01 listopada 2016

{Esej} Miłość w „Innych rozkoszach” Jerzego Pilcha

W życiu mężczyzny ważne są trzy rzeczy: święty spokój, dobry trunek, i kobieta, która nie będzie przeszkodą dla pierwszych dwóch. Jeśli uda jej się być ich doskonałym uzupełnieniem, jednocześnie tłem, a zarazem i spoiwem, fantastycznie. Jeżeli nie, niech po prostu sobie będzie, ale niech nie zakłóca chwili spoczynku przy ledwie widocznej na dnie szklanki szkockiej. Wielu będzie zaprzeczać, pretensjonalnym tonem rzucać, że kobiety mężczyznom potrzebne są jak pantofle bezdomnemu; wszakże lepiej żyje się bez nich, temat się wyczerpuje, nie ma co więcej słów marnować, bo i słów szkoda, i języka. I jeśli by się choć chwilę nad tym zastanowić, jak to się dzieje, że nagle mężczyźni stali się takimi chłodnymi, samowystarczalnymi samcami alfa własnego, jednoosobowego stada, odpowiedzi na myśl przychodzi wiele, a jedną z nich jest ta słynna samotność, z którą borykamy się wszyscy, a do której nikt przyznać się nie chce, bo i ujma to, i wstyd; im dłużej w niej tkwimy, tym bardziej ją sobie oswajamy, im bliższa się nam ona staje, tym chętniej w niej jesteśmy, wzbraniając się rękami i nogami przed nowymi doznaniami, żyjąc w ciągłym przestrachu przed nowymi osobami, które mogłyby okazać się reinkarnacją kogoś, kto uchylił przed nami drzwi tej naszej samotności, którą wbrew sobie, tak bardzo polubiliśmy. A przynajmniej tak nam wszystkim się wydaje. I tkwimy, sami ze sobą, wzdychając i łzy roniąc (tak, tak, nawet mężczyźni)
nad tym swoim nieszczęściem, i zamykamy się w biurach, w bibliotekach albo barach i knajpach, gdzie, jak pisał Gałczyński, (…) wąsy nad kuflami wiszą, bo w tych kuflach miła woń. Każdy znajduje swój własny azyl, uciekając przed szczęściem z dopisanym obok pytajnikiem, bo szczęście nigdy pewne nie jest, nawet wtedy, gdy już je trzymamy w garści, gdy jesteśmy jego (nie)szczęśliwymi posiadaczami, bo jak wszystko inne, ulotne jest ono jak diabli. I znów wypadałoby zapytać, kto pyta podobno nie błądzi, acz sporne jest to dość powiedzenie; zapytajmy, co się stało ze światem, dlaczego nie umiemy połączyć dwóch żyć, zawsze wybieramy jakieś jedno, dlaczego i ta układanka tak trudno nam przychodzi. Szczerych odpowiedzi szukać można i ze świecą i bez niej, i tak szansa na ich znalezienie niknie coraz bardziej. Boimy się przyznać (tak, tak, mężczyźni również), że kiedyś coś nie wyszło, że ktoś kiedyś zranił, że coś się bezpowrotnie rozpadło. Dlatego wszyscy sobie wmawiamy, że łatwiej jest bez. 

Ale czy na pewno?

Świat byłby nudny bez swoich sprzeczności, stąd też stwierdza się istnienie drugiego typu mężczyzn, tym razem tych, którym nieustanna wola walki o nowe doznania spać nie zezwala, którzy przed życiem nie uciekają,  a gonią to życie, i trwają, trwają do ostatku sił, bo przecież, co też innego im pozostało. Jest to ta kategoria mężczyzn, której kolejne przypadki popadają w marazm spowodowany ciągłym pociągiem seksualnym, od którego uwolnić się nie jest wcale łatwo.  Lecz po co w ogóle o uwalnianiu myśleć, jak to takie przyjemne. Mistyczne kobiece ciało jest dla takowych czymś na miarę posągu najwyższego boga, a umysł kobiecy, choć nie łudźmy się, nie zawsze, to ocean inspiracji, z którego czerpać będą w przerwach pomiędzy uprawianiem kolejnych miłości. Kobieta będzie muzą, ośrodkiem wszelkich wspaniałości i zmysłowości. I jeśli nie będzie się niepotrzebnie narzucać, zrozumie, że czas mężczyzny nie należy w stu procentach do niej, a przy tym zaaprobuje, grzecznie przemilczy, a najlepiej uda, że o niczym nie wie, fakt rozkosznego upajania się trunkami alkoholowymi, o których wcześniej była mowa (wstawmy w to miejsce jeszcze inne, bardziej lub mniej zgubne nałogi) to to już sobie zdefiniujemy jako czystą miłość. Takiej kobiecie snuć można obietnice związane z przyszłością we dwoje. Wypada także opowiedzieć o swoich rodzinnych stronach, bo to ciepło na sercu na samą ich myśl, musi znaleźć jakieś swe ujście, a kto sentymentalną paplaninę zrozumie lepiej niż kobieta. Te plany będą tak realne, że sam w nie mężczyzna uwierzy. A potem obydwoje się rozczarują, jak nagle przyjdzie co do czego i…

