22 lutego 2017

Ponad wszystko - „Amerykańska sielanka”, P. Roth

Jeśli wydaje nam się, że znamy człowieka na wskroś, i potrafimy przewidzieć jego każdy kolejny ruch, jeśli jesteśmy pewni, że jego życie płynie tak, jak myślimy, jak mówimy - być może nie znamy go wcale. Posiadamy mylną tendencję do tworzenia sobie wizerunków nieistniejących, nie mówiąc już o idealizowaniu, które zjawiskiem jest aż nadto powszechnym. Lubimy pławić się w tych naszych imaginacjach, mówimy o człowieku, którego znamy i nie znamy, ale udajemy, że znamy, jesteśmy pewni, że jest taki, jakiego go sobie dopowiadamy. Kreowanie, sterowanie wizerunkiem to nasze niespełnione pragnienie obcowania z osobą, o której chcielibyśmy wiedzieć wszystko, a o której nie wiemy nic. Wystawiamy na piedestał, czynimy czymś nadludzkim. Mitem. Bogiem. Marzeniem.

Mijaliśmy się z Rothem długi czas. Zawsze, słysząc to nazwisko, energicznie kiwałam głową, twierdząc, że nadszedł już czas zapoznania się z jego twórczością, czego jednak uparcie nie czyniłam. Ciekawość nie zawsze zmusza nas do natychmiastowych reakcji. Może trwać w nieskończoność. I gdyby nie fakt, że Amerykańska sielanka sama wpadła mi w ręce, czego nie planowałam absolutnie, bo jakbym mogła, prawdopodobnym jest, nie oszukujmy się - pewnym - że nadal tkwiłabym w martwym punkcie, energicznie kiwając głową, a jakże. Wielkie nazwisko, wielkie oczekiwania? Takowych nie miałam, było jedynie zwykłe zainteresowanie. Czy się zachwycę, czy rozczaruję, cóż to ma za znaczenie, nie on jeden, nie ostatni na tym świecie. Chciałam sprawdzić, tak po prostu. Jego, siebie. Nas. Lecz kiedy już czytałam, kiedy co jakiś czas zamykałam książkę, by zaczerpnąć głębokiego oddechu, od głupich się w myślach wyzywałam, i o rany, jakież to było fantastyczne. Oczywiście, Pulitzer o czymś świadczy, ale machnęłam na to ręką. Nieziemsko dobra powieść mi się objawiła, równie wyborna, co i kawa z automatu na moim wydziale (i wcale się nie śmieję!).

Amerykańska sielanka jest wielowarstwowym polem, w obszarze którego doświadczamy subtelnego nagromadzenia wątków i zabiegów literackich. Powieść tę możemy czytać na wiele różnych sposobów, badać między innymi pod kątem dramatycznym, socjologicznym, psychologicznym. Opowieść o rozbitej rodzinie, urywek z życia mieszkańców Old Rimrock położonego w Stanach Zjednoczonych, dramat człowieka idealnego, a raczej wiecznie idealizowanego do wręcz boskich standardów, któremu runęło życie. Z początku nachodziły mnie chmurne myśli, zastanawiałam się, jak bardzo trzeba rozwałkować ten temat, by rozpisać go na sześciuset stronach; po przeczytaniu jednej czwartej powieści, sądziłam, że przecież ja już wiem wszystko, że jest jasno i klarownie, zakończmy to jakimś niesamowitym zwrotem akcji, i żegnam, koniec. Zachmurzenie ustąpiło już za chwilę, kiedy zorientowałam się, że na każdej kolejnej stronie autor nie tylko drąży i grzebie w głównym wątku, lecz również zaczyna snuć kolejne nici, odnogi, nazwijmy to obojętnie jak - które otwierają nowe wątki, nowe drzwi, mające na celu odsłonić czytelnikowi szerszy punkt widzenia, pomóc widzieć lepiej, a przy tym wzbogacić całą fabułę, która pyszni się swą obiecującą objętością i majstersztykiem, nie boję się użyć tego słowa, w której misternie splecionych jest wiele zdarzeń, nieprzypadkowych, znajdujących swoje objaśnienie później lub już za chwilę. Amerykańska sielanka jest pajęczą siecią, utkaną z brutalnych emocji i obrazowych historii, siecią, w którą wpadamy, i nie zaczynamy dziko wierzgać - ale rozsiadamy się wygodnie i dajemy pożreć się konstrukcji.

