31 stycznia 2017

{Przedpremierowo} Tynk nie pękł, ty tak - „Portret młodej Wenecjanki”, J. Pilch

Zakochiwać się to tak jakby trochę na własną zgubę.
Człowieka ogarnia rozkosz dopiero poznanego. Ze złudną nadzieją podnosi się z łóżka, zafascynowany, co też dzień przyniesie. Słowa nabierają wyrazistości, dotyk szokuje i zniewala. Chciałoby się utrzymać ten ulotny stan. Dreszcz podniecenia. Jakby się na nowo żyć zaczynało.

Nowa powieść Pilcha to wydarzenie, które celebrować należy soczyście. Środowisko literackie czeka, by ogłosić Pilcha upadek, planuje rychłe potępienie, niczym ci, którzy człowieka za życia grzebią. Czekają powodu, ten jednak wciąż nie nadchodzi, jeszcze nie czas na odchodzenie, choć wszyscy przygotowani, spekulacje krążą. Czytelnicy ze zniecierpliwieniem także oczekują,  czegoś mocnego, dobrego, pilchowego po prostu, bo przecież wiadomo, że Pilchu jest jeden i drugiego takiego ze świecą. Wszyscy dawno się w cierpliwość uzbroili, bo bez tej to zguba. I stało się, mamy rok 2017, na dniach do księgarń wejdzie Portret młodej Wenecjanki. Mówiło się o tej powieści od dawna, a raczej się szeptało, bo nikt pewien nie był, na cóż, po cóż, i dlaczego. Powieści bez jej kontekstu historycznego (histerycznego?) potraktować nie można, bo nie tyle to trudne, co niemożliwe. A niepewność, która Pilcha laty ostatnimi otoczyła niczym mgła, niepewność i jakiś rodzaj strachu, wybija z jakichkolwiek domysłów, spodziewać się można wszystkiego. Że napisze, albo i nie napisze. Że napisze, i będzie to doskonałe; że napisze, i będzie to tak przerażająco słabe, że aż doskonałe. A jak nie napisze, to w końcu napisze, napisze na pewno.

I napisał. Ten intrygujący tytuł, Portret młodej Wenecjanki, dotarł do mnie po raz pierwszy z tylnej okładki wywiadu-rzeki, Zawsze nie ma nigdy. Było to wiosną roku ubiegłego, roku, który nie upłynął na trwaniu w stagnacji, oczekiwaniu na to, co nadejść dopiero miało, lecz który obfitował w kolejne moje spotkania z pilchową twórczością, a każde z tych kolejnych spotkań, rysujące mi pewien konkretny obraz, wzmagało pytanie, jak to u Pilcha wygląda teraz. Pławiłam się w dziełach z lat dziewięćdziesiątych, pobawiłam się z Wieloma demonami, czyli powieścią stosunkowo niedawną, dla mnie tak doskonałą; były dzienniki, wspomniane wcześniej wywiady-rzeki, wywiady klasyczne, była ta tragiczna biografia Kubisiowskiej, były pytania, było ich wiele, odpowiedzi znacznie mniej. Była też moja dzika fascynacja zrodzona w Gołębniku, bo gdzieżby indziej. Jest ona nadal, nieco wysublimowana, lecz jest, obecna jak diabli. To jedna z tych gwałtownych, porywczych, ale nieposkąpionych refleksji, krytyki. Pielęgnuję ją starannie, przywykłam, bardzo ją sobie szanuję, i lubię niezmiernie. Współtowarzysze dnia codziennego być może nieco mniej, pal ich licho, gorsze rzeczy przyszło im znosić. I jest teraz ona, nowa, jakoby nieskalana - młoda Wenecjanka. A raczej jej portret.