Gdy w roku Pańskim 1990 doktor weterynarii Paweł Kohoutek spojrzał w okno i ujrzał idącą przez ogród swą aktualną kobietę, z właściwym sobie pyszałkowatym fatalizmem pomyślał, iż przydarzyła mu się przygoda, która winna być ostrzeżeniem dla wszystkich.

Pawła Kohoutka poznajemy w momencie, kiedy jego życie ewoluuje w osobliwy dramat. Wszystko, co do tej pory spójne było, i ułożone, traci swą harmonię, a piekło na ziemię występuje. Bo oto nagle w jego ogrodzie, który był niegdyś dziedzińcem wielkiej rzeźni, pojawia się znana mu sylwetka, tak bardzo znajoma, bo nie raz i nie dwa w rękach ją trzymał. Aktualna Kobieta, bo tak nazywa każdą swoją aktualną kobietę, każdą, z którą żonę zdradza, i na którą całą miłość przelewa, i do żony, i do kobiet jako ogółu, Aktualna Kobieta właśnie przybyła do jego rodzinnego zakątka, o którym miliony razy jej prawił, to też bez problemu przyszło jej trafić, bo pamięć szlifowana błogimi obietnicami, którym nigdy nie przyjdzie się spełnić, trwała jest niezwykle. 

I nagle dwa światy się zderzyły, nagle wszystko się rozsypało, pot Kohoutka oblał, bo wszelkie jego przewinienia teraz na jaw wyjdą. Co sobie rodzina pomyśli, jak to zaakceptują sąsiedzi, żona pal licho, ona wie, ale będzie jej przykro, co robić, co robić.

Ulokować Aktualną Kobietę na strychu starej rzeźni. Doskonałe.

Mężczyzna, o którym czytamy w Innych rozkoszach Jerzego Pilcha, jest, jak sam przyznaje, opętany przez wiecznie nienasycone demony dotyku. Ma problem ze sobą, ze światem, z rodziną, znowu ze światem, a przede wszystkim, ma problem, bardzo duży, z kobietami, które są jego nałogiem, najgorętszą miłością i niewyobrażalnie bolesnym utrapieniem. Paweł należy do tego sortu mężczyzn, którzy uciekanie przed zdobytymi kobietami wpisują sobie do CV, traktując wszelkie ucieczki niczym dokonania, a całość dokonań jako drugi zawód. Kohoutek jest jednak przypadkiem, który kobiety miłuje prawdziwie, darzy olbrzymim, często mistycznym szacunkiem zakrawającym o uwielbienie, a co najpiękniejsze, każdą wspomina z sentymentem, traktując jako uroczą przygodę, która się przydarzyła, nie wiedzieć czemu, ale chwała Panu za nią. Kobiety w jego rękach i myślach nie są trofeami, które ustawia sobie na wciąż nie mogącej się zakurzyć półce wspomnień, są szczęśliwymi chwilami, na które składa się całe jego życie. Czy utrapienie może mieć wydźwięk pozytywny, można polemizować, jeżeli jednak dojdziemy do wniosku, że ewentualnie, czasami, to właśnie takim utrapieniem dla Kohoutka są kobiety, bez których, po prostu, nie może żyć. Bo i co to za życie by było.

Czym powodowana jest jego erotyczna obsesja, sam nie wie. Znaczy się, udaje sam przed sobą, że nie wie, bo teorii ma kilka, wśród nich te bardziej absurdalne, i te trochę mniej. W rozmowie ze swoim mistrzem, od którego przejął fach, mówi:

Być może dzielnie i niestrudzenie biegnę ich tropem, ponieważ w każdej kobiecie szukam matki. Być może, jestem ukrytym homoseksualistą. Być może, moje podboje mają mi rekompensować moje niespełnienia. Być może, na przykład, mają rekompensować mi fakt, iż jestem raczej weterynarzem teoretykiem niż weterynarzem z krwi i kości (…).

