19 listopada 2018

„Literatura daje nam drugą szansę” — rozmowa z Davidem Vannem


„W moim pisaniu nie mam planu, staram się odkryć, co stanie się w danej scenie, na danej stronie. Wierzę, że fikcja jest prawdziwa, że transformacje zachodzące na kolejnych stronach pochodzą z podświadomości, próbując uczynić autora kompletnym. Wierzę, że literatura daje nam drugą szansę”. Z Davidem Vannem, autorem Legendy o samobójstwie, wydanej w styczniu bieżącego roku nakładem Wydawnictwa Pauza, rozmawialiśmy w poniedziałek, 29 października, podczas jego pobytu w Krakowie.


Zastanawiam się, dlaczego w tytule użyłeś słowa „legenda”. Nie jest to Historia o samobójstwie, ani Opowieść o samobójstwie — tylko legenda. To słowo niesie za sobą duże znaczenie.
To dobre pytanie, odpowiedź na nie jest nieco zaskakująca. Legenda brzmi trochę jak mit, i większość osób właśnie w ten sposób interpretuje tytuł — jako mit samobójstwa mojego ojca. Ponadto, słowo to wiąże się z „legendarzem”, czyli zbiorem żywotów świętych w tradycji hagiograficznej. Czytałem kiedyś Chaucera, jego Legendę o dobrych kobietach sprzed sześciuset lat. Pod wpływem tej lektury napisałem opowiadanie zatytułowane Legenda o dobrych mężczyznach, które jest serią portretów mężczyzn, z którymi po śmierci ojca spotykała się moja matka. Uświadomiłem sobie, że konstruowanie opowiadania wokół sylwetek ludzi, jest dobrym sposobem na jego organizację. Nie miałem jednej opowieści o moim ojcu. Każde z nas (w rodzinie) inaczej odczuwało jego samobójstwo — reagowaliśmy poczuciem winy, wstydem, gniewem; nie zgadzaliśmy się, nie mogliśmy wspólnie ustalić, kim ojciec był, co właściwie się stało, i co to dla nas wszystkich oznaczało. Nie było jednej historii do opowiedzenia, było ich wiele. Kiedy postanowiłem napisać książkę, uznałem, że napisanie serii portretów przedstawiających samobójstwo z różnych perspektyw będzie dobrym pomysłem. Stwierdziłem, że używając metody zastosowanej przy Legendzie o dobrych mężczyznach, mogę nadać powieści o ojcu konkretną strukturę. Tytuł Legenda o samobójstwie oznacza tak naprawdę „serię portretów samobójstwa”. Każdy z nich różni się stylem, jest inaczej napisany, zainspirowany przez różnych autorów, takich jak Marilynne Robinson, czy Elizabeth Bishop. Te opowieści tworzą debatę, nie zgadzają się co do niektórych wydarzeń, w każdej z nich przedstawiam ojca nieco inaczej, co prowadzi do zróżnicowanych emocji. Ten bałagan reprezentuje doświadczenie, jakim była żałoba po samobójstwie ojca.

Uważasz, że Legenda o samobójstwie jest bałaganem?
Tak, ma dezorientującą strukturę, i jest dezorientującym doświadczeniem. W środku tej krótkiej powieści umieściłem pułapkę — jedno z opowiadań przestaje bezpośrednio opowiadać o samobójstwie ojca, dotyka tego problemu jedynie pośrednio. Inne opowiadania nie pasują do siebie. Czytanie Legendy o samobójstwie jest niechlujnym, niepokojącym, obcym doświadczeniem. Uważam, że to jest właśnie to, co robi literatura — jej zadaniem jest wytrącić nas z równowagi, zmusić do zobaczenia czegoś w świeży, nowy, odmienny sposób.

Pisałeś te opowiadania przez kilka lat — pomagało ci to w radzeniu sobie z żałobą?
Tak, zdecydowanie. Myślę, ze pisanie jest dobrą formą terapii.

