02 sierpnia 2017

Nienapisane historie - J. Moyes, „We wspólnym rytmie”

Utrata tego, co jest fundamentem naszego życia, powoduje pustkę - nieznośną, dokuczliwą, rujnującą poczucie naszej tożsamości. Nagle znajdujemy się w świecie, o którym nic nie wiemy, poznać którego nie chcemy, jesteśmy bezczynni, a przecież bezczynność jest tym najgorszym ze wszystkich możliwych stanów. Nikt nie jest w stanie pomóc, sami sobie też nie pomożemy, jak z tego wybrnąć? Odpowiedź osunęła się wraz z gruntem spod naszych stóp; nie ma odpowiedzi, nie ma fundamentu, życia, świata, nie ma nas.

~*~

Premiery kolejnych powieści Jojo Moyes w Polsce stały się wielkimi komercyjnymi wydarzeniami. Od czasu wznowienia Zanim się pojawiłeś polskie czytelniczki oszalały na punkcie autorki, która, jak głoszą hasła promocyjne, pisze dla ludzi kochających życie. Konstruowane przez nią historie mają przywracać wiarę w codzienność, udowadniać, że od dna zawsze można się odbić - trzeba jedynie chcieć. Kilka tygodni temu w moje ręce trafiło pewne niebieskie pudełko, kryjące w sobie wydaną przez Moyes w 2009 roku powieść, która po ośmiu latach doczekała się polskiego tłumaczenia. We wspólnym rytmie, historia czternastoletniej dziewczynki i jej najlepszego przyjaciela - konia imieniem Boo - oraz Natashy i Maca, małżeństwa, którym są jedynie na papierze, jest kolejną powieścią pióra Moyes, mającą zawojować nasze serca i przypomnieć, że zawsze warto próbować - nawet jeśli nadzieja już dawno przestała istnieć.

Wspólnym mianownikiem dla historii Moyes (wniosek ten wysuwam na podstawie lektury Zanim się pojawiłeś oraz wszystkich powieści, które wyszły nakładem wydawnictwa Między Słowami, za wyjątkiem Dziewczyny, którą kochałeś) jest niesłabnąca pozytywna atmosfera, a także wyjątkowy humor, który rozbraja nawet dramatyczne sytuacje. Przemycony przez autorkę czarny humor i ironia w Razem będzie lepiej, czy komizm postaci w obu opowieściach o Louisie Clark wywołują szczery uśmiech na twarzy czytelnika i sprawiają, że bohaterów, jak i ich kolejnych perypetii po prostu nie da się nie lubić. We wspólnym rytmie wyróżnia się na tle swoich papierowych koleżanek - typowego dla Moyes humoru nie ma tu praktycznie wcale, a wydźwięk całej historii jest dość stonowany i chłodny. Nie bez powodu przez dłuższy czas miałam wrażenie, że czytam jakąś dziwną hybrydę powieści Jodi Picoult i Diane Chamberlain - w tej historii brakuje klasycznego blasku, który pozwala wierzyć, że wszystko będzie dobrze. I chociaż wszyscy wiemy, a raczej mamy głupią nadzieję, że na pewno wszystko skończy się dobrze (jak jest w rzeczywistości, nie powiem, ale żeby nie było, że spojleruję, bo przecież wszyscy doskonale wiemy: jedenaste: nie spojluj), to jednak nie jesteśmy aż tak pewni. Dlaczego? Ponieważ We wspólnym rytmie jest powieścią, po prostu, smutną. I to nie w taki sposób, w jaki Zanim się pojawiłeś jest smutne. Tam też płaczemy, ale często ze śmiechu. Natomiast We wspólnym rytmie jest tą czarną owcą, która trzymana jest przez resztę na dystans. Bo jest inna. Na swój sposób dziwna. I ładna - niestety, tylko ładna. Nic ponad to.

Dziadek czternastoletniej Sarah, były kawalerzysta Le Cadre Noir, niespodziewanie ląduje w szpitalu, a że wychowuje ją sam, dziewczynka skazana zostaje na łaskę obcych ludzi. Cały jej świat, do tej pory bezpieczny i skrzętnie ułożony, rozsypuje się w jednej chwili. Sarah nie tylko praktycznie traci jedyną osobę, której może zaufać - jej rutyna, codzienne treningi z ukochanym koniem, są jej uniemożliwiane na wszelkie możliwe sposoby. Postronne osoby nie rozumieją pasji, która jest znaczącą częścią życia dziewczyny. Lekturę We wspólnym rytmie rozpoczynamy od poznania małego skrawka historii pewnej pary - cofamy się nieco w czasie. Następnie zaś powracamy do teraźniejszości, i snujemy się pomiędzy dwoma wątkami, które zgrabnie się przeplatają - z jednej strony mamy Sarah i jej nową sytuację życiową, z drugiej zaś prawie byłe małżeństwo, Natashę i Maca, które toczy ze sobą zacięty bój, polegający na udowadnianiu drugiej osobie, że ja radzę sobie lepiej. Moyes płynnie prowadzi fabułę, trzy różne historie łączy w całość. Niestety, przy tym wszystkim cierpią jej bohaterowie, którzy są wyjątkowo mdli - Jojo przyzwyczaiła nas do konstruowania znacznie bardziej rozbudowanych portretów psychologicznych, jej postaci zazwyczaj są żywsze. Broni się praktycznie jedynie Natasha (i Kowboj John, ale o nim to za długo by pisać), która jest typową bohaterką powieści skierowanych ku płci żeńskiej - sfrustrowana kobieta po przejściach, odbijająca sobie niepowodzenia w życiu rodzinnym robieniem kariery, w tym przypadku, prawniczej. Natasha, oszołomiona po rozstaniu z mężem, nie bardzo wie, jak poskładać swoje życie na nowo. Staje się cieniem samej siebie, i tkwi w stworzonej własnymi czynami stagnacji, nie widząc z niej żadnego wyjścia. I właśnie wtedy pojawia się światełko w tunelu, dziewczynka urodzona w siodle. Czy dzięki niej wszystko stanie się prostsze? Wręcz przeciwnie.

