21 kwietnia 2018

Nie uciekaj od swojej zabawy — M. July, „Pierwszy bandzior”

„(…) nikt na przykład nie zrobi z tego wielkiej amerykańskiej love story naszych czasów.” — tak swoją miłość komentuje główna bohaterka, Cheryl, która dopiero odkrywając, czym miłość jest dla niej, spróbowała zdefiniować, czym to uczucie jest w ogóle. Pierwszy bandzior nie jest historią miłosną, nie jest, idąc za cytatem, typowym love story, chociaż okładkowy tekst może sugerować, że dokładnie właśnie tym jest powieść Mirandy July — typową kobiecą czytanką, którą odgradzamy się od słońca w upalne, letnie dni. Jednak nazwisko autorki nie pozwala nam podejrzewać, że mogłaby być to historia nie tyle banalna, co bardzo prosta. Przeciwnie, July, uznana performerka, reżyserka, jest gwarancją stuprocontowości absurdu w absurdzie, chwilami niewysmakowanego i bezczelnego, lecz niezwykle inteligentnego i przemyślanego. Pierwszy bandzior jest książką, która wymyka się ze wszelkich ram, i nie pozwala się przypisać do określonych kategorii, tej historii nie da się złapać w klatkę.

Pierwszy bandzior jest powieścią bardzo mięsistą, fizyczną, operującą ciałem jako pewnym centrum, na którym skupia się nasza rzeczywistość. Ciało u July silnie związane jest z przeżywaniem, dychotomia duszy i ciała zostaje zachowana, one ze sobą współpracują, ale jednak to ciało przewodzi wszelkie doświadczenia, które dopiero chwilę później interpretuje umysł. July pokazuje, jak bardzo nieświadomi swoich ciał jesteśmy, jak bardzo nie umiemy ich słuchać. Nie zatrzymuje się jedynie na temacie seksualności, która jest silnie wyeksponowana w Pierwszym bandziorze, ale także przypomina, że nasza fizyczność to także fizjologia, i wszystko to, od czego, jako osoby tożsame jedynie z własnym umysłem i/lub skupione na tym bardziej pociągającym, atrakcyjnym aspekcie naszej fizyczności, uciekamy. O fizyczności potrafimy myśleć jedynie wtedy, gdy nacechowana jest pozytywnie, gdy myślimy o sobie samych jako o zdrowych, atrakcyjnych, a co za tym idzie — pociągających. Kiedy sprowadzamy się do roli ciała jako nieaktywnej seksualnie skorupy, chorej, okaleczonej, słabej, czujemy się obco i niepewnie. July czyni z choroby głównej bohaterki niezdrową obsesję, która bardzo negatywnie wpływa na jej życie, a przede wszystkim, na relacje z innymi ludźmi. Co ważne, sama choroba nie jest uciążliwa, to Cheryl taką ją czyni, by móc nią usprawiedliwiać wszelkie swoje niepowodzenia. Choroba jest aktywna, nie jest nieobecna, w pewien sposób definiuje swoją nosicielkę. Cheryl nie przez nią jednak jest słaba, jest słaba przez myśl o chorobie. Kiedy jednak jej seksualność zostanie postawiona nad chorobą, Cheryl spojrzy na siebie inaczej, przychylniej. Okaże się, że jedynym, co ją przytłaczało, była ona sama.

Im dalej w fabułę, tym intensywniej dokonuje się dekonstrukcja głównej bohaterki, którą poznajemy jako osobę maniakalną, pełną neurotycznych zachowań. Cheryl jest bardzo skupiona na samej sobie, próbuje sprawować nad sobą pełną kontrolę, w efekcie czego nie ma kontroli zupełnie nad niczym, a przede wszystkim nad własnym życiem, do którego pozwala wkraść się dwóm toksycznym osobom. Na szczęście jedna z nich ewoluuje z toksyny w przynoszącą pozytywne skutki infekcję ciała i duszy, będzie bezpośrednim powodem transformacji głównej bohaterki. Pod jej wpływem Cheryl się wyciszy, stanie się mniej krytyczna wobec siebie. Pierwszy bandzior pełen jest niezdrowych relacji, ukazanych w krzywym zwierciadle. July w tej książce próbuje w absurdalny sposób ukazać banalność codzienności, jednakowych rozmów odbębnianych co rano, płytkości związków z innymi ludźmi. Robi to dosadnie, mocno przerysowuje, jednocześnie zmuszając do zachowania dystansu wobec wykreowanego świata i rzeczywistości, do której się odnosi. Cały Pierwszy bandzior fundamentowany jest na grotesce i absurdzie, autorka bawi się konwencją i eksperymentuje. Ta książka wymierza siarczysty policzek, boli dość długo. Pierwszy bandzior jest szaleństwem, które wywołuje skrajne reakcje, wprowadza nas do strefy dyskomfortu, wyrzuca za burtę i każe sobie poradzić z niespodziewanym ciężarem wywołanym naszą dezorientacją. To bardzo, bardzo dziwna powieść, przez to szaleństwo, o którym wspomniałam, realizująca dramat jednostki, samotnej kobiety tkwiącej w okowach oczekiwań wobec swojej osoby. To wielowymiarowa, dokładnie przemyślana powieść skrywająca krzyk niemocy i frustracji Cheryl pod różowo-absurdalną zasłoną kiczu. July stworzyła wielką rzecz.

Miranda July odziera człowieka z wszelkiej godności, pozostawia go nagim i słabym (tyczy się to również postaci Clee, która jest uosobieniem gombrowiczowskiej łydki), człowiek u July jest kruchy, nie może ufać nawet własnemu ciału, które wykorzystuje go tak samo, jak on wykorzystuje je. Postać Mirandy aż się prosi o freudowsko-lacanowski odczyt, i mam wielką nadzieję, że ktoś się kiedyś pokusi o napisanie porządnej psychoanalitycznej rozprawy na temat Pierwszego bandziora (w doskonałym tłumaczeniu Łukasza Buchalskiego!). Niekoniecznie mam ochotę zgodzić się z powszechnymi twierdzeniami, że każdy w tej książce odnajdzie coś dla siebie, że każdy z nas po trochu jest jak Cheryl. Sądzę jednak, że jest to absolutny must read, bo to jest powieść, o której powinno się rozmawiać. Pierwszy bandzior łamie wszelkie bariery, to bardzo specyficzny, inteligentny i mocny głos. Chciałabym czytać więcej takich powieści.

1 komentarze:

Justyna Kafera pisze...

O widzę, że to książka dla mnie, szczególnie przekonała mnie Twoja opinia o kreacji głównej bohaterki :) Pozdrawiam !

Prześlij komentarz