Ci, którzy po Portret młodej Wenecjanki sięgną bez wcześniejszej styczności z pilchową prozą, albo się srogo zawiodą, albo na skrzydłach zachwytu poszybują w niebiosa, i wrócą nieprędko. Zwolennicy hołdujący pilchowej frazie rutynowo parskną sobie wesoło, z czułością poklepując książkę, z braku fizycznej obecności autora obok. Zarys fabuły nakreślony na tylnej okładce Portretu ma się bardzo znikomo do treści zawartej wewnątrz. Albo nie, inaczej. Ma się całkiem trafnie, ale wyprowadza potencjalnego czytelnika w gęsty las, gdyż ten wyobraża sobie Bóg wie co, że będzie namiętność, napięcie, bohaterowie z krwi i kości. I dobrze sobie wyobraża, bo namiętniej być nie może, napięcie zatrzymuje sobie na własność nasz oddech, a bohaterowie, uwierzcie mi na słowo - żywsi nigdy wcześniej nie byli, ani nigdy później nie będą. Wytrawni znawcy pilchowej twórczości dostrzegą tutaj znane Jurka sztuczki, jak stałe powiedzonka, które brzmią niczym powrót do domu; jest psioczenie, na czym ten świat stoi, bo bez tego by się nie obeszło, klasyk; jest też ta przerażająca, i tak dojmująca autobiograficzność, jakiej jeszcze nawet u Pilcha nie było, w takim stopniu jeszcze nigdy - za którą tak bardzo Jurka lubimy. Ci, co dopiero w obrębie tego całego chaosu dopiero raczkują, odnajdą tutaj coś zupełnie nowego, diametralnie innego, co podzieli ich na dwa obozy, na grupę zachwytu i grupę zażenowania; Portret młodej Wenecjanki powieścią jest osobliwą, i z tym stwierdzeniem sprzeczać się nie wolno. A cóż jest nie tak z tym stosunkiem fragmentu tylnej okładki do zawartości środka? Portret jest swoistego rodzaju monologiem, ma formę zupełnie zaskakującą. Nie jest to powieść w sensie ścisłym. Portret to spowiedź człowieka walczącego z życiem, z miłościami, które go przy tym życiu utrzymują; spowiedź persony fascynująco skomplikowanej i skomplikowanie fascynującej. Zwykłego, szarego człowieka, który przesadził z samotnością.

Z okładki czytamy, że Portret młodej Wenecjanki jest historią niedoszłego historyka sztuki, który całe swoje życie biega za miłością. Jedna kobieta, druga kobieta, trzecia i dziesiąta, aż w końcu pojawia się ona, Pralina Pralinowicz, ta która wygląda jak młodziutka Wenecjanka z obrazu Albrechta Dürera - tajemnicza, nieokiełznana, nieprzewidywalna, zatrważająco piękna studentka psychologii. Poznają się na targach książki. Spadają w przepaść namiętności. Nie wiedzą, kto jest czyj. Czy on jest jej, czy ona jego. A może nie należą do siebie wcale. Brzmi intrygująco, bardzo obrazowo, plastycznie. Jak nie brzmi, a jak jest? Zależy od czytelnika, od jego wyobraźni, stopnia popadania w pewne tematy i umiejętności wyłapywania głównych myśli. Jak pisze Tadeusz Nyczek: „Portret młodej Wenecjanki” jest (…) pomieszaniem tego, co Pilch od lat uprawia: prozy beletrystycznej, dziennika, eseju, felietonu (…). Ci którzy oczekują klasycznego przykładu dzieła definiowanego jako proza, rozczarują się; gawędziarstwo Pilcha znajduje tutaj swój upust, nie błysnę, jeśli obedrę go z tajemnicy, i rzeknę, że pod głównego bohatera podszywa się on sam. Pilch, skupiony na miłościach przede wszystkim, za zasłoną swojego bohatera, przezeń niedokładnie nakreślonego, który kreśli się sam poprzez formę spowiedzi/dziennika/monologu - sama już nie wiem czego, sami zdecydujcie - opowiada historię, uwaga, znów nie błysnę - z życia wziętą. Jak w każdej swojej powieści, to prawda, oczywiście, tyle już razy naczytaliśmy się o wiślańskich drogach, krakowskich murach i warszawskich smutkach - tak, ale nigdy nie czynił tego tak ewidentnie, tak otwarcie. Rodzi się pytanie, na cóż więc ubierać życie w wymyślne otoczki, zamiast uczynić z tego kolejny, trzeci już dziennik, pociągnąć jeszcze kilka wątków, wylać kilka gorzkich słów, wyszłoby pięknie. Twórczość Jerzego opiera się na autobiograficzności, jak ja to lubię mówić, Pilchu z życia swojego uczynił swoją literaturę. Czy ta wyszukana zagadka, kurtyna, za którą ukrył się sam autor powieści, dostarczyć miała mu frajdy? Bo przecież zrobił to dla samego siebie, nikogóż innego - chyba nie sądził, że nabierze swoich czytelników. Mnie zaskoczył, bardzo, ale nie samym zabiegiem, do którego się uciekł, lecz naturalnością i lekkością swojego czynu. I teraz sprawa kluczowa - czy mi się to wszystko podoba?