Mówisz o samobójstwie z zaskakującym spokojem. To niespotykane, bo zazwyczaj rozmowy o tak trudnych przeżyciach pełne są strachu, wściekłości, smutku. Skąd u ciebie ten spokój?
Miałem w życiu dużo drugich szans. Życie i sztuka są w pewnym sensie zbawienne — kiedy jesteśmy złamani, rozpadamy się — nagle dostajemy szansę, by stworzyć się na nowo, by ponownie się poskładać. Pisanie jest terapeutyczne — przekształca coś, co było straszne przez swoją nagłość i brak znaczenia — tak jak śmierć mojego ojca, która była niespodziewana, przez co okrutna. Zdawałem sobie sprawę z tego, że był nieszczęśliwy, nie wiedziałem jednak, nie byłem świadomy, że mogę go stracić. To był straszliwy szok. Po prostu nagle go nie było. To przerażające, jak bardzo jego śmierć do niczego nie pasowała, jak nie miała znaczenia wobec całego jego życia, zdawała się być czystą, bezsensowną stratą. Literatura odróżnia się od życia tym, że nadaje to znaczenie. To, co było przerażające, staje się w niej bezpieczniejsze, a cała gama emocji, jakimi reagujemy na stratę, staje się bardziej zrozumiała i łatwiejsza do zarządzania. W Legendzie o samobójstwie piszę o tym, jak ojciec poprosił mnie, bym spędził z nim rok na Alasce. To zdarzyło się naprawdę, odmówiłem mu. Niedługo potem się zabił — czułem się koszmarnie winny, myślałem o tym, że gdybym się zgodził, uchroniłbym go przed śmiercią. A przynajmniej, jak sądzę, odwlekłbym jego decyzję w czasie, bo z pewnością poczekałby z samobójstwem do końca naszej wycieczki. Być może po niej i tak by się zabił — a może nie. Mogłem jednak napisać opowiadanie, w którym zgadzam się na jego propozycję. Mogłem przenieść się w czasie i dostać drugą szansę, powiedzieć „tak”, i zobaczyć, jakie byłyby konsekwencje takiej decyzji, jak wyglądałby ten rok z nim spędzony. Dzięki pisaniu tego opowiadania dostrzegłem, jak bardzo bałem się jego rozpaczy, a przez to jego samego; jak blisko był samobójstwa, i jak bardzo nie miał nad tym kontroli. Pisanie odkrywa takie rzeczy. Mogłem się do niego zbliżyć na wiele różnych sposobów, poczuć, że nie straciłem go całkowicie. Kiedy ktoś umiera — jest to jedna śmierć, kiedy powoli zapominamy o tej osobie, nie jesteśmy w stanie przywołać jej w pamięci — ona umiera ponownie. W sztuce szukamy prawdy ukrytej pod naszymi uczuciami. Czujesz gniew, ale gniew nigdy nie jest prawdziwą emocją, zawsze jest coś pod nim. Poprzez pisanie można odkryć, co to jest, co tak naprawdę czujesz. Pisanie pozwala zajrzeć w głąb siebie. Niespodzianki, które pojawiają się w tekście, fakt, że płaczę, kiedy piszę, wszystko to działa jak terapia. Różnica między literaturą, a terapią jest taka, że literatura musi być czymś więcej — musi mieć estetykę, być piękna, tworzyć coś znaczącego. W terapii wystarczy sięgnąć do swoich emocji, nauczyć się je rozumieć i lepiej je wyrażać. Proces artystyczny jest więc równie użyteczny, ale oferuje więcej. Powieść jest czymś pięknym, powstałym z czegoś brzydkiego. Oferuje drugą szansę i odkupienie.

