16 kwietnia 2019

i wtedy się obudziła — E. Kącka, „po drugiej stronie siebie”


Marzenia senne to takie nasze czasami wstydliwe, a-czasami-nie sekrety, z których nie pragniemy zwierzać się całemu światu, ale jednak są to sekrety, a sekrety istnieją po to, żeby je zdradzać, dlatego coś nas jednak korci, żeby ogłaszać je regularnie, z hukiem wyrzucając za drzwi sypialni. Sny to zemsta naszej podświadomości. Autoszantaż. Najskrytsze, nieuświadomione, złośliwe pożądania i wypadkowa głupotek, zbłądzonych w drodze od jednego ucha, którym wleciały, do drugiego, którym wylecieć miały, ale po drodze zakręciły się i zostały. To druga strona lustra, wisząca po drugiej stronie nas.

Eliza Kącka ustanawia siebie w roli wyznawczyni, tworząc z po drugiej stronie siebie wyjątkowy dziennik intymny. Wyjątkowy, bo jest to dziennik zapisany tą drugą rzeczywistością, do której Kącka ma dostęp jedynie podczas krótkich drzemek na klawiaturze laptopa czy nocnego odpoczynku; składający się ze spisywanych przez autorkę snów będących odzwierciedleniem jej życia na jawie. Senna autobiografia — jak głosi tekst promocyjny. Kącka w sferę jawy przekrada senne marzenia i tworzy z nich literaturę, podobnie jak z elementów świata rzeczywistego lepi świat przedstawiony snu. W przestrzeni snu żyje, ale żyje inaczej; to życie toczy się bez jej udziału, ono jest nią. Kącka nie wyraziła na nie zgody, ale nie może zrezygnować ze śnienia. Postanawia tworzyć zapiski upamiętniające zdarzenia z tamtego istnienia. Nie poddaje ich jednak interpretacji, pozostaje jedynie w roli notującej, opowiadającej, odtwarzającej.

Czy czytanie cudzych snów może być interesujące? Jeżeli zawierzymy autorce, że w jej sennym dzienniku znajdują się jedynie prawdziwe sny (o ile o prawdziwości snu w ogóle możemy mówić), a nie zwyczajnie zmyślone opowieści nazwane snami, czy czerpiące ze snów, lecz nimi nie będące, to tak, czytanie snów Kąckiej można uznać za interesujące. Traktując po drugiej stronie siebie jako literaturę dokumentu osobistego, jesteśmy w stanie z tych chronologicznie ułożonych snów wyciągnąć istotne informacje, które w przyszłości mogą się przydać chociażby w ukontekstawianiu nienapisanych jeszcze dzieł pisarki. Ten osobliwy dziennik przepełniony jest obsesją Kąckiej na punkcie Stanisława Brzozowskiego, który jest częstym bohaterem jej snów, a który równie mocno gościł w jej rzeczywistości — sny o nim przypadają na okres, kiedy Kącka pracowała nad książką dotyczącą tegoż. Prócz Brzozowskiego, w snach nawiedza ją Ważyk, Broniewski, Gałczyński, czy chociażby Schulz, który chcąc nie chcąc jest także patronem sennego dziennika, nie tylko ze względu na cytat początkowy, gdzie Kącka Schulza przywołuje, ale i przez samo nasuwające się skojarzenia ze schulzowskim oniryzmem i przepracowaną na jego nazwisku tematyką snów wszelakich. Mit towarzyszących autorce w sennej przestrzeni artystów upada, bo chociaż przedstawiani są jako oni sami, ich postaci są karykaturalne i oswojone — w końcu należą do snów Kąckiej, a tym samym i do niej. Jednocześnie są oni widmami i patronami, czuwającymi nad nią i przy niej. Z jakiegoś powodu się jej śnią, czyli muszą być mocno zakorzenieni w jej „prawdziwym” życiu. W swoich snach Kącka odbywa wycieczki do rodzinnego miasta, trochę sobie po nim chodzi, przypomina sobie, i znowu sobie chodzi. W snach dużo myśli, o teraźniejszości, o sensie swoich działań. Mówi to, co wiemy wszyscy, ale nieliczni się przyznają — że pisanie książek wcale nie jest takie fajne, i pisanie doktoratu też, a obrony tak bardzo wszczepiają się w pamięć, że aż się śnią (niekoniecznie własne). Sny Kąckiej są refleksją nad jej rzeczywistym życiem, to, co dla niej istotne, przedstawiają, a jakże, w krzywym zwierciadle, generując kolejne pytania, jak gdyby na jawie było ich za mało. I oczywiście — żadnych odpowiedzi. 

po co mi był Brzozowski? i poezja najnowsza? po co kręcenie się za własnym ogonem, trza się było uczyć zdobywania żarcia.

Jednocześnie po drugiej stronie siebie jest mapą ważnych dla Kąckiej miejsc. Mityczny Lidzbark Warmiński, kraina dzieciństwa, do której autorka wciąż powraca, zestawiony jest z przyziemną, dorosłą Warszawą. Widać od razu, że te małe ojczyzny rozdzielić możemy pomiędzy sfery snu i jawy. Dwa życia, dwie płaszczyzny. I tylko jedna Kącka, która oferuje swoim czytelnikom lekturę kolejnych sennych perypetii z „wyciętym ze swoich rysunków” Schulzem w roli głównej. I właśnie, wypada zadać pytanie, na cóż autorka dzieli się z nami sferą tak intymną, jak sfera snu. Na cóż Kąckiej publiczne uprawianie intymistyki? Autobiografie, dzienniki, wywiady-rzeki to obecnie bardzo, bardzo popularne gatunki. I, co ważne, chętnie czytane — zaglądanie do innych światów fascynuje. Kącka w po drugiej stronie siebie jest oryginalna, wpisując się jednocześnie w popularny nurt. Przy pomocy sennego dziennika ukazuje, jak przestrzeń rzeczywistości oddziałuje na przestrzeń snu. Przepracowuje temat na własnym przykładzie — bardziej z konieczności i braku innego wyjścia (opowiadanie cudzych snów i cudzej rzeczywistości byłoby mało wiarygodne), niż z chęci opowiadania siebie, o sobie. Kącka stworzyła dobrą rzecz, stylistycznie bardzo prostą; skromny projekt o dużym znaczeniu dla literatury (auto)biograficznej, który pokazuje, jak wiele możemy wyczytać z tego, co nam się śni, jak przeżycia i emocje budują nowe rzeczywistości. A przy tym w części obnaża przed nami, z czego składają się czarne chmury wiszące nad głową Kąckiej. Niesamowite jak wiele ludzkich trosk generuje literatura.

0 komentarze:

Prześlij komentarz