Z sekundowym opóźnieniem, spowodowanym chwilą wątpliwości, przytakuję.

Gdyż nie byłabym sobą, gdybym sobie pewnych wątpliwości do rozpatrzenia nie obrała. Bo ja nie twierdzę, że po tej powieści (?) oczekiwałam któż wie czego, przywykłam do faktu, że Pilch zamyka się w swojej monotonii, schematyczności, i do jednych fraz, które kiedyś sobie ukochał, i powtarza je do znudzenia. Ale to wszystko właśnie składa się na jedną całość, która jest dla mnie pewnego rodzaju sferą bezpieczeństwa, sferą, do której uciekam pewna, że będzie mi tam ciepło i wygodnie, że znane mi już pola uciszą negatywne emocje, które się we mnie kryją. Od Portretu młodej Wenecjanki wymagałam jedynie, by był mi to dobrze znany, swojski Pilch; nie żądałam od niego nowości, innowacyjności, zaskoczenia też nie oczekiwałam, być może jedynie bałam się tego negatywnego. I z pewną ciekawością czekałam na tę powieść, nie same literackie powody mną kierowały, ale także pewna obawa dotycząca samego Pilcha - Wenecjanka miała być odzwierciedleniem samopoczucia i ogólnego stanu psychicznego Jerzego. I piszę to z pewnym poczuciem niewygody, gdyż brzydzę się ciągłym wspominaniem przez osoby trzecie chorób Pilcha, notorycznym patrzeniem na jego twórczość przez ich pryzmat, jednak od kontekstu uciec nie mogę, czego żałuje niezwykle. Portret młodej Wenecjanki jest przykładem potraktowania prozy w sposób bardzo osobisty, Pilchu za jej pomocą komunikuje się ze światem. Dużo w tej powieści jest o upływającym czasie, o wchodzeniu w trudny etap życia, jakim jest starość; o śmierci, umieraniu. Pewne fragmenty przepełnione są rozpaczą, wołaniem o pomoc, która nigdy nie nadejdzie, bo w tej konkretnej sytuacji nie funkcjonuje, nie ma jej, nie może być. To wszystko jednak nie zawadza nawet o żałość, Pilch ukazuje swoje cierpienie, jednak nie robi z siebie męczennika, dziarsko rozprawia się z rzeczywistością. Znajdziemy tu syndrom Frustracji Miniętej Młodości. No i oczywiście, jest miłość. Jest, bo ona jest zawsze, a tutaj występuje jako tęsknota za czasami, które minęły, które już nie powrócą - za niewinnością, zdrowiem, błyskiem w oku. Błysk nadal jest, ale nieco przygasł. Wciąż się jednak tli, uparcie. Czym tak naprawdę jest Wenecjanka? Powieścią czy spowiedzią?

Pilch w Portrecie młodej Wenecjanki, jak już wspomniałam, sporo mówi o miłości, w którą wierzy szczerze, o którą walczy, i traktuje jako jedną z największych wartości. Pisze o niej jako o niezwykle zajmującym, obezwładniającym zjawisku, jednak odziera uczucie to z pewnej ckliwości i wzniosłości przez wielu mu przypisywanych. W niektórych fragmentach bywa wulgarny, nigdy jednak niesmaczny. Gdyby podobne rzeczy pisał kto inny, tylko byśmy przewracali oczyma, niemo pytając, co za obleśny stary dziad siedzi po drugiej stronie maszyny do pisania. Pilchowi wypada, Pilch czyni to z klasą. Z podobną klasą kamufluje w swoich postaciach realne osoby - bo chyba nie przypuszczaliście, że Pralina Pralinowicz to postać jedynie fikcyjna? Cóż, na jedno zdała się moja lektura biografii napisanej przez Katarzynę Kubisiowską - bez trudu w Pralinie rozpoznać idzie  Atinę Milić, byłą kobietę Jerzego. Która, co ciekawe, figuruje jako autorka jednego z rozdziałów Wenecjanki. Spryciarz z tego Pilcha, co?

