20 lipca 2017

Nie czuję chłodu

Ciężko było podnieść się z tej kanapy, w którą człowiek tak miło wpada, ale trzeba było, bo dłonie w rękawiczkach zaczęły już kostnieć, a nagrzany wrzątkiem o smaku herbacianym, bo każda herbata przecież smakuje tak samo, kubek, mógł temu zapobiec. I jak już wsadziło się te odziane w okrutnie grube skarpetki stopy, w równie puchate, co i irytująco brzydkie, pantofle, którymi człowiek szurał po deskach skrzypiących pod jego ciężarem, i jak już oderwało się od powierzchni siedziska te młodzieńcze, lecz tak obolałe kości, to szło się parę metrów do kuchni, gdzie kilka stopni cieplej, ale równie żałośnie zimno.
I już chwilę później, w powrotnej drodze, na to swoje stałe miejsce, sycząc pod nosem, bo kubek parzył, parzył nawet przez rękawiczki, spoglądało się w okno, dla urozmaicenia, chociaż i nie, bo na zewnątrz równie szaro, co i na tej werandzie, która niby dawała poczucie bezpieczeństwa, a jednocześnie uświadamiała człowiekowi jego naiwność, bo w tym rzekomym schronie dla ludzkich ciał i smutków, temperatura była identyczna jak ta za jego drewnianymi deskami, czyli śmiesznie niska. I za tym oknem, a w oknie domu naprzeciw, siedziała starsza kobieta, ze wzrokiem utkwionym w to właśnie moje okno, a przez to okno moje w ekran też mojego telewizora, który szalał kolorowymi obrazami, nic nie znaczącymi, ale na chwilę zajmującymi uwagę, bo jak się jest odciętym od świata, gdzieś tak daleko od rzeczywistości, to człowiek z nudy, przerażony przebywaniem sam ze sobą, zrobi wszystko, nawet w szklany ekran się pogapi. I dmuchając w ten kubek, świadoma, iż na nic się to nie zda, bo kilka oddechów upragnionego cztery minuty wcześniej wrzątku nie uspokoi, walczyłam z ochotą otworzenia tego mego okna nieszczęsnego, i krzyknięcia Ejże, pani Marysiu, nie ma pani własnej telewizji, w mojej leci co innego niż w pani?!, ale powstrzymałam się, bo przecież po drugiej stronie chwiejnego muru zimniej, wciąż w to wierzyłam, albo przynajmniej udawałam, że wierzę, no i by mnie wywiało, a i potem bym nie zamknęła tego okna przykrytego smutną pożółkłą firanką, albo tak bym trzasnęła ze złością, kierowana własną niemocą, że szyba by wyleciała, i co wtedy, zamarzłabym, to nic że, powtórzę, temperatura tam i tutaj taka sama. A czy jej zimno w tym oknie nie było, czy nie bała się tego zimna, przecież ona ma centralne, u niej cieplutko, a mnie się w piecu palić nie chciało, to i w tej zimnicy siedzę, starając się pogodzić z własnym losem? Może spragniona towarzystwa, usilna potrzeba dzielenia się z kimś jakąkolwiek, byle jaką czynnością nią kierowała, stąd cierpieć wolała, godnie dzieliła się ze mną tym zimnem, bo są przecież rzeczy nieistotne i jeszcze bardziej nieistotne. Nic to, wzruszenie ramionami mi chyba jedynie pozostało, i znowu zapadłam się w tą swoją kanapę, ale nic już tak dobrze czy niedobrze nie było, bo spadając w kanapową otchłań wrzątek się rozlał, nieznacznie, a jednak, wylądował gdzieś na mnie, syknęłam znów, i po tym właśnie stwierdziłam, że ja jednak to już to zimno wolę - chociaż i ono potrafi sparzyć.

Tekst ten powstał w ubiegłym roku i miał stanowić wstęp do recenzji Wielu Demonów Jerzego Pilcha. 

0 komentarze:

Prześlij komentarz