04 grudnia 2016

Naderwane wizje

Najdrożsi Czytelnicy,
po tylu latach czynię krok milowy, decydując się na publikację czegoś, co nie jest recenzją. Ani esejem, felietonem, czy każdym innym artykułem, do których przez ostatni rok miałam zapędy. Dzisiaj rozpoczynam dzielenie się z Wami tekstami, które swoje pierwsze kroki stawiały w moich początkach, wstępach, czy jak to tam nazywacie - ja nigdy tego nie definiowałam, chyba nie umiem - do recenzji. Ci, którzy mnie czytają (jesteście szaleni, dziękuję), wiedzą, że zawsze lubiłam wprowadzić czytelnika w świat książki, o której danego dnia pisałam, uciekając się do czegoś pomiędzy opowiadaniem a monologiem. Moje skomplikowane zabiegi pozostaną na swoim miejscu, nigdzie ich nie wyprowadzam, bądźcie spokojni (bo wiem, że spora część z Was tę część recenzji lubi najbardziej). Recenzje także nigdzie się nie wybierają, bo mają odgórny (mój) nakaz siedzenia grzecznie tutaj, na Books Silence. Ale moje inne teksty musiały w końcu wyjść z szuflady, i wylądują na właściwym miejscu. Jeden ląduje już dzisiaj, taki szczególny, bo pisany specjalnie na warsztaty prowadzone przez Weronikę Murek. Zaczynam od krótkiej formy, mam ochotę się nią chwilę pobawić. Jak długa ta chwila będzie, zobaczymy. A co będzie dalej - tego nie wiem nawet ja. Życzę Wam miłej lektury.


Kurando
~*~

Naderwane wizje

Był względnie obojętny. 
Roztaczała się nad nim aura fałszywej rzeczywistości, w którą grał beznamiętnie. A może to tylko dym z papierosa, trzymanego przez drżącą dłoń. Popiół co chwila upadał, zdarzyło się też innym. 
Czołem niemalże dotykał szyby, zza której obserwował ludzi uciekających przed czymś pomiędzy deszczem a śniegiem. Smutno się uśmiechał, momentami. 
Patrzył na mokrą ulicę, na wszystkie złączone dłonie, i cienie, tylko one nigdy nie opuszczały. I trochę się wiercił, wiklinowy stołek trzeszczał niemiło, ale przecież nigdy nie może być dobrze. 
Powiedzieli mu, że powinien być taki jak dawniej. Że chcieliby, żeby wrócił. Nie umiał. Nie teraz, może za chwilę, tak naprawdę nigdy, wiedział. Ale oni mówili, żeby przestał się wygłupiać. Młodości tak się nie robi. 
Chowa twarz w dłonie, papieros gaśnie, chciałby schować się cały. Zniknąć, nigdy nie być. 
Za jego plecami rozmowy, drażniące śmiechy, ktoś się cieszy, on już nie potrafi. Prostuje się, niedbałym ruchem przeczesuje wieczną burzę nad czołem. 
Wyglądał, jak gdyby czekał, ale nie czekał, bo już nie miał na co. 
-Kawa się panu skończyła. 
Faktycznie, na dnie filiżanki widoczne było zaledwie wspomnienie. 
Podniósł wzrok, wykrzywił usta w podkowę. Na brodzie zarysowały się drobne zmarszczki. 
-Wszystko mi się skończyło. - szyderczy ton go nie opuścił. A jednak, małe zwycięstwo. 
I znowu odtrącił człowieka. Spojrzenie kelnerki było szkliste, bez słowa odeszła. 
Krakowski Kazimierz, miejsce, w którym odpowiedź na stwierdzony fakt robi z ciebie potwora. 
I kiedy sięgał po kolejnego papierosa jedną ręką, drugą szukając po kieszeni ciemnoszarej marynarki zapalniczki, drzwi otworzyły się niezgrabnie, chłód w niego uderzył; siedział tuż obok. 
Stuknęły obcasy, wzrok powędrował po sali. Ale nie musiała widzieć, żeby wiedzieć, że jest. 
Obserwował uważnie, w ustach papieros, wciąż niezapalony. Wiedział, że podejdzie. Wiedział, bo chciał, żeby to zrobiła. 
Nigdy nie spojrzał jej prosto w oczy. Chciał, ale ona odwracała wzrok, jakby wszystko inne ważniejsze było od niego. 
I oto nagle stało się, spoglądał na nią z góry, wiklinowe krzesło ponownie zatrzeszczało, paskudny dźwięk dla niej chyba miły, bo zaczęła się uśmiechać. Spojrzała w okno, wzrok błądził ulicą, nie wiedziała co robi, ale on wiedział. Wciąż na niego nie patrząc, wiedząc, że on patrzy na nią, uświadomiła mu, że jednak los obszedł się z nim łaskawie, że jednak na coś czeka. Usłyszał jej głos. 
-Jesteś moją postacią literacką.

0 komentarze:

Prześlij komentarz