Bardzo podoba mi się sposób, w jaki mówisz o literaturze — że może nam dawać drugą szansę.
Wszystkie sztuki to oferują, nie tylko literatura. Mój pisarski proces twórczy częściowo pochodzi z teatru, obcowałem z nim w szkole średniej. Często opowiadam o tym, jak razem z moimi kolegami i koleżankami z teatru, zamiast udawać, że jesteśmy smutni, musieliśmy mówić tak, by nasz głos brzmiał jak sucha trawa, co prowadziło do autentycznego poczucia smutku. Nie udawaliśmy emocji, nie robiliśmy niczego sztucznego na scenie, niczego nieuczciwego. Nie planowaliśmy naszych ruchów, utożsamialiśmy nasze ciała ze zwierzętami i podążaliśmy za tym, dając się zaskoczyć. W moim pisaniu nie mam planu, staram się odkryć, co stanie się w danej scenie, na danej stronie. Wierzę, że fikcja jest prawdziwa, że transformacje zachodzące na kolejnych stronach pochodzą z podświadomości, próbując uczynić autora kompletnym, i nadać sens historii. To jest coś, co po prostu się dzieje. Jestem bardzo wdzięczny za moje doświadczenia z teatrem, bo to dzięki niemu mam narzędzia, pozwalające mi poradzić sobie z tym, co znajdowało się w centrum mojego życia, z największym i najbardziej nieprzyjemnym wydarzeniem w moim życiu. Ono ma swoje dziedzictwo i wciąż na mnie wpływa, wciąż mam pytania, na które nie umiem odpowiedzieć: czy mój rozwód był w całości moim rozwodem, czy wpłynął na niego mój tata? Kim byłbym bez samobójstwa? Sztuka nie zmienia faktu, że pod wpływem niektórych wydarzeń z naszego życia stajemy się kimś innym. Sprawia jednak, że możemy poczuć się lepiej, pogodzić się ze wspomnieniami, traumami, przekształcić je w coś innego; pozwala poczuć, że nasze życie nie jest, nie było jedynie tragedią. Wiele osób pyta, po co czytać o rzeczach tak mrocznych, depresyjnych, jak chociażby moja opowieść o samobójstwie ojca. Uważam, że czytanie o takich doświadczeniach ma zupełnie odwrotny efekt od spodziewanego przygnębienia, poczucia zdołowania — odświeża nas. Czytając, zbliżamy się do naszego wewnętrznego zła, do jego konsekwencji, ale kończąc lekturę, jesteśmy uspokojeni. Wierzę w tragiczne historie, nawet jeśli tego typu powieści mają swoje mroczne momenty, nie sądzę, by miały mroczny wpływ na kogokolwiek, wręcz przeciwnie. Z moich doświadczeń wynika, że w wielu krajach ludzie czuli się lepiej po przeczytaniu moich książek, czuli się spokojniejsi, w ten sam sposób, w jaki ja czułem się, gdy je pisałem — mimo zawartej w nich straty, tragedii i trudnych momentów. Głęboko wierzę w to, jak sztuka i literatura działają przy pomocy tragedii.

Jak uważasz, dla kogo samobójstwo jest gorsze? Kto tak naprawdę jest jego ofiarą, samobójca czy jego rodzina, przyjaciele?
To ciekawe, nikt mnie o to wcześniej nie pytał. Czuję, że to było najgorsze dla mojego ojca. Gorsze dla niego, niż dla kogokolwiek innego. Był dobrym człowiekiem, który naprawdę cierpiał, człowiekiem, którego życie się rozpadało, i który nie umiał z tego cierpienia wyjść, znaleźć drogi na zewnątrz. Szukał pomocy na wiele sposobów, jedyna, którą otrzymał, nie wystarczyła. Przegapił wszystko — to, jak ja i moja siostra dorastaliśmy, przegapił mój i jej ślub, przegapił wszystkie drugie szanse, które mogliśmy mieć. Przegapił swoje drugie szanse, stracił wszystkie sposoby, w jakie jego życie mogłoby się przekształcić. W jednej z moich książek napisałem, że chciałbym, by zobaczył, że życie jest nieskończenie przekształcalne. Myślimy, że strata jest przerażająca i nigdy się po niej nie podniesiemy, że nie możemy sobie pozwolić na tracenie rzeczy, a tak naprawdę — możemy stracić wszystko i przeżyć. Możemy stracić nasze więzy z rodziną, kolejne związki, przyjaciół, pracę, możemy zostać zmuszeni do przeprowadzki. Z tego wszystkiego możemy się podnieść, a nawet odkryć, że nasze nowe życie jest lepsze niż to poprzednie. Kilkukrotnie traciłem wszystko, zdarzyło się, że nie miałem nawet dziesięciu dolarów w gotówce ani na koncie, dwukrotnie zderzyłem się z finansowym dnem, nie miałem pracy — i dwukrotnie „nowe” życie doprowadziło do czegoś lepszego, pasowało lepiej do tego, kim byłem. Mój rozwód również był druzgocący, ale znowu — wydaje mi się, że od tamtej pory moje życie jest lepsze. Mogę nawet powiedzieć, że samobójstwo mojego ojca doprowadziło do najlepszych rzeczy w moim życiu. Cała moja rodzina była i jest pod ogromnym wpływem tego, co zrobił, nasze życia się zmieniły, nie możemy żyć bez jego samobójstwa. Rocznie w Stanach popełnia się 33000 samobójstw. Każde z nich wpływa na około 5-10 najbliższych osób. Pomyśl, ile to nieodwołalnie zmienionych żyć. Samobójstwo wpływa na wszystkich, ale to samobójca traci najwięcej. Uważam, że nie powinniśmy ani pochwalać ani potępiać samobójców. Nie powinniśmy nazywać ich samolubnymi. W każdym przypadku mamy do czynienia z rozpadającym się życiem i osobą nie myślącą jasno. Dlatego pracowałem w dziedzinie prewencji samobójstw — starałem się zwiększyć świadomość społeczną, ułatwiać rozmowy o samobójstwie, by nie było ono tematem tabu. Chciałem, by osoby dotknięte tragedią podobną do mojej, korzystały z pomocy terapeutów, z profesjonalnej pomocy — tak jak z pomocy lekarza, gdy ich ciało cierpi. Chodzenie do terapeuty nie powinno być wstydliwe, a wciąż takie jest. Wszyscy doświadczamy jakichś traum. Ja zawsze korzystam z tego typu pomocy, gdy w moim życiu ma miejsce duża zmiana — zależy mi, aby porozmawiać z kimś spoza rodziny czy przyjaciół, z kimś, komu mogę powiedzieć wszystko.