I tak jak niektórzy uciekają przed relacjami międzyludzkimi w swój własny, skrzętnie przemyślany, misternie dobrany azyl, w sidła kariery, niekoniecznie udanej, tak Paweł Kohoutek niepowodzenia zawodowe, ale nie tylko je wyłącznie, zostawia za sobą, wpadając w czułe objęcia kolejnych kobiet. Kohoutka nieszczęśliwym człowiekiem zatytułować nie można, bo jego rodzina, choć tak absurdalnie męcząca, absorbująca, przyprawiająca o nieustanny ból głowy, daje pewną namiastkę spełnienia, a i ukochane strony rodzinne, o których z tak wielką ochotą opowiada kolejnym aktualnym kobietom, są dlań istotne, i stanowią niepodważalny element szczęśliwości tegoż człowieka. Życie nie zawsze sprzyja, niekoniecznie musi dawać powody do radości, jednak ludzie przywykli do ciągłych jego wahań, i tak właśnie, każdy wypracował sobie pewien elementarny sposób radzenia sobie z codziennością, która napisać może różne scenariusze. Być może nie każdy mężczyzna marzy o tym, by przez życie przebrnąć trwając od kobiety do kobiety, różne priorytety istnieją, dla Kohoutka jest to jednak jakiś sposób, bo gdy życie go przerasta, zawsze przy boku ma tę jedną istotę, która pogłaszcze po głowie mówiąc, że wszystko będzie dobrze. 

A że jest to największe kłamstwo świata, przemilczmy.
To, że tą jedną istotą mogłaby być żona, również.

Aktualną Kobietę Kohoutka najprościej wypadałoby, najściślej rzecz ujmując, zabić. A przynajmniej sam Kohoutek taką ideą się przez chwil kilka karmi. Obyłoby się wtedy bez wielkich dramatów ze strony rodziny i bliskich sąsiadów, no chyba, że ktoś by ciało znalazł, a i taka myśl przyszła mu do głowy, idąc jej śladem stwierdził, iż awantura większa byłaby o Aktualną Kobietę, gdyby pozbawić jej duszy, gdyby samo ciało pozostało, i ktoś niechybnie byłby je znalazł. Także cały misterny plan cichego zabójstwa, i jeszcze cichszego pogrzebu, ukoronowanego gonitwą nieco tkliwych rozmyślań, rozpadł się w ledwie dostrzegalny pył. A skoro nasunął się już temat pogrzebu, czyli ostatniej szansy na zapewnienie innym, by o nas nie zapomnieli, grzechem byłoby nie wspomnieć nacechowanej dramatyzmem historii (jak wszystko w kohoutkowym rodzie) dotyczącej ostatniego pożegnania pradziadka Kohoutka, który równie jak prawnuk kochał kobiety, a taka jedna szczególna ukochała jego, całe swoje życie, i całe to swoje życie ni razu nie poczuła jego oddechu na swej skórze, czego doświadczyć pragnęła boleśnie, lecz niestety, priorytety ich różniły się znacznie. Od lat w rodzinnych stronach Kohoutka powtarza się, że zimą zemrzeć nie wypada, gdyż kłopot to i dla rodziny, i dla przyjaciół, i dla tych nieszczęśników, co to trumnę wnosić będą, gdyż cmentarz na wielkiej górze się wznosi, która zimą oblodzona, i strach o życie swoje, bo o nieboszczka to już zbyt późno. Na przekór jednak wszystkim, pradziadkowi Emilowi zmarło się pewnego mroźnego dnia, i cóż zrobić, trudno. I podczas tej smutnej uroczystości, której zmarły się doczekał, trumna nie dotarła do mogiły, a wylatując niosącym z rąk, poczęła zsuwać się po oblodzonym wzgórzu, nie samotnie jednak, bo na jej wieku spoczywała odwieczna kochanica pradziadka Kohoutka, wtedy żywa jeszcze, której gorące modlitwy kierowane ku niebiosom w końcu zostały wysłuchane. I przepadli oboje w rzeki nurcie, on już powiedział żegnajcie, zaniemówił na amen, ona dopiero w tym celu ostatniego oddechu w płuca zaczęła nabierać. Wniosek z tej opowieści nasuwa się taki, że prawdziwa miłość to ta nieszczęśliwa, i że wytrwałość popłaca, bo przecież, skończyli razem, chociażby tylko w otchłani wieczności. Ale jednak.