Portret młodej Wenecjanki to Pilch w sensie ścisłym, trochę bardziej emocjonalny i niespokojny niż zazwyczaj. Jakieś szaleństwo tutaj przemyka, chaos puka do drzwi, nerwowość walczy z melancholią. Pilch jakby trochę rozkojarzony, pospieszny, dokładny i niedokładny zarazem. Strach czyha za rogiem, nadchodzi nieuniknione. Czarne myśli? Tylko czasami. Dla sportu. Wenecjanka jest jak gorzka czekolada - pobudza zmysły, nie każdy ją lubi. Ja przepadam, nawet bardzo. Czymże byłaby słodycz bez nuty goryczy. Czymże byłoby życie bez chwili zwątpienia.


„Ja nie jestem od godzenia się ze światem z okazji równie polubownego, co definitywnego końca.”


Premiera - 01/02.02.17r.

4 komentarze:

Kuba pisze...

Świetny tekst, żywy, zaangażowany, napisany (co bardzo ważne) ze świadomością wcześniejszych książek Pilcha - słowem: porządna krytyka literacka. O wiele więcej się dowiedziałem, niż z gazetowych recenzji "Portretu...", szczególnie tej nieszczęsnego Dariusza Nowackiego.

Anonimowy pisze...

Ojeju, jeju. Jak Ciebie się ciężko czyta :( po całym tym męczącym wstępie musiałam przerwać na chwilę. Stosujesz przeokropne dziwną składnię - rozumiem, że chcesz pisać, jak najlepsi krytycy, felietoniści, jednak na to trzeba "paru" dobrych lat praktyk, jeżeli się nie ma wrodzonego talentu :-) (to oczywiście, nie jest przytykiem do Ciebie) za bardzo wymuszasz i czyta się przez to strasznie.

Anonimowy pisze...

Najdroższy anonimie z 31 stycznia 2017 roku z godziny 19:06. O ile się nie mylę, blog prowadzony jest od kilku porządnych lat, więc zanim wypowiesz się o latach praktyk, pewne rzeczy wypadałoby sprawdzić. Ponadto, chyba nigdzie indziej nie znajdziesz równie wyczerpujących recenzji. I wydaje mi się, że sama autorka nie stara się być tutaj jednym z "najlepszych krytyków" (choć to pojęcie jest na tyle abstrakcyjne, że aż głupie), bo myślę, że Ci "najlepsi krytycy" mają często znacznie mniej do powiedzenia. I w bardziej przystępnej formie niekoniecznie znaczy w lepszej. Odpuśćmy więc sobie niekonstruktywną krytykę, a po prostu zwykłe czepialstwo i odsyłam do recenzji tej książki w jakichś popularnych gazetach. Niemniej pozdrawiam cieplutko i życzę miłego wieczoru. Taki jeden Paweł.

Anonimowy pisze...

To jest plagiat! W zeszłą niedzielę po mszy świętej zakupiłem u mojego proboszcza Gościa Niedzielnego i obok stałej rubryki wypominków, znalazłem tam właśnie powyższy tekst, napisany przez mojego ulubionego diakona z krakowskiej kurii - dokładnie taki sam, przepisany słowo w słowo, słowo daję! Poza tym, na miłość Panienki z Guadalupe, któż to widział, by nerwowość walczyła z melancholią. Czyżby to nerwowość była uzbrojona, jak Archanioł Gabriel, by mogła walczyć? A jak przeczytałem, że Pani Redaktor bawiła się jeszcze z Wieloma demonami, to taki strach zawitał na mojej stancji, aż musiałem różaniec odmówić, by u mnie diabli nie byli obecni. Nie polecam tego tekstu, bo jest szatańsko dobry.

Prześlij komentarz