A Roy, czyją on staje się ofiarą — ofiarą samego siebie czy ofiarą ojca?
W książce Roy jest ofiarą ojca. Jego rozpacz i nadchodzące samobójstwo poddają chłopca olbrzymiej presji. Jedna z rzeczy, które pamiętam o dziecięcym umyśle, z czasów kiedy sam byłem dzieckiem, to to, że jeśli coś jest złe, to nie widać końca tej złej rzeczy. Dzieci mają inne rozumienie przyszłości, brak im dorosłego zrozumienia, że wszystko mija. Trzynastoletniemu Royowi (mojemu alter ego), wydaje się, że z ojcem zostaną na wyspie na zawsze, że ojcu nigdy się nie poprawi, a presja, którą na nim wywiera, będzie tylko rosła. Myślę, że to właśnie jest powodem tak wielu nastoletnich samobójstw — brak świadomości, że trudny moment życia kiedyś przeminie, że z tego teraz kiedyś się wyrośnie, że później będzie lepiej. Obserwacja rozwoju mózgu, zmian w nim zachodzących, jest czymś fascynującym — przykładowo, kiedy miałem dwadzieścia kilka lat, potrafiłem pisać krótkie opowiadania, ale nie umiałem stworzyć dłuższego fragmentu powieści. Po trzydziestym piątym roku życia mój mózg się zmienił, i byłem w stanie taki fragment zobaczyć, a co więcej, potrafiłem naprawdę go stworzyć. Mając dwadzieścia kilka lat czułem się naprawdę samotny, próby przetrwania godzin od zmierzchu do pójścia spać były nieznośne. Potem się to skończyło, dlatego, że dorosłem, zmieniłem się. Kiedy jesteśmy młodzi, czujemy intensywniej.

Dlaczego zdecydowałeś się napisać opowiadanie, w którym to syn, nie ojciec, popełnia samobójstwo? Skąd to odwrócenie ról?
Nigdy nie miałem pojęcia, że to napiszę. Nie planowałem tego. To opowiadanie miało skończyć się, podobnie jak w prawdziwym życiu, samobójstwem ojca. To była jedna z tych niespodzianek wynikłych w trakcie pisania, o których opowiadałem ci wcześniej. Kiedy to samobójstwo na kartach mojej historii się wydarzyło, wróciłem do początku historii i przeczytałem wszystkie strony prowadzące do momentu, w którym ono się realizuje. Miałem wrażenie, że te strony napisał ktoś inny, to nie był mój tekst. Jako jego czytelnik, nie twórca, widziałem wzór, który prowadził w stronę samobójstwa syna. Właśnie wtedy pierwszy raz zrozumiałem, że pisanie jest procesem podświadomym. Wydaje nam się, że wiemy, co robimy, że mamy plan, ale tak naprawdę istnieje inny plan, który realizuje się w ukryciu. To on jest tą prawdziwą historią, która dzieje się naprawdę. Uznałem, że właśnie to się zrealizowało, więc zostałem przy tej wersji, w której to syn, nie ojciec, popełnia samobójstwo. Następne dwadzieścia-trzydzieści stron to najlepsze pisarstwo w tej książce — po raz pierwszy nie miałem pomysłu, pomysł stał się sam. Okazuje się, że najgorszym, co może przydarzyć się pisarzowi, to właśnie pomysł. Świadome pomysły i plany? Absolutne śmieci. Nie są tak potężne jak nasze nieświadome umysły. Po raz pierwszy byłem wolny, napisałem wtedy to, co potrzebowałem napisać przez te wszystkie lata. Chciałem przedstawić rozpacz syna po ojcu, o której nie mogłem napisać wprost. Mogłem za to, niebezpośrednio, napisać o rozpaczy ojca po synu. Musiałem dokonać odwrócenia, bo psychologicznie nie byłem w stanie zmierzyć się z tym bezpośrednio. Nigdy nie widziałem ciała ojca po śmierci, nie byłem zdolny do przejrzystego myślenia o nim — ale mogłem opisać ojca znajdującego ciało syna, przez co uczyniłem martwe ciało mojego ojca prawdziwym. To była terapia, której bardzo potrzebowałem.

