04 maja 2019

„Ciężko jest być bezsilnością innych ludzi.” — F. Zawada, „Rozdeptałem czarnego kota przez przypadek”

„Czasami można by tymi twoimi przemyśleniami szwadron wojska obdzielić.” — słyszy Franciszek takie stwierdzenie od tych, którzy go znają. I faktycznie, sam przyznaje, że w głowie mógłby godzinami ze sobą rozmawiać. I wydawać wyroki na rzeczywistość. Rzeczywistość widzianą oczyma dziecka. Franciszek jest bohaterem dziecięcym, jednak raczej niestandardowym, bo jest nie tylko mieszkańcem prowadzonego przez siostry zakonne domu dziecka, lecz również bękartem, jak o sobie i innych dzieciach dzielących z nim przestrzeń życiową i los, lubi mówić.  Bycie bękartem to nie wygrana na loterii, ale po cóż płakać nad rozlanym mlekiem. Franciszek jest dla siebie bezlitosny, doskonale wie, jak pokrzywdziło go bezczelne życie, przez które jednak idzie z podniesioną głową, akceptując swoje obecne położenie. Sceptycznie spogląda w przyszłość, ale tylko czasami, bo ważne jest dla niego, to co tu i teraz; i chociaż z pokorą czerpie z życia takiego, jakie mu podarowano, nie jest zobrazowaniem tego słynnego hasła, że podobno „jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma.”. No jakby… nie. Franciszek nie lubi tych ciągłych nakazów i zakazów wydawanych przez zakonnice. Ale je same trochę lubi, bo czasami go chwalą i pozwalają na zjedzenie jeszcze jednego, dodatkowego, lizaka.

Rozdeptałem czarnego kota przez przypadek to jedna z tych książek, które z wesołym entuzjazmem wręczam każdemu znajomemu, z hiper wesołym entuzjazmem zapewniając, że koniecznie musi pożyczyć i przeczytać, tak, nieważne kiedy odda, bierz to i czytaj natychmiast. Filip Zawada stworzył coś niebywale wspaniałego — powieść łamiącą serce, przełamaną ironią i rewelacyjnym czarnym humorem. Boże, jaka ta książka jest dobra! Dlaczego tak rzadko zdarza się nam pisać powieści, w których tak dużą rolę odgrywa zawarty w nich humor? Przecież on robi w zasadzie wszystko (oczywiście odpowiednio osadzony, jak w przypadku Rozdeptałem czarnego kota…, gdzie przy jego pomocy budowany jest kontrast z potencjalnie smutną historią). Przyznaję to, lecz nie twierdzę jednocześnie, że to jedyna mocna strona nowej powieści Zawady. Podbicie opowieści o nieszczęśliwym losie dziecka wychowującego się pod okiem zakonnic doskonałym żartem, komizmem postaci głównego bohatera, to jedno. Drugie to właśnie sam Franciszek, który poprzez swoje wewnętrzne monologi objaśnia nam, starszym od niego o co najmniej kilka lat, świat. Zawada uderzająco swobodnie czuje się w ciele dziesięciolatka i wiarygodnie odgrywa jego rolę, przedstawiając bardzo dojrzałe, a jednak dziecięce, spojrzenie na tematy związane z rodziną, religią, życiem we wspólnocie, czy nawet rasizmem.

Franciszka nazywa się naszym polskim Mikołajkiem — pamiętajmy jednak, że Mikołajek jest rozpieszczonym, wychuchanym jedynakiem, podczas gdy Franciszek to sierota. „Dzieciaki z normalnych rodzin są ohydne. Nic nie umieją robić porządnie. Patrzę na nie na przykład, kiedy liżą lody. Robią to strasznie niedbale i bez sensu (…). Wszystkie normalne dzieci to debile, bo jak się nie doświadcza smutku, tylko codziennie dostaje lody, to nic się z życia nie rozumie” — twierdzi nasz bohater. Nie mnie oceniać, czy Mikołajek coś z życia rozumiał, przypuszczam, że coś tam na pewno; spór do rozstrzygnięcia pozostawię jednak Franciszkowi. Chwilę myślałam nad tym, co łączy te dwie postaci, i chciałam napisać, że łączy chłopców to, co łączy wszystkie dzieci na świecie, czyli inne dzieci, potrzebne do wspólnej zabawy. Ale przypomniałam sobie, że chociaż bohater Zawady darzy mniejszą lub większą sympatią swoich rówieśników, jest względem nich miłosierny, a nawet litościwy, a wyzywanie ich od kretynów czy debili ma na celu wyraźne podkreślenie owej wcześniej wspomnianej sympatii, to jednak Franciszek chwilami stroni od ich towarzystwa, czy to w „pałacu naszego Pana”, czy w szkole. Chętnie spędza czas z dorosłymi, a najlepszym przyjacielem nazywa kota o imieniu Szatan. Bardzo podoba mu się pozycja, jaką wypracował sobie w oczach sióstr, które wedle jego przekonania, traktują go z większą powagą niż innych, bo jest najstarszy, i to on często opowiada młodszym dzieciakom bajki. Mimo to jednak, Franciszek jest bohaterem samotnym, bohaterem decydującym się na tę samotność, stanowiącą pewną ochronę przed światem zewnętrznym. W podobnych kategoriach możemy rozpatrywać jego buńczuczność, krytyczność, czasami bezczelność, przejawiające się zarówno w języku, jak i zachowaniu. Jako pewnego rodzaju maskę mającą zmylić wszystkich wokół; że niby tak bardzo się nie przejmuje, i w zasadzie to życie może mu nagwizdać. Można przyjąć taką teorię — ja jednak lubię myśleć, że wszystkie te cechy wynikają z jego ponadprzeciętnej inteligencji i doskonale czułej obserwacji świata, który nie jest sprawiedliwy, nie tylko dla niego.

Zawada mógł rozwiązać to wszystko inaczej, pisząc smutną historię biednej sieroty skazanej na samotne bytowanie w okrutnej rzeczywistości. I wtedy też by było przejmująco, i patrząc na warsztat autora, równie przekonująco i wiarygodnie, ale już bez tego charakteru, którym Rozdeptałem czarnego kota przez przypadek jest obdarzone. Franciszek nie wzbudza w nas współczucia ani litości — przejmujemy się jego losem i do ostatnich stron mocno mu kibicujemy, ale nie użalamy się nad nim. Wierzymy, że sobie poradzi. To dziarski, sprytny i szalenie zaradny chłopiec. Zawada stworzył świetnego bohatera dziecięcego, który swoimi przemyśleniami przywodzi na myśl Weronikę, narratorkę Po trochu Weroniki Gogoli — z tą jednak różnicą, że Weronika cały czas myśli, rozważa, a Franciszek natychmiast wszystko podsumowuje. Jego krytyczne uwagi dotyczące rzeczywistości to niezwykle trafne spostrzeżenia, a zarazem hasła, którymi moglibyśmy sobie obwiesić ściany (mój egzemplarz jest cały w podkreśleniach i kolorowych karteczkach, aż bije po oczach). Franciszek działa na własnych zasadach i nie daje się stłamsić życiu. Bo przecież „każdy człowiek powinien mieć swoje własne zasady, a nie obce”.

Wszelkie cytaty pochodzą z powieści.

0 komentarze:

Prześlij komentarz