego Lincolna, stając się jednocześnie najciekawszym punktem każdego dnia. Czytanie cudzych e-maili nie jest najwdzięczniejszą pracą, trochę gryzie sumienie, a i człowiek dowiaduje się o współpracownikach faktów, których znać by nie chciał - jednak jeśli znajdzie się coś intrygującego, co wywołuje jedynie pozytywne emocje, co rozpiera wręcz serce, to i sumienie cichnie (tak odrobinę), i pragnie się więcej, coraz więcej.

Bo po czym poznasz człowieka, jak nie po jego najbardziej osobistych wiadomościach.

Powieści Rainbow Rowell charakteryzują się mocnym nakreśleniem tematu, który już sam w sobie jest gwarantem co najmniej przeciętnej powieści. Poruszane przez autorkę tematy nie są miałkie, wtórne; każda kolejna powieść opiera się przepisowo na standardowych ludzkich problemach, jednak opakowane są one w wyjątkowe historie - pisząc to, myślę głównie o Fangirl, opowieści szczególnie bliskiej mojemu sercu z uwagi na bogatą fandomową przeszłość, jak i o Eleonorze i Parku, która to z jednej strony jest opowieścią o dwójce zagubionych w świecie nastolatków, co jest typowe dla tego gatunku, lecz co wspaniałe, ich historia, tak bogata we wrażliwość pary, jest czymś więcej, jak tylko przedstawieniem losów (nie)szczęśliwej miłości. Inaczej wygląda sprawa tworzonych przez Rowell postaci, które choć charyzmatyczne, mają w sobie wiele cech dających się rozpoznać w bohaterach kreowanych przez innych autorów lub po prostu przewidzieć z góry osobom zaznajomionym z większą ilością dzieł gatunku young adult. Reasumując, ciekawe, acz niewyróżniające się postaci umiejscowione są w historiach z pozoru zwykłych, ale wyjątkowych, bardzo konkretnych. W przypadku Załącznika sytuacja wygląda podobnie. Główny bohater, zagubiony w swoim życiu młody człowiek, który z pozoru ma wszystko, nie czuje nic, tkwi w pustce, bezsensie przez samego siebie wykreowanym. Odważne stwierdzenie, zarzucanie postaci dążenia do autodestrukcji jest posunięciem ryzykownym, jednakże przypadek Lincolna O’Neilla jest dla mnie absolutną pewną. O tym za chwilę. Kończąc poprzednią myśl - typowy bohater w nietypowej sytuacji, bo na stanowisku czytelnika cudzych prywatnych wiadomości. Bardzo wyraźne, intrygujące nakreślenie sytuacji życiowej. Znowu nic w czymś, ponownie constans.

Rozmowy dotyczące tego, czego od życia pragniemy, prowadziłam z naprawdę wieloma osobami, jest to bardzo intrygujący mnie temat, i lubię narzucać go swoim rozmówcom (podobny zwyczaj miałam w dzieciństwie, kiedy moim ulubionym pytaniem, którym zbijałam wszystkich z tropu było co byś zrobił, gdybyś dowiedział się, że jesteś adoptowany?). Każdy w odpowiedzi opowiada o czymś diametralnie różnym, lecz kiedy minie już czas zarzucania kolejnymi wymarzonymi stopniami naukowymi, upragnionymi pracami czy miejscami, do których chciałoby się udać, przychodzi taki moment, kiedy każdy, prędzej czy później przyznaje, że chciałby od życia po prostu miłości. I nie mówimy tutaj o miłości czysto bajkowej, o nagle pojawiających się znikąd książętach na białych koniach, czy księżniczkach zamkniętych w najwyższej komnacie w najwyższej wieży. Miłość w tym przypadku bardziej rozumiana jest jako poczucie bezpieczeństwa, przynależności;  swoistego rodzaju ostoja, zbiór drobnych gestów - każdy do tego dąży, nawet jeśli podświadomie. Ugruntowana przez autopsję, wysnuć mogłam osąd, jakim obciążyłam głównego bohatera Załącznika, będącego klasycznym przykładem osoby, której w życiu wiele wychodzi, która wiedzie dostatnie, umiarkowanie ciekawe życie, której jednak pewnego elementu brakuje, swoistego rodzaju motoru napędowego, czegoś, co wszystkiemu innemu nada choć cień sensu. Postać Lincolna O’Neilla jest bardzo ciekawym portretem psychologicznym - błąka się, uderzając głucho w puste ściany, nie wiedząc, czego sam chce. Albo tego sobie nie uświadamiając. Na łamach powieści wielokrotnie wspominana jest jego pierwsza miłość, miłość prawdziwa, która miała być wieczna. Nasz bohater w pewnym momencie próbuje ogarnąć swoje życie, a robi to przy pomocy listy rzeczy, które rzekomo mu wychodzą - stworzonej przez Sam, dziewczynę, która odeszła, pozostawiając po sobie jedynie wspomnienia i zatrważające poczucie beznadziei. Lincoln nie jest skomplikowanym mężczyzną. Ambitny, ułożony, w dobrych stosunkach z rodziną. Jego życie, nie, egzystencja, skazane są na porażkę - bo, choć wiem, jak żałośnie to brzmi, usycha on z tęsknoty za miłością. Gdyby się pojawiła, trzymałby ją mocno, i nie puszczał. I w końcu, jego życie nabrałoby barw.