Czy pisanie tej opowieści pomogło Ci zrozumieć decyzję ojca? Dlaczego ją podjął, co nim kierowało?
Nigdy tej decyzji nie zrozumiałem. Mogę spędzić kolejne lata pisząc o niej następne książki, i starać się znaleźć tak blisko niej, jak to tylko możliwe, jedynie próbując zrozumieć — to, co działo się w jego życiu, co doprowadziło do jego decyzji. Pisałem kiedyś o „szkolnym strzelcu” (zabójcy, który zorganizował strzelaninę w szkole — przyp. tłum.). Pięć tysięcy stron w dokumentach jego sprawy, rozmowy z jego przyjaciółmi, dziewczyną, nauczycielami — niby wiem, co nim kierowało, lecz tak naprawdę tego nie rozumiem. Przed zbrodnią siedział w aucie, zastanawiał się, prawie tego nie zrobił. Ale decyzję podjął już wcześniej. Nie wydaje mi się, byśmy mogli zrozumieć ludzi, którzy są zdeterminowani na tyle, że ich działania stają się nieuniknione.

Zastanawiałeś się nad tym, dlaczego twój ojciec, a także ojciec Roya w książce, pragnął żyć samotnie? Jakie traumy spowodowały, że chciał żyć z dala od ludzi?
To bardzo dobre pytanie, także dla mnie i mojego życia. To coś, na co jestem zupełnie ślepy, na co nie umiem odpowiedzieć. Kiedy byłem żonaty, kupiłem dom na skraju Nowej Zelandii, z dala od ludzi. Dopóki byliśmy w nim razem z moją żoną, wszystko było w porządku. Kiedy się rozwiedliśmy, postanowiłem go sprzedać, żeby nie być w nim sam. Próbowałem doświadczyć tego, czego doświadczył mój ojciec, jednak moja samotność różni się od jego samotności. Większość czasu teraz podróżuję, jestem z dala od przyjaciół i rodziny przez większość roku, prawie cały czas jestem w trasie, promuję książki, a czasami odpoczywam i nurkuję, mieszkam w hotelach i resortach, w pewien sposób nieustannie dryfuję. Nie mam już swojej społeczności, nie mam miejsca, do którego przynależę, nie mam domu. Nie wiem dlaczego tak jest, dlaczego nieznośnym jest dla mnie przebywanie w jednym miejscu. W tej kwestii jestem taki sam, jak mój ojciec — z tą różnicą, że moja samotność nie może być przywiązana do stałego punktu na mapie.

