15 maja 2019

Emerytura felietonisty — J. Pilch, „Trzeci dziennik”

W pierwszym odruchu chciałam na wstępie zacytować zdanie otwierające Trzeci dziennik, brzmiące następująco: „Nigdy nie byłem tak stary, nigdy nie byłem tak chory, nigdy nie zabierałem się do pisania z tak ściśniętym sercem i nigdy moje serce nie było tak wezbrane nadzieją.”, i zastanowić się nad wyzwaniem rzucanym przez Pilcha już na samym początku wściekle wyczekiwanych notatek mających składać się na trzeci dziennik: wyzwaniem polegającym na próbie rozpoznania, czy też stanowi on faktyczny dziennik rozpaczy, czy pełną czarnego humoru grę z czytelnikiem. Odeszłam jednak od pomysłu analiz i interpretacji tak mocnego pierwszego zdania, które z założenia takim miało być, jak na Pilcha przystało, bo przecież wiemy, że u niego wszystko od pierwszego zdania się zaczyna. Nie twierdzę jednakże, że odczytuję je jako ironiczną zagrywkę Pilcha, bo musiałabym skłamać; odchodzę jednak od czytania Pilcha poprzez jego chorobę, co też czynią jeśli nie wszyscy, to prawie. Oczywiście, choroba jest istotnym kontekstem, o którym zapomnieć nie można, bo stanowi obecnie integralną część życia pisarza — co jest szczególnie istotne w przypadku twórcy tak silnie korzystającego z autobiograficzności; sam on przecież ustanowił nią główny temat poprzedniego, Drugiego dziennika. Wydaje mi się jednak, że w całej tej autobiograficznej zapaści Pilch, a razem z nim my, być może wystawieni przezeń na próbę, zapomnieliśmy, że nie jest on tylko alkoholikiem w stanie spoczynku, a przede wszystkim, na tę chwilę, parkinsonikiem, ale przecież — doskonałym komentatorem współczesności — kultury, polityki, literatury. Felietonistą w stanie spoczynku.

Zdaje mi się, że na Trzeci dziennik (datowany na okres od 7 maja 2017 do 15 lipca 2018 roku) czekaliśmy jako na kronikę choroby, będącą kontynuacją poprzedniego tomu dziennika, w którym Pilch po raz pierwszy tak bezpośrednio się z nią konfrontuje. Czekaliśmy z ciekawością, bo czym innym są kolejne próby prozatorskie, które rzeczywiście w ostatnich latach wypadają nieco słabiej na tle wcześniejszej twórczości (mówię tutaj o Portrecie młodej Wenecjanki oraz Żywego ducha); czym innym jednak są dzienniki, będące kontynuacją mistrzowskich felietonów, którymi Pilch wyrobił sobie swoją markę. Dzienniki, podobnie jak felietony, w przeciwieństwie do twórczości prozatorskiej pisarza, nigdy nie zawodziły. Gdzieś w podświadomości utkwiła nam myśl, że co jak co, ale słabego dziennika Pilch nie wyda w nasze ręce. I pojawia się pytanie — dla kogo ten Trzeci dziennik był pisany? Dla nas? Dla nas. Pilch wyraźnie nastawia się na jakiegoś odbiorcę (mimo że jako jedyny ze wszystkich, trzeci dziennik nie był fragmentarycznie ogłaszany w prasie, od razu pomyślany został jako książka), co potwierdzają chociażby bezpośrednie zwroty do czytelnika zbiorowego. Trzeci dziennik bardziej zbliżony jest treścią jak i formą do Dziennika pierwszego. Pierwszy (obejmujący okres od samej końcówki roku 2009 do późnego listopada 2011), przypomnę, bardzo mocno korespondował z formą felietonu. Drukowany był we fragmentach na łamach „Przekroju”, podobnie jak wcześniej, na łamach chociażby „Tygodnika Powszechnego” czy „Polityki”, ogłaszane były felietony. Te dwie formy mocno się u Pilcha zatarły. Pierwszy dziennik miał z zamierzenia być bardziej osobisty niż felietony — nie do końca to widać, ze względu na fakt, że felietonistyczna twórczość wiślańskiego pisarza stanowi wyjątkową autobiografię. A skoro autobiografia, to i intymność. W pierwszym dzienniku Pilch nadal komentował politykę, mitologizował Wisłę i krytykował literaturę. W kolejnym tomie wszystko to zeszło na dalszy plan, Pilch w swoim pisaniu stał się bardziej nerwowy i ekspresyjny — na łamach Drugiego dziennika (obejmującego dokładnie rok życia pisarza, tj. 21 czerwca 2012 do 20 czerwca 2013, który również fragmentarycznie był ogłaszany w prasie, Pilch powrócił wtedy do pisania dla „Tygodnika Powszechnego”) oswajał się z parkinsonem. Ten tom też jest bardziej literacki niż pierwszy — pojedyncze zapiski przywodzą na myśl gęste, i stylistycznie doskonałe Wiele demonów. Podczas gdy drugi dziennik jest bardziej prozatorski, pierwszy — publicystyczny. Forma dziennika jest hybrydyczna, Pilch może sobie pozwolić na wiele. I korzysta z tego przywileju w Trzecim dzienniku, nad którego formą można się było zastanawiać — jak wypadnie na tle poprzednich tomów, i któremu z nich będzie bliższy.

Trzeciemu dziennikowi zdecydowanie bliżej do dziennika pierwszego niż do drugiego. Utrzymany jest w publicystycznym stylu, większość wpisów bardziej przypomina przemyślane notatki niż pamiętnikarskie, tworzone pod wpływem chwili zapiski. Bardzo naciskam na hasło hybrydyczność, gdyż w tym tomie występują także teksty zbliżone formą do tych przedrukowanych w poprzednim dzienniku, a więc mających bardziej literacki wydźwięk. Pamiętajmy, że od publikacji Drugiego dziennika minęło pięć lat, a więc trzeci traktować możemy poniekąd jako sygnał od Pilcha, co się zmieniło przez te lata. Oczywiście, w okresie przerwy od kolejnych dzienników, Pilch nie zamilknął, i oprócz powieści, pod jego nazwiskiem ukazały się dwa tomy wywiadu-rzeki, który jednak ma charakter bardziej wspomnieniowy, aniżeli bieżący. Stąd też tak istotna staje się rola dziennika w twórczości pisarza — jest ona medium najbardziej bezpośrednim, rozmową Pilcha z samym sobą z doraźnym udziałem czytelnika. Podczas gdy Drugi dziennik stanowi zapis gwałtownej i bardzo emocjonalnej konfrontacji z chorobą, w Trzecim dzienniku Pilch parkinsona akceptuje. I w zasadzie na tym kończy się rola choroby w tym tomie, bo, co zaskakujące, Pilch przypomniał sobie, że jednak jest bardziej publicystą niż parkinsonikiem. Nie jest to powrót do idealnej formy felietonisty, to bardziej emerytura felietonisty, ale za to jaka! Powiedzieć, że to Pilch w sensie ścisłym, to nic nie powiedzieć.

Pilch w Trzecim dzienniku bardzo intensywnie komentuje literaturę; na ten tom składają się głównie notatki z lektury, czytelnicze wspomnienia, ale co wydaje mi się najważniejsze — autokomentarze. Proszę mi uwierzyć, nie ma nic bardziej fascynującego niż Pilch piszący o swojej twórczości. Pisarz odnotowuje powstawanie swojej ostatniej powieści, Żywego ducha, wraca do słynnych pre-debiutanckich Mas upalnego powietrza i zastanawia się nad formą i celem pisania Trzeciego dziennika, powracając jednocześnie myślą do jego pierwszego tomu. Jest bardzo świadomy, że współczesna krytyka postrzega jego pisanie przez pryzmat aktualnego stanu fizycznego: „Nie myśl o „znawcach”. W końcu dowiedziałeś się od nich sporo: a to, że żegnasz się z literaturą, a to, że schodzisz, odchodzisz i w ogóle korkujesz, że choroba cię kawałek po kawałku pożera (…)”. Celowo przywołuję tutaj ten cytat, bo właśnie o tym pisałam na samym początku: o dominacji choroby nad pisaniem. Choroby, którą kiedyś przecież, zwłaszcza u pisarzy, postrzegano jako coś wzniosłego, romantycznego; u Pilcha choroba jest całkowitym rozpadem wszystkiego. Skąd się w ogóle wzięło takie myślenie?

W Trzecim dzienniku więcej jest Wisły niż Warszawy, co wszystkich sympatyków zmitologizowanej małej ojczyzny Pilcha (włącznie ze mną) ucieszy. Warszawa też jest, nie ma za to Krakowa, czyli, że tak powiem, wszystko w normie. Gdzieś tam Pilch przemyca kilka politycznych komentarzy, z sympatią narzeka na Cracovię, odnotowuje głębokie rozdrażnienie powodowane zachowaniem dwóch ukochanych psów matki, trochę sobie po Hożej i okolicach flaneuruje — w końcu spokojnie Pilcha można nazwać warszawskim flaneurem, bo wtapia się w miasto, pragnie pozostać niezauważonym; inaczej sprawa się miała dwadzieścia czy trzydzieści lat temu, kiedy przechadzki po Krakowskim Przedmieściu czy płycie Rynku Głównego w Krakowie służyć miały byciu dla innych, teraz — Pilch jest dla siebie.

Bardzo spokojny jest ten Trzeci dziennik, co przyjmuję z pełnym zadowoleniem. Pojedyncze wpisy sugerują jakiś niepokój, który Pilch szybko zwalcza, typowym dla siebie dystansem i ironią. Świat się zmienia, Pilch się nie zmienia, można by rzec — i ja chyba za to Pilcha właśnie tak lubię, za tę stagnację i harmonię, która innych doprowadzałaby do szału. Dlatego też moja lektura trzeciego dziennika pełna była satysfakcji i szeroko pojętego zadowolenia, bo ten dziennik to Pilch, którego cenię najbardziej — z żarliwością doskonałego felietonisty przepisujący swoją historię wciąż na nowo. Bardzo cieszy mnie zwrot w stronę dobrze nam znanej zabