12 lutego 2017

Martwe życie - „I tak dalej”, W. Orzeł

Czy widzicie to ledwo tlące się światło, czy myślicie, że to wasza nadzieja, czy chcielibyście by zgasła, chyba nie, na pewno, dlaczego. To ten płomień świecy, którego bronicie, to ta iskra, którą niejeden raz chcecie zdusić, to wasze wieczne pytania, nigdy nie ma na nie odpowiedzi. W tym kłębie dymu papierosowego rodzą się myśli, o ten drewniany stolik opieracie swoje łokcie, w ten martwy punkt utkwione są wasze spojrzenia. Dlaczego nie przestać, po co jest nadal trwać.  Przedstawienie się zaczyna, kurtyna idzie w górę. Kolejny haust, dno puste jak serce, naciągnięcie kurtki na grzbiet, ucieczka.

Czymże byłoby życie, w którym nie ma miejsca na bezcelowe błąkanie się po Krakowie. Konkretyzuję, bo rzadko kiedy zdarza mi się błąkać po innych miastach, a jak już do tego dochodzi, to albo z tego frajda jest dość umiarkowana, albo ktoś mi ją psuje ciągłymi telefonami, z których każdy brzmi tak samo: wracaj, nie chodź nigdzie, zgubisz się, oszalałaś. I można by tych głosów wcale nie słuchać, wyłączyć telefon, albo ignorować, ale wtedy w głowie rodzi się ten niekorzystny niepokój, zasiada na tyłach, i co chwilę o sobie przypomina, bo przecież ktoś się martwi, twoja wolność jest cudzym utrapieniem. Kończy się na głębokim westchnięciu, popatrzeniu w niebo, i zawróceniu. Wróćmy jednak do Krakowa, który miejscem do błąkania się jest obłędnym, bo chociaż człowiek wie, gdzie idzie, to zawsze tak jakoś wlezie gdzieś, gdzie go jeszcze nie było, i tak te przechadzki zamieniają się w przygody życia, mniejsze, większe, ale przygody, które zawsze zadziwiają - zachwycą, albo po prostu zmuszą do zadania sobie pytania, z olbrzymim zdziwieniem, oczywiście, jakże ja tu do cholery jasnej dotarłem. I wtedy kiedy tak sobie chodzę, flaneuruję, to Kraków jest mój. Znaczy się, ja zawsze powtarzam, że Kraków jest mój, ale wtedy jest najbardziej. W mylnym przekonaniu trwam jednakże, bo znam chociażby jedną więcej osobę niż ja sama, która czynnie uprawia te nasze (tak tak, to są już nasze, nie moje, nie jego, nasze!) marsze. 

Cóż z tego, że ta osoba jest postacią literacką?

Spory entuzjazm, dziwne, ja dzielić się nie lubię. Mam jednak jakieś dziwne przeczucie, że ja Karola, głównego bohatera I tak dalej znam od lat. Wypiłam z nim dziesiątki kaw. Przesiedziałam setki nocy na rozmowach, na tematy ważne, i ważne trochę mniej. Oderwany od rzeczywistości, a jednak tak przyziemny. Zrujnowany przez życie, ale dostrzegający jego milsze aspekty. Wiecznie zagubiony, twardo stąpający po ziemi. Sprzeczności, moi odwieczni ulubieńce. Karol nie studiuje, nie pracuje, (nie) żyje z dnia na dzień. Ulubiony stereotyp wszystkich, obraz wiecznego imprezowicza, pochłoniętego przez strumienie alkoholu, tony narkotyków, wiecznie otaczające go wiatry dymu papierosowego. Człowiek u innych przegrany, obracający się w szemranym towarzystwie. I na cóż ja to tak wszystko wymieniam, po co rysuję tak niewdzięczny obraz postaci, z którą rzekomo łączy mnie nić porozumienia? Bo to wrażliwiec, któremu życie dało kopa w siedzenie, niepoddający się, nie idący za tłumem, żyjący według własnych zasad. Buntownik? Nie. Szalenie inteligentny, zrezygnowany dekadent? Ależ tak. Z nadzieją na lepszy świat.

Karol przyjął potencjalnie bezpieczne stanowisko obserwatora, któremu na niczym nie zależy - tak wydaje się innym, tak wydaje się czasami nawet jemu samemu. To ten typ człowieka, któremu wiele się należy, a który nie ma prawie niczego. Każde kolejne niepowodzenie wzmaga jego udawaną obojętność. Otacza się murem, nabiera dystansu. Próbuje uciec od ludzi, od świata. Od siebie. Prowadzi wieczny monolog wewnętrzny, analizuje, rozważa. I biega sobie po tym Krakowie, a ja chwilę biegałam razem z nim, pełna współczucia, chętna do przygarnięcia, pogłaskania po włosach wiecznie przesiąkniętych dymem i dniem wczorajszym. To nie żal, nie litość, nie współczucie, to zrozumienie. Rezygnacja potrafi najbardziej ambitnego, zadowolonego z życia, wiecznie śmiejącego się człowieka sprowadzić na samo dno. Pytanie, czy ten ktoś od dna będzie się chciał odbić, czy po prostu na nim pozostanie. Jak Karol.