Legenda o samobójstwie to nie tylko opowieść o twoim ojcu, ale też o jego świecie, o tym, jak żył. Przyznaj, jest ona pomnikiem postawionym ku jego pamięci, czy napisałeś ją wyłącznie dla siebie?
Myślę, że każda książka jest tak naprawdę tylko dla autora. Wszyscy podejmujemy się samolubnego aktu, w którym próbujemy złożyć w całość nasze życia i osobowości, często kosztem naszych rodzin i tego, jak zostają przedstawione. Jednocześnie nie chciałem, aby mój ojciec został zapomniany, chciałem o nim pamiętać, i utrzymać go w pewien sposób przy życiu — myślę, że to się udało. Oczywiście „on” żyjący w książkach nie jest nim, jego postać jest projekcją użyteczną wyłącznie dla mnie. Legenda o samobójstwie jest takim pomnikiem, upamiętniającym moją miłość do niego, moją pamięć o nim i moje o nim wyobrażenie. W marcu przyszłego roku wyjdzie moja nowa powieść, w której ponownie piszę o ojcu — w trakcie jej tworzenia uświadomiłem sobie, że go straciłem i nie mogę go odzyskać, mogę zaledwie widzieć w pamięci pojedyncze ujęcia, ale nie mogę wprawić ich w ruch. To było smutne — uświadomić sobie, że postać z tej nowej powieści nie jest już moim ojcem.

Co, według ciebie, czytelnik wyniesie z twojej historii? Do kogo jest ona kierowana? Czy Legenda o samobójstwie ma w jakiś sposób interweniować w rzeczywistość odbiorcy?
Byłem bardzo zdziwiony reakcjami na tę powieść. Poznałem kiedyś krytyka, który rozumiał wszystko, co chciałem przez tę powieść przekazać — mógł o niej mówić tak, jak mówię o niej ja. We Francji, gdzie Legendę o samobójstwie czyta się w szkołach, żyje pewna kobieta, księgarka, która osobiście sprzedała 1300 kopii Legendy. Każdą osobę, która wchodziła do jej księgarni, przekonywała do przeczytania mojej powieści. Matka tej kobiety przez lata groziła, że popełni samobójstwo, jeśli ona nie zrobi tego lub tamtego. Przeczytanie Legendy o samobójstwie uwolniło ją od strachu i rozpaczy wywoływanych zmartwieniami o matkę. Poczuła, że ona i jej decyzje nie mają nad nią dłużej kontroli. Nie spodziewałbym się takiej reakcji. Czytelnicy na różne sposoby mogą odkryć, gdzie ich życie przecina się z moją powieścią, ale autor nie może przewidzieć tych wszystkich sposobów, może jedynie założyć istnienie kilku. Jestem głęboko poruszony wszystkimi historiami, które usłyszałem w różnych częściach świata, także w Polsce, historiami od ludzi dotkniętymi w różny sposób przez samobójstwo. Zawsze się cieszę, gdy moja powieść wywiera pozytywny, leczniczy efekt — to się, co dla mnie zaskakujące, zdarza. Legenda o samobójstwie to powieść uczciwa, uczciwa na temat tego, jakie skutki w mojej rodzinie wywołało samobójstwo ojca, i w jaki sposób on sam cierpiał. Każdy uczciwy obraz cierpienia i trudnych doświadczeń pozwala innym ludziom, nawet z innych kultur, w jakiś sposób się zidentyfikować. To jedna z esencjalnych wartości literatury, możliwość dopasowania się. Literatura pozwala nam partycypować w empatii, myśleć i dbać o bohaterów w podobny sposób, w jaki dbamy o siebie i ludzi w naszym życiu. Jestem wdzięczny, że mam taką możliwość. Uspokaja mnie fakt, że wszyscy na świecie w jakimś stopniu jesteśmy zintegrowani, łączą nas wspólne przeżycia, doświadczenia. Nawet jeśli dzieli nas kultura, religia, jeśli mieszkamy w różnych częściach świata, i wydajemy się sobie powierzchownie różni. Ostatnie lata spędziłem na podróżach promujących moje książki — to były najlepsze lata mojego życia, właśnie ze względu na to poczucie połączenia z ludźmi, których spotykałem.

Czuję się dziwnie rozmawiając z tobą o książce, którą napisałeś dziesięć lat temu, jakby była czymś zupełnie nowym, czego wciąż nie przepracowałeś. Bardzo ci dziękuję za jej objaśnienie.
Zadałaś kilka nowych pytań, których wcześniej nie słyszałem, mimo tych dziesięciu lat i wywiadów w dwudziestu trzech językach. Odeszłaś od książki i skupiłaś się na moim doświadczeniu. To niesamowite. Lubię, kiedy wywiady mnie zaskakują czymś nowym, tobie się udało.

29 PAŹDZIERNIKA 2018
KRAKÓW
Za pomoc w tłumaczeniu dziękuję Michałowi Pokrowieckiemu.

0 komentarze:

Prześlij komentarz