Do twórczości Rowell żywię ciepłe uczucia, lubię rowellowskie spojrzenie na emocje łączące ludzi - to właśnie one są korpusem tworzonych przez nią historii. Autorka doskonale zna się na ludzkich zachowaniach, umie jasno przedstawić, co komu w duszy gra, nawet jeśli wewnątrzpostaciowa sytuacja nie jest do końca klarowna. Pióro też ma lekkie, co w powieściach gatunku young adult jest szczególnie ważne. Czuję jednak pewien niedosyt po lekturze Załącznika. Przez niemalże całą powieść autorka skupia się na ciągłym mijaniu się głównego bohatera z poczuciem spełnienia, zaś finał, miast nadejść stopniowo, i wybuchnąć jak wielki fajerwerek, zjawia się pstryknięciem palców, i nagle mamy finisz, koniec, żegnamy się z Lincolnem. Trochę to zostało źle rozłożone, zbyt gwałtownie rozplanowane - a może zbyt wolno, zależy jak na to patrzymy. Co do samego zakończenia, było ono bardzo w charakterze Bridget Jones. Silne skojarzenie, nie wiadomo jednak do końca, czym tak naprawdę wywołane. Nie krzywduję jednak z tego powodu, bohaterka powieści Helen Fielding jest moją zdecydowaną ulubienicą. Czego o Załączniku powiedzieć nie mogę, gdyż według mnie jest on na tę chwilę najsłabszą powieścią autorstwa Rowell. Nie rozczulałam się tak jak w przypadku Eleanory i Parka, nie miałam dreszczy, jak przy lekturze Fangirl. Najprościej mówiąc, było, po prostu, okej, Załącznik jest lekturą przyjemną, i w wielu momentach naprawdę absorbującą. Ważna jest działająca również w przypadku tej opowieści zasada dotycząca mocnego tematu przewodniego fabuły, która to zasada miała większe pole do popisu właśnie w przypadku Załącznika, którego bohaterowie, prócz samego Lincolna, są raczej słabo nakreśleni, a i pewna monotonia się wkrada chwilami. Mocne sześć na dziesięć, bywało lepiej.

Wyrzucić autorce pragnę, prócz swojego umiarkowanego zachwytu powieścią i gwałtownego, acz prostego zakończenia, potraktowaną bez większej uwagi postać Beth, która odgrywa małą, lecz ważną, decydującą rolę w Załączniku. Jest to dość poważny błąd, który rzutuje na odbiór całej powieści. Rowell w tej książce jest jakaś inna, trochę mniej obecna; nieco roztrzepana, jakby pospieszna. Załącznik jest naprawdę miłą lekturą, jednak nie ma w nim tej wyjątkowości, tak charakterystycznej dla dwóch wspominanych przeze mnie powieści autorki. Zrzucić to mogę na karb faktu, iż Fangirl oraz Eleonora i Park to powieści kierowane do nieco młodszych odbiorców; Załącznik być może celowo zawiera w sobie nieco mniej tej magii, o którą tak walczę. Jeżeli faktycznie był to celowy zamysł, to z miejsca przyznam, że wolę Rowell w tym bardziej młodzieżowym wydaniu. Wiecznie mało mi czułości i pięknych słów, toteż stanę po tej łagodniejszej stronie barykady; gdzie jeszcze nie wszystko odbierane jest dosłownie, jak gdyby za kotarą snu. Załącznik to powieść przeciętna, której mocnym aspektem jest jej główny bohater oraz sytuacja, w której się znalazł. Opowieść lekka i swobodna, nieco za bardzo przewidywalna. Następnym razem poproszę o nieco więcej Rowell w jej własnej powieści. A technicznie - o lepszą korektę, bo koszmarnie dużo literówek się zaroiło. Wtedy będę trochę bardziej szczęśliwa.

* Zapis dosłowny.

0 komentarze:

Prześlij komentarz