Podczas lektury I tak dalej dużo myślałam o moim ulubionym aspekcie powieści obyczajowych, mianowicie, o autobiograficzności. Opisywane w powieści wydarzenia są niezwykle szczegółowe, misternie nakreślone, przez co bardzo realne, jakby zdarzyły się naprawdę. Mogę sobie jedynie snuć domysły, jednakże wielkie gratulacje dla autora, nieważne czy to za zgrabne ujęcie własnych przeżyć, czy za fantazjowanie, którego efektem są kolejne zdarzenia. Orzeł pisze w sposób bardzo plastyczny, kreowane przez niego obrazy są nienachalne, a jednak pochłaniają do głębi. Fascynującym doświadczeniem było zawsze stać gdzieś w kącie, opierając się o ścianę, i obserwować głównego bohatera; leniwe, acz emocjonujące marsze, które razem uprawialiśmy również zapadły mi w serce. Narratorem powieści jest Karol, przez te ponad sto stron żyjemy jego życiem, razem z nim popełniamy błędy, rzadziej cieszymy się powodzeniami. Ale to takie prawdziwe, tak życiowe, tak przejmująco dobitne. Orzeł kreśli zdania nadzwyczajne, układające się w spójną całość, miesza piękno frazy  z brudem słów, i jest to szalenie dobre połączenie. I to czyta się wspaniale; więcej - przewspaniale, i chciałoby się więcej, bo ten karolowy monolog, te splecione myśli, niewypowiedziane żale, pochłaniają, porywają niczym wir - na dno, tam gdzie Karol już sobie osiadł.

Nie nakreśliłam zarysu fabuły, nie opowiedziałam, o czym powieść jest; zrobiłam to świadomie. Bynajmniej, nie jest to historia o niczym, że niby może nie chcę się przyznać, i plotę bez sensu, i się gubicie w moich słowach, pomiędzy zachwytem a rozpaczą, wiem, tak czasami jest - nie w tym przypadku. Rzec mogę, że jest to historia człowieka młodego, niekonieczne szczęśliwego, którego życie nie kocha najmocniej. Więcej mówić nie chcę, bo się nie da powiedzieć. Trzeba przeczytać, żeby poczuć, zgubić się wśród rzeczywistości i snu, między którymi Orzeł kreśli cienką granicę, momentami ucieka w, odważę się powiedzieć, schulzową oniryczność, fabularnie, postaciowo; i to wszystko jest zgrabne i pasuje do siebie jak dobrze rozlokowane klocki w tetrisie. I główny bohater daje się lubić, i sama sztuka pisania tu jest na wysokim poziomie, aż lepiej się robi na duszy. Artyzm miesza się z przyziemnością. I ten Kraków, mój Kraków, on wiele daje, jest jakieś poczucie przynależności, stabilizacji, bliższe to wszystko, bo takie trochę moje. 

Ale im bardziej w dialogi, tym głębiej w las. Czyli niby dobrze, ale nie do końca. Do pewnego momentu powieść jest jedynie zapisem wewnętrznego monologu głównego bohatera, gdzieniegdzie, bardzo rzadko, przeplecionego wypowiedziami innych postaci. Nadchodzi jednak pewna chwila, w której dialogi zaczynają wyskakiwać jak grzyby po deszczu (nie mam pojęcia skąd u mnie dzisiaj taka leśna terminologia, przysięgam), miejsce akcji przeniesione zostaje daleko za Kraków, i zaczyna być trochę bardziej letnio, nieco mocniej pospolicie, i cały zamysł jakby pryska, bo z oparów alkoholowych, i tych papierosowych, a może jakichś innych jeszcze, wśród których jest ciemno, chłodno, wilgotno, i przejmująco, nagle klimat się ociepla, a wraz z nim rozgotowuje się główny bohater i jego kroki. Podsumowując, gdzie Kraków, tam nieprzyjemnie, ale z przytupem. Poza Krakowem, tak trochę wszystko na siłę, niby ten Karol jest jak Karol, ale trochę już nie, gubi to swoje ja niezwykłe; nadal pławimy się w jego koszmarach, ale trochę też bierzemy od nich urlop. Tak jak on bierze, od życia.

I nieco mnie to zakończenie, nie ono samo, ale początkowe jego partie, trochę wyprowadziły z równowagi, i mały żal poczułam, ale staram się zrozumieć. Chwilowa emigracja bohatera poszerza nam perspektywy, ukazuje go w innym świetle. Jest urozmaiceniem, ale nie takim, jakiego bym oczekiwała. A dialogi, też potrzebne, ale nieco sztuczne, suche. Gdzieś ta pierwotna spójność zanika, ta obrazowość też umyka, i chociaż nie jest to wszystko takie złe, na jakie brzmi, to jest jakby wyrwane z innej opowieści, ze świata zupełnie przypadkowego, doklejonego, autorowi być może kolażu się zachciało. Ostanie strony - wraca klimat pierwotny. Przyklaskuję. Ale ten wątek pozakrakowski, Wiktorze - chętnie się dowiem, na cóż Ci on był. Poza dynamizacją i rozprawieniem się z krakowskim marazmem, no chyba, że nie widzę oczywistego.

Zaskakujące, ile tak niewielka objętościowo powieść potrafi kryć w sobie przeżyć jednego człowieka. Orzeł nakreślił wspaniały portret psychologiczny, z historii którego uczynił swoją powieść; powieść, która zasługuje na lekturę dokładną i analityczną, gdyż każde słowo jest tutaj przemyślane i wyważone. Opowieść niby zwykła, a tak wspaniale ujęta literacko. Debiut zapowiadający coś naprawdę dobrego. Pełna zaskoczeń, obrazowa. Żywa. Nie bezbłędna, ale doskonałość jest przecież nudna. Mocna, i taka, która wywołuje grymas bólu swą realnością; zapada w serce.

0 komentarze:

Prześlij komentarz