We wspólnym rytmie niezmiennie irytuje, gdyż jest składową niepowodzeń Sarah, przez co długie fragmenty powieści stają się monotonne. Autorka nałożyła czternastolatce na głowę tak wiele dramatycznych problemów, problemów, w obliczu których niejeden dorosły byłby bezbronny, że uzyskała efekt zakrawający o komiczny. I gdyby jeszcze Sarah była osobą rezolutną, pełną energii, która wszystko to weźmie na siebie z godnością - dobrze. Dziewczynka jednak, mimo swej pojawiającej się momentami determinacji, pozwala życiu zadawać sobie kolejne kopniaki. Nie ma dla powieści nic bardziej druzgoczącego, jak główna bohaterka, do której nie odczuwa się głębokiej sympatii. I to już wcale nie chodzi o jej ślamazarność, brak jakiejkolwiek ikry. Z jednej strony Moyes przedstawia Sarah jako typowe popychadło, z drugiej zaś zwala na jej drobne barki sytuacje często zakrawające o absurd - gama jest zbyt szeroka, autorka popada w skrajności. Dwoistość natury, zaskakiwanie samego siebie w ekstremalnych sytuacjach - to do mnie nie przemawia. Wadą postaci Sarah jest jej swoistego rodzaju sztuczność. Nie mamy pojęcia, jak dziewczynka zachowuje się w większości sytuacji typowych dla jej wieku - szkoła, potencjalni znajomi, codzienność, która nie jest związana z odwiedzaniem Boo w stajni i kolejnymi ćwiczeniami, one wszystkie nie istnieją, albo są nakreślone na tyle słabo, że w głowie pozostaje nam jedynie obraz dziewczyny w siodle.  Dziecko jest wyobcowane. Przyjmuję, taki był zamysł, o tym jest ta opowieść - ale przez tę wybiórczość główna bohaterka jest papierowa. Nie słyszę jej oddechu pomiędzy kolejnymi literkami.

Chociaż w przypadku tej powieści postaci autorce wyszły nieco słabo (drugoplanowi trochę nadrabiają, ale o Kowboju Johnie już chyba wspominałam?), nadrabia ona plączącymi się pomiędzy nimi relacjami. Pięknie ukazana oziębła, stonowana, acz głęboka miłość dziadka do wnuczki zasługuje na pełne uznania skinienie głową. O walącym się małżeństwie pisać nie muszę, bo na kartach x powieści znajdziemy podobne historie. Ale, fascynująca jest głównie więź pomiędzy Natashą a Sarah. Moyes znakomicie zestawiła ze sobą te dwie bohaterki, które mają szansę wzajemnie się uratować. We wspólnym rytmie jest powieścią, w którą włożono dużo pracy - świat koni i ich jeźdźców rządzi się własnymi prawami, posiada swój własny język i określone zachowania - autorka zwinnie operuje terminologią i ukazuje czytelnikowi świat, który często jest dla niego zupełnie obcy. Wątek Le Cadre Noir jest wspaniałą cząsteczką historii - historii, która łączy trzy pokolenia bohaterów w powieści, domykając fabułę, oraz historii, która jest dla czytającego czymś nowym, intrygującym. We wspólnym rytmie, spośród wcześniej wymienionych powieści Moyes, jest najstaranniejsza stylistycznie - językowo i literacko. W przeciwieństwie do Zanim się pojawiłeś, dialogi są płynne i naturalne, niewymuszone. Autorka rozwija zdania, mimo swej skłonności do tworzenia ich lakonicznymi i surowymi. W tym momencie chciałam zakomunikować swoją radość spowodowaną rozwojem pisarskim autorki, ale przypomniałam sobie, że ze wszystkich wspomnianych powieści jest ona pierwszą chronologicznie. Także od pochwał się powstrzymam, jednocześnie z rozrzewnieniem myśląc o jej wszystkich „niedoskonałych” dziełach.

Po lekturze wszelkich powyższych uwag można odnieść wrażenie, że We wspólnym rytmie jest powieścią, która pomimo kilku naprawdę mocnych zalet jest powieścią słabą. Tak bym jej nie zdefiniowała, określiłabym ją raczej mianem „dobrej na szynach” - wszystko przez inność, która nie pozwoliła mi do końca oddać się tej historii. To nie jest Moyes, którą lubię i cenię - słabą stylistycznie, ale bogatą we wspaniałych, żywych bohaterów i fabułę pełną zaskoczeń, i co u Jojo najważniejsze, wzruszeń. We wspólnym rytmie ma swoje dobre momenty, zwłaszcza w ostatnich rozdziałach, potrafi wywołać w czytelniku wachlarz najróżniejszych emocji - niestety, bardzo słabych, ledwie się tlących, o których szybko się zapomina. Nie jest to najdoskonalsza powieść w dorobku autorki - niewątpliwie jednak znajdzie ona swoich sympatyków, ceniących lektury miłe i pozostawiające po sobie ledwo dostrzegalny ślad. 

1 komentarze:

karolina pisze...

Książka chyba nie dla mnie mam mieszane uczucia co do tej książki
mój blog

Prześlij komentarz