Tło historyczne - udział Stanów Zjednoczonych w wojnie wietnamskiej. Główny problem - obsesyjne zaangażowanie córki głównego bohatera w politykę, które kończy się aktem terroryzmu. To jedna z warstw. Kolejną jest ukazanie relacji rodzinnych, na przykładzie głównego bohatera (przede wszystkim, niesamowita więź ojca z córką, to jeden z najwybitniejszych aspektów tej powieści, wspaniale nakreślony), jego żony, znajomych. Roth ucieka do retrospekcji, budując przed nami naturalny obraz życia postaci. Mamy więc wojnę, rodzinę - a razem z nią przegląd tradycji, poglądów, stylu życia typowego (sielankowego) Amerykanina. Mamy tragedię. Poruszane są kwestie rasowe, religijne. Mocnym punktem zaczepienia jest rodzinny biznes, fabryka rękawiczek. A w końcu, jawi się, wypełniający wszelkie luki, portret psychologiczny głównego bohatera, Seymoura „Szweda” Levova, który jest sercem Amerykańskiej sielanki. Roth w niesamowity sposób ukazał całe emocjonalne życie swojej postaci, kolejne jego zachowania, ruchy, klęski i radości. Gdyby nie tak szczegółowy obraz Szweda, Sielanka nie byłaby już tak wybitnym dziełem - śmiem przypuszczać, że to właśnie dzięki kreacji tej postaci, na której tak naprawdę opiera się cała reszta powieści - wątki, kolejni bohaterowie, pojedyncze słowa - to właśnie dzięki tak niezwykle przyziemnemu, realnemu, tak doskonale ujętemu literacko portretowi psychologicznemu, powieść ta otrzymała nagrodę Pulitzera. Ukazanie życia zwykłego człowieka wydawać by się mogło czymś prostym, banalnym wręcz. Głębia tej postaci, sposób w jaki Roth daruje nam Seymoura - to właśnie wstrzymało mój oddech. Jestem pod absolutnym wrażeniem perfekcji zabiegów czynionych na Szwedzie. Powtórzę się, to majstersztyk. Coś ponad wszystko. Absolutnie ponad.

Amerykańska sielanka jest powieścią bardzo nieoczywistą, autor często zbija nas z tropu. Tuż na początku w roli narratora poznajemy Natana Zuckermana, przyjaciela młodszego brata Szweda, który Szwedem oczarowany był do reszty w młodości, i podobnie jak pozostali jego koledzy, uważał starszego kolegę za kogoś niezwykłego. I nic się w tej kwestii nie zmieniło, mimo upływu lat. Snuje on przed nami swoją opowieść, w której znaczną rolę odgrywa Szwed. Dopiero chwilę później cała nasza uwaga zostaje skupiona na postaci, która była na językach wszystkich - szkolna gwiazda sportu, ulubieniec publiczności, najukochańszy syn, najczarowniejszy młody mężczyzna. Postrzegany jako ten, któremu szczęście towarzyszy od urodzenia, któremu nigdy nie przytrafiło się nic złego, słowem - prawdziwie szczęśliwy człowiek. Natan dopiero po latach dowiaduje się, że wszystkie te spostrzeżenia były zaledwie mrzonkami, a tragedia, jakiej Szwed doświadczył, mogłaby zostać podzielona pomiędzy minimum kilkanaście osób. Pozory, ach, pozory. Człowiek sam już nie wie, co w tej jego głowie się roi. Roth zaskakuje - nagłym przywołaniem konkretnego, istotnego dla sytuacji obecnej wspomnienia; wciąż trzyma w napięciu. Im bliżej mi było do końca powieści, tym bardziej rosło moje oczekiwanie co do finału, który musiał, koniecznie musiał mnie zachwycić. I znowu, skończyło się na nieoczywistości. Na wybiciu z rytmu. Czuję niedosyt, chciałabym więcej. Amerykańska sielanka jest tego typu lekturą, którą można by było czytać cały czas, do której powinno dopisywać się kolejne rozdziały, bo zakończenie pozostawia w sercu pustkę. Czegoś mi brak, odkąd pożegnałam się ze Szwedem Levovem, do którego zdążyłam bardzo przywyknąć. Troskliwy, czuły, dobry ojciec. Kochający mąż. Duma rodziców. Empatyczny kolega, i przykładny obywatel. Skorupa, która chroni przed światem swoje wnętrze, w obawie przed ucieczką na światło dzienne słabości, które mogłyby skrzywdzić jego najbliższych. To on miał być tym, który w każdej sytuacji umie sobie poradzić, zachowując zimną krew. To on miał być oparciem, nadzieją. I był. Do czasu, aż skorupa nie pękła. Kiedyś w końcu musiała.