Można zauważyć, że u Kohoutków kult kobiety przekazywany jest z pokolenia na pokolenie, bo chociaż erotyczne przygody ojca i dziadka Kohoutków nie są nam znane, pozostają dla nas tajemnicą, trwają oni jednak przy swoich kobietach, otaczając je miłością i czułością, w wielkim rodzinnym domu, który pomieszczeń niezapełnionych domownikami ma wiele, a których nikt wynająć nie chce. Nie tylko fascynacja płcią piękną łączy męską część rodu - ojciec Kohoutka mawiał zawsze: (…) pamiętaj, czeka cię nadludzki wysiłek w nieludzkich warunkach. W rodzinie powtarzało się tę frazę do znudzenia, do tego stopnia, że stała się kolejną, zaraz po kobietach, obsesją.

Gdy stary Kohoutek rozpoczynał, na przykład, malowanie domu, wiadomo było, iż nie spocznie, póki nie skończy. (…) Rozpoczynał się wielki obrządek nadludzkiego wysiłku w nieludzkich warunkach.

Ojciec mawiał również, że jakikolwiek inny wysiłek niż nadludzki w nieludzkich warunkach nie ma sensu (…), co też Paweł Kohoutek wziął sobie naprawdę głęboko do serca. Bo czymże innym jest ciągłe zmaganie się z marudnymi, wiecznie czegoś żądającymi, wymagającymi kobietami, jak nie nadludzkim wysiłkiem? Mężczyznom z niezwykłą łatwością przychodzi zapominać, że kobieta to nie tylko piękne ciało i rześki umysł - kobieta to przede wszystkim jej aparat mowy, którego nigdy nie obawia się użyć, a który może spowodować katastrofę. Nawet, jeśli jest nieczynny. Kohoutek, skupiony tylko i wyłącznie na sobie, na własnych potrzebach, wymogach, myślach dotyczących niesprawiedliwości świata wobec jego osoby, zapomina, że kobieta też potrafi się czuć zagubiona, ba! posiada mniejszą odporność na stres i opuszczenie przez drugą osobę niż mężczyzna, chociaż z tym drugim to trochę naciągane, bo kobiety cechują się wybitnymi wręcz zdolnościami do siania paniki i wyolbrzymiania problemów. Ale nie o tym teraz. Zastanowić się wypada, po cóż Aktualna Kobieta Kohoutka przybyła do jego domu, dlaczego pozwoliła zamknąć się na strychu, wśród kolekcji kartonów, czego oczekiwała, czy wiedziona była jedynie najczystszą miłością, jakiej doznać można wśród gatunku ludzkiego? On sam długo się nad całą tą sytuacją głowi, w przerwach pomiędzy donoszeniem Aktualnej Kobiecie jedzenia, coby jej ciało nie wyzionęło ducha, bo jak już zostało wspomniane, lepsza żywa niż martwa jest Aktualna Kobieta, a główkowaniem, jakby się jej pozbyć (zabić). Po cóż przyjechała, po cóż zaczęła łazić za nim, to do ogrodu, to do sąsiada, dlaczego padła z jej ust propozycja zatrudnienia w pobliskiej szkole w roli polonistki, czy naprawdę chce spędzić z nim i z jego żoną resztę swojego życia, dlaczego, dlaczego, dlaczego.



Bo może kochała prawdziwie. A może oszalała.



(…) przecież żadna normalna kobieta by nie przyjechała, a ona przyjechała, więc może ona jest nienormalna?

Poznali się w autobusie pospiesznej linii autobusowej A, która jechała przez Lubicz i Mogilskie, wypatrzył ją wśród pustych krzesełek, zakradł się i uwiódł pełnym magii pytaniem o to, co aktualnie czyta. Kunderę, odpowiedziała. A on nie wiedział, czy to tytuł, czy autor. Nie przeszkodziło to jednak w rozpoczęciu budowania pięknej relacji, która piękna być przestała wraz z nadejściem momentu, w którym Aktualna Kobieta przekroczyła próg kohoutkowego domostwa. Mogło być niesamowicie, wyszło pospolicie. Po co zapakowała walizkę książkami, na cóż do plecaka upchnęła ubrania, jaki diabeł przygnał ją i jej dobytek z Krakowa, na tę wieś na ziemi cieszyńskiej, skończyła polonistykę, przychylne byłoby jej wielkie miasto, nie zaś ten zakątek na końcu świata, który Kohoutek sobie tak miłuje. I znów powraca to natrętne pytanie, dlaczego ona przyjechała, przecież nie rozbijać małżeństwo, nie przywłaszczać sobie cudzego syna, w łaski rodziców wkupić się również nie zamierzała. To i co, dalej ta miłość?

Możliwości, dla których twoja aktualna kobieta uczyniła to, co uczyniła, są liczne i następujące. Być może uczyniła to, ponieważ pragnie zmusić cię do podjęcia ostatecznej decyzji, do powiedzenia tak lub nie, do zajęcia realnego stanowiska. W takim wypadku jej przybycie byłoby szantażem, w każdym razie rodzajem szantażu. Być może, przybyła powodowana szaleńczą damską miłością, a być może damskim okrucieństwem. (…) A może wszystko jest o wiele prostsze, może postanowiła ci złożyć niezapowiedzianą wizytę, ponieważ jest zwyczajną nieobliczalną panienką?

A może to i miłość i szaleństwo. Szaleństwo z miłości.

Przed Aktualną Kobietą było wiele innych kobiet. Mądre i głupie. Wszeteczne i cnotliwe. Rozchichotane i pełne dumy. Milczące i gadatliwe. Mówiące tylko o seksie, i takie, które mówiły o wszystkim, ale nie o seksie. Była taka, co gaworzyła jak dziecko, i taka, którą mąż na randki podwoził. Przewinęła się dziwnego usposobienia maturzystka, i drugorzędna piosenkarka. A z tą ostatnią spędził parę tygodni, ku swemu własnemu zaskoczeniu, bo był to jeden z najdłuższych związków w jego życiu. Bo Kohoutek od zawsze wielbił zjawisko, jakim jest muzyka, wyznawał zasadę, że tworzyć ją powinni wyłącznie mężczyźni, wykonywać zaś jedynie kobiety. Muzyki szukał w każdej kobiecie. Nie w każdej znajdywał. W Aktualnej Kobiecie muzyki nie ma za grosz. W żonie też mało, a jednak, tyle lat wytrwali razem. Mimo tych wszystkich kohoutkowych podbojów, mimo licznych zdrad, ona wciąż przebaczała, nie unosiła się gniewem, znosiła kolejne wybryki swojego męża, wiecznego Piotrusia Pana, któremu chyba nigdy nie dane będzie dorosnąć.

Ja jestem powodem wszystkich twoich nieszczęść, a ty jesteś pierwszą przyczyną wszystkich moich nieszczęść - powiedziała do Kohoutka jego przystojna żona. - Sami sobie jesteśmy winni.

Nastał jednak taki moment, moment może nie krytyczny, ale przykry, w którym żona Kohoutka powiedziała w końcu swemu mężowi, że to całe jego uganianie się za innymi kobietami trochę ją już zmęczyło. Kiedyś musiało, wszystko ma swoje granice. Nawet miłość. I nic dziwnego, że kobieta czuje się u boku swego męża jak stara panna albo wdowa, kiedy ten ugania się za kolejnymi nieba sięgającymi nogami, pielęgnując w sercu miłość do żony swej, przelewając jednak uczucie na kogoś innego, obcego, kogoś, kogo prawdopodobnie nigdy już nie spotka. A być może on ucieka od żony swojej, w objęcia innych, bo przy żonie czuje się jak przy matce, nic w tym dziwnego, skoro ona wciąż nazywa go nie dużym, ale małym chłopcem, i jak można żyć przy takiej kobiecie, z którą ma się dziecko, a której nie jest się w stanie dowieść swojej męskości. I stąd może to ciągłe wymienianie partnerek seksualnych, może Kohoutek przy pomocy kolejnych pukli włosów, nie ważne, czy blond, brąz czy rudych, trzymanych w garści, dzięki kolejnym zadrapaniom na skórze będącym naoczną pamiątką po mile spędzonej nocy, próbuje sobie udowodnić, że dorósł, że może, że już nie tyczą się go zakazy, z którymi borykał się całą swą młodość, koniec z nimi.

A żona stoi wiernie u boku. I stara się zrozumieć.
Może to trwanie to definicja miłości?

I odkryłeś, że jedyną prawdziwie dozwoloną miłością jest miłość całkowicie i przez wszystkich zakazana.                                                                                                                                                                                                                                                              
A gdyby tak postawić się na miejscu jednej z tych kohoutkowych kobiet, co to mamione były obietnicami wiecznych szczęśliwości? Biedaczki, takie potężne wizje snuto przed nimi, tyle nadziei się zrodziło, a zamiast tych wszelkich wspaniałości, życia dobrodziejstw, otrzymały jedynie pustkę i gorzkie uczucie żalu po mężczyźnie, dla którego życiowego kaca były aspiryną.

(…) rzeczą, której pragnie zdecydowana większość kobiet, jest stabilizacja, stabilizacja w najogólniejszym i najściślej filozoficznym znaczeniu tego słowa. Nawet kobiety spragnione przygód łakną przede wszystkim stabilizacji, ponieważ stabilizacja jest fundamentem i niemalże warunkiem wstępnym rzeczywistej przygody.

Kohoutek sam wierzył we wszelkie swoje obietnice kierowane ku wybrankom, dlaczego, sam nie wiedział. Długa jest lista zawierająca spis rzeczy Kohoutkowi niezrozumiałych w jego własnym zachowaniu, nie warto go jednak za to karcić, mając na uwadze, że jest on małym chłopcem, a przecież mali chłopcy z reguły nie rozumieją, co czynią. Kobiety od Kohoutka wymagały czułości i spokoju, on od nich pragnął namiętności i osobliwej rozrywki, która pozwoliłaby jego myślom oderwać się od tak przyziemnych rzeczy jak nie do końca udana kariera, na przykład. W jednej takiej rozmowie ze swoim mistrzem, Franciszkiem Józefem Oyermachem wyznał, że wszędzie, na każdym kroku, w obliczu każdej sytuacji życiowej, jego uwagę przyciągały przede wszystkim kobiety, i to im podporządkowywał swoje życie.

W restauracji zawsze bardziej interesowała mnie kelnerka niż danie, które przynosiła. Nie na szklankę piwa wstępowałem do baru, ale by na barmankę pogapić się przez kwadrans. (…) Jechałem, gdy mnie wzywano, do chorego zwierzęcia, jednak nie o nim myślałem, mierząc mu gorączkę, ale o gospodyni lub córce całkiem już dorosłej.

Czy kobiety nadawały sens istnienia Kohoutkowi, owszem. Czy bez nich by nie istniał, zaiste. Czy poradziłby sobie bez nich, wątpliwe. Kohoutek swoje życie zawodowe rozpoczął z chwilą narodzin cielaka, który chwilę później przez Oyermacha został zabity, gdyż przyszedł na świat w postaci bezkształtnej masy, zwanej amorphus globusus, na temat której Kohoutek napisał pracę doktorską, a którą był on sam bez kobiet, tak właśnie, bezkształtną masą. Paweł Kohoutek i kobiety to jedność. Sam nigdy temu nie przeczył.

Dobrze, godzę się na to: jestem zwykłym rozpustnikiem, Casanovą spod ciemnej gwiazdy, donżuanem od siedmiu boleści. Dobrze, niech będzie: tylko to mnie interesuje, jedno mam w głowie, godzę się, choć jest to bardzo uproszczona i wulgarna prawda (…).

Powód, dla którego Aktualna Kobieta postanowiła nawiedzić domostwo swojego ukochanego Kohoutka, pozostanie na wieki jej tajemnicą. Każdy ma swoje sekrety, powiedzmy, że ten należy do niej. Jeśli jednak sprawa jej rychłego przyjazdu wyda się być aż nadto absorbująca, do tego stopnia, iż nie pozwoli ona na spokojny sen, warto jest przytoczyć cytat, którym w pewnej chwili obdarzyła Kohoutka, pochodzący z jednej spośród jej wielu książek, które zdołała upchnąć do walizki, z książki, którą czytała tamtego pamiętnego dnia w autobusie, w pospiesznej linii A jadącej przez Lubicz i Mogilskie, gdy z ust nieznajomego, który później okazał się być miłym Kohoutkiem, padło pytanie: co pani czyta?.

Oto on:

Przyszłam, bo przygnała mnie tu miłość, przyszłam, żebyś poznał, co to jest prawdziwa miłość, żebyś raz w życiu jej doświadczył.

I na tym poprzestańmy.

0 komentarze:

Prześlij komentarz