09 stycznia 2019

Nieznośna lekkość zaniku — S. King, „Uniesienie”

Czytanie nowego Kinga jest dla czytelnika aktem szkodliwym, bo wywołującym uporczywe, niepozbyte poczucie niewystarczalności i niebytu. To, co pisarz prezentuje nam w Uniesieniu, to zaledwie słaby konspekt jednej z kolejnych monumentalnych, typowych dla Kinga powieści, na którą brakło albo pomysłu, albo zapału. W zasadzie patrząc do tyłu na całokształt twórczości amerykańskiego pisarza, Uniesienie wydaje się być nieśmiesznym żartem, który został wypuszczony na rynek wydawniczy. Tę powieść trudno jest nawet nazwać opowiadaniem. King przyzwyczaił nas do swojego gawędziarstwa, nużących, bardzo długich wprowadzeń do fabuły właściwej — które mimo wszystko wszyscy lubimy, a które występują nie tylko w pełnowymiarowych powieściach, ale i w opowiadaniach przedrukowywanych w zbiorach. W Uniesieniu, które krótsze jest niż niejedna wprowadzająca gawęda, King od razu, bez zbędnych wstępów, przechodzi do rzeczy. I to nie tak, że zmiany, które autor prezentuje w swojej najnowszej książce, są mi obce, przez co wywołują mój dyskomfort, i dlatego też uznaję za negatywne zjawisko. Dziwią mnie po prostu dwie rzeczy: zadziwiająco niski poziom tego tekstu, jak i fakt wypuszczenia tej krótkiej formy na rynek w formie osobnego, niezależnego bytu. Uniesienie mogłoby stanowić dodatek do pełnowymiarowej powieści, jako kontekst, dopowiedzenie, niespodzianka; lub zostać przedrukowane, bardziej jako ciekawostka niż pełnowartościowe opowiadanie, w kolejnej kompilacji opowiadań. Umyślnie piszę „ciekawostka”, bowiem dla miłośników twórczości Kinga Uniesienie będzie rozczarowującą, ale jednak, nowością. Jestem zdumiona, jak bardzo bezsensowna jest to historia. Powiedzieć, że jest to książka o niczym, to nic nie powiedzieć — to tekst, który wstyd odłożyć do szuflady. Zwłaszcza dla kogoś takiego, jak King.

Uniesienie to krótka opowieść o mężczyźnie w kwiecie wieku, który zauważa u siebie patologiczną przypadłość: niespodziewanie zaczyna gwałtownie tracić na wadze. Nie jest to jednak powtórka z Chudszego, główny bohater, Scott Carey, nie cierpi na żadną chorobę, co więcej — o utracie masy ciała dowiaduje się dopiero po stanięciu na wadze, jego ciało nie ulega żadnym przemianom, stan zdrowia nie zmienia się. Nowa sytuacja nie wpływa szczególnie na życie Scotta, wręcz przeciwnie — nigdy wcześniej nie czuł się lepiej. Główny bohater postanawia pogodzić się z powolnym... znikaniem? 

King po raz kolejny wprowadza nas do dobrze nam już znanego uniwersum miasteczka Castle Rock, w którym dzieją się rzeczy najbardziej absurdalne (jeśli absurdalność moglibyśmy stopniować). Absurdalne, jak nagła utrata wagi bez widocznych cielesnych zmian, niepowodowana chorobą; czy płonąca wrogość mieszkańców do lokalnego lesbijskiego małżeństwa, którego problemy finansowe spowodowane są jedynie nietolerancją i wrogością sąsiadów. King w tej książce porusza kwestię homoseksualności, tego, jak związki nieheteronormatywne (zwłaszcza te zalegalizowane) postrzegane i traktowane są przez, wydawałoby się, otwarte i tolerancyjne amerykańskie społeczeństwo. Uniesienie prezentuje pewne schematy, które, zdawałoby się, już dawno zostały zwalczone. Według mieszkańców Castle Rock małżeństwo dwóch kobiet to zjawisko chorobowe, któremu nie wolno zaistnieć, a skoro już się zdarzyło, powinno pozostać w ukryciu. Tę „patologię” reprezentują postaci sąsiadek głównego bohatera, które są właścicielkami lokalnej restauracji, cieszącej się doskonałym jedzeniem i słabą frekwencją, spowodowaną wyłącznie ich wzajemną relacją. King w Uniesieniu nie walczy z nietolerancją, a jedynie ją sygnalizuje, zaznacza jej ciągłe trwanie. Niestety, na homoseksualnym wątku kończy się lista ważnych, dobrych aspektów tej książki.


TEKST POWSTAŁ WE WSPÓŁPRACY Z PORTALEM XIEGARNIA.PL
CAŁOŚĆ DOSTĘPNA TUTAJ

0 komentarze:

Prześlij komentarz