I tonie człowiek, tonie w tej powieści, apetyt rośnie w miarę jedzenia, i nagle ma się wrażenie, że żyje się na tej uroczej wsi, czy raczej w małym miasteczku, razem z bohaterami, siedzi się na łące, i patrzy na pasące się bydło, policzek ogrzewają słoneczne promienie, jest sielankowo, życie jest piękne. W Amerykańskiej sielance piękno życia kontrastuje z brutalnością rzeczywistości, jeden świat, dwie skrajności, mocny kontrast. Roth pisze płynnie, łagodnie. Słowa spadają kaskadą na czytelnika, piękne w każdym calu. Dialogi tak naturalne, postaci jakby z rzeczywistości wyjęte. I obraz względnie sielankowej Ameryki. Zachwytom moim nie będzie końca, nudne to, ja wiem, ale przestać nie mogę, nie umiem, i chyba nie chcę. Wykwintnie skonstruowana, zmuszająca do myślenia, swojska - właśnie taka jest Amerykańska sielanka.

Będąc na fali zachwytu ledwo ukończoną lekturą, z tym razem już wielkimi oczekiwaniami, zorganizowałam sobie seans ekranizacji Sielanki, która to zaledwie trzy tygodnie temu miała swoją premierę w Polsce. Z przykrością informuję tych, którzy powieść już czytali, oraz ostrzegam tych, którzy postanowili zapoznać się z wersją filmową bez wcześniejszego obcowania z pierwowzorem - film został praktycznie do cna obdarty ze wszelkich emocji, których tak wiele w książce. W niemalże dwugodzinnej produkcji kolejne wydarzenia przeskakują zatrważająco szybko, co może absolutnie odbiorcę wytrącić z równowagi. Postać Szweda została bardzo spłycona, a to przecież on jest tym wszystkim, na czym opiera się doskonałość historii stworzonej przez Rotha. Jedynie zakończenie mnie ujęło, zmienione, inne niż w powieści - urzekające, magnetyczne. Co oczywiście nie znaczy, że zakończenie w powieści jest drastycznie gorsze. Nie. Jest inne. Które lepsze? Sami zdecydujecie.

Złożoność Amerykańskiej sielanki jest obietnicą lektury wyjątkowej. O tej powieści nie da się tak po prostu zapomnieć, po jej przyswojeniu, cień przez nią pozostawiony będzie jeszcze długo nas nawiedzał. Wielowarstwowa, spójna, obrazowa opowieść o katastrofie jednostki samotnej w tłumie. Wspaniała uczta literacka, wybitnie skonstruowana, głęboka, przemyślana. Poruszająca, wyjątkowa. Zapierająca dech, jak sielankowe okolice względnie spokojnego, uroczego Old Rimrock. Przeszywająca, jak nieskończona miłość ojca do córki. Taka, która jest ponad wszystko.

2 komentarze:

Cyrysia pisze...

Nie znam tej książki, ale skoro Twoim zdaniem jest tak dobrze napisana i wywołuje sporo emocji, to postaram się mieć ją na uwadze.

Ann RK pisze...

Ja z Rothem też się mijam. Czytałam zaledwie jedną jego książkę. Mam nadzieję, że uda mi się nadrobić zaległości.

Prześlij komentarz