13 maja 2018

„Kreski, dilerzy, chłam” — D. Masłowska, „Inni ludzie”

Przez blisko sto sześćdziesiąt stron bujasz się i mruczysz pod nosem kolejne słowa zlepione w zdania, w rytm swoich ulubionych rapsów. A nawet jeśli rapsów nie lubisz, to i tak mruczysz, bo Innych ludzi, najnowszej książki Masłowskiej, w inny sposób nie da się czytać — to rodzaj dramatu-piosenki, który opowiada historię szarych bloków Warszawy; chciałbyś usłyszeć go na żywo, będąc wśród tłumu ludzi, spoconych ciał wykrzykujących: „Kochanie, pięknie pachnie twoje ciało, ale / coś tu śmierdzi i to nie jest moja kurtka wcale. / Powiedz, czy twój mąż nie będzie miał obiekcje, / jak tymi rękami będziesz z dzieckiem robić lekcje.”. Inni ludzie to bystra obserwacja autorki zaglądającej wraz z czytelnikiem przez okno, którego futryn nikt nie wymieniał od lat; przez okno mieszkania co któregoś Polaka, bo mówić o Innych ludziach jako o diagnozie polskości — okej, ale do pewnego stopnia, bardziej mówmy tutaj o diagnozie wycinka naszego społeczeństwa, który niektórym jest bliski, innym znany jedynie z historii takich jak ta. Nie każdy wychował się na trzepaku, nie wszyscy spalali pierwsze mentole na ławce pod blokiem, część tak, jest to bliski świat, nie dla wszystkich jednak, bo niektórzy o jego istnieniu pojęcia nie mają, a jednak jakby coś kiedyś słyszeli, gdzieś im się o uszy obiło. Masłowska prezentuje nam obraz środowiska blokowego, bardziej gwałtownego, fizycznego, lepiej nakreślonego, niż to w Latach powyżej zera zrobiła Cieplak. Główny bohater Masłowskiej, Kamil, któremu życie podcina skrzydła, ociera się o tę „lepszą” warstwę Warszawki, zachowuje jednak w pełni swoją autonomię, nie próbuje przechodzić zmian (one nie próbują przejść na nim), nie ulega wpływom i transformacji, bo jakby to ująć, lepsza sferka igra z nim i jego rozwalającymi się najkami, wykorzystuje go w sposób perfidny, by nie powiedzieć — uwłaczający, Kamil staje się rzeczą, zabawką, przedmiotem, który ma polepszyć humor, bo niższa warstwa ma gorzej, na nią można zwalić swoje żale, Kamil jest naprawiaczem zepsutych nerwów, powodem kolejnych i zasługuje jedynie na machnięcie ręką i dalszy płacz w poduszkę. Leczy wyrzuty sumienia, jest pionkiem w cudzej grze. Kamil to chłopak niegłupi, cisną go stereotypy i matka, żyje jak może, żyje jak potrafi, marzy o nagraniu płyty; pytanie, który dres z obskurnego, patologicznego bloku nie marzy, by gorycz życia przelać na słowa, słowa na rapsy, jedynie muza może ocalić. Generalizuję, bo generalizuje Masłowska, w sposób subtelny jednakże, konkretnie, lecz nienachalnie, bo tego od niej jej dramat wymaga. Inni ludzie to Warszawka w pigułce, to wycinek Polski w proszku, wystarczy popić tajgerem, zalać kranówą. Masłowska zwraca uwagę na wszystko, co w Polsce się dzieje tu i w trybie nał, jest aborcja i są uchodźcy, #metoo i diety w pudełkach. To taki stan rzeczy na teraz i już, jak przyjdzie nowe, będzie jak wspominać, bo Masłowska spisała to za nas i dla nas, i bardzo dziękuję, bo przejrzałam się w lustrze (nie zobaczyłam odbicia).

Masłowska w Innych ludziach pokazuje, że jest źle. Nikogo nie obwinia. Stwierdza fakt, idzie przed siebie. „Popatrzcie ludzie, takiego świata nie znacie” albo „Znajoma sytuacja, coo?” — zdaje się mówić przez zęby zaklejone różową orbitką. Często zapominamy, że istnieje kilka światów. Nowa książka Masłowskiej to jednak nie tylko trudne sprawy w rzeczywistości, to coś więcej niż studium niespalonych petów i słów, o których niewypowiedzeniu nikt w Innych ludziach nie myśli. To literacka zabawa, która jest dużą próbą, w znacznej mierze udaną, niebezbłędną jednak. Ta chwila przedstawiona, te trzy dni z życia Kamila poniedziałek wtorek środa, mogłaby być nieco bardziej równa, początek jest gwałtowny i intensywny, potem Masłowskiej rytm się nieco gubi. Mimo to jednak mamy do czynienia z domkniętą całością, Inni ludzie to szybki rzut oka na beznadzieję istnienia, na te wszystkie zimne ryby zamknięte w korpo-akwarium czy innych planach zdjęciowych seriali, z którymi jadamy kolację. Treść dramatu-piosenki, rapsu długiego na godzinę i trochę, jest chłodną realią. Nie wiem na ile Masłowska chciała szokować tą książką, dobitnym,  nieobcym jej twardym słowem, i samym pomysłem, dość oryginalnym. Wątpię, że chciała, a jak chciała, to wyszło nie do końca. Inni ludzie są pewną innowacją, ciekawym zabiegiem literackim, ale przez to, że na okładce widnieje akurat to nazwisko, nie możemy mówić o pełnym zachwycie nową formą. Masłowska przyzwyczaiła nas do pewnych chwytów, które stosuje — i to wcale nie jest złe, bo każdy twórca swoje chwyty ma, z tego jest znany, za to go lubią i czytają. Nikogo nie dziwi, że Masłowska porwała się na napisanie współczesnego dramatu w raperskim duchu, Masłowska taka właśnie jest. Nowoczesna, zagadkowa, przełomowa. Każde słowo dokładnie przemyślane, skrzętnie dobrane, sens zdania zachowany, językowa wariacja i wydanie w formacie płyty CD. Dramat-piosenka, podział na zwrotki, dużo przerzutni. Twarda melodyjność. Tą książką mnie kupiła, nie kryję, do tej pory nie lubiłam — twórczości, sposobu noszenia się, pretensjonalności przeze mnie na ogół cenionej, w jej przypadku — nie zdzierżonej. Ale Inni ludzie to moja bajka, i mimo ogromnych wątpliwości i szydery na twarzy wypisanej, kiedy dostałam Innych w swe ręce — odkuwam wszelkie złe słowa, dziękuję za tę przygodę, za historię Kamila czytaną w rytm trochę Visy, a trochę Madagaskaru. Fajnie się czyta będąc odzianym w trzy lampasy, zalecam, lepiej wchodzi.

0 komentarze:

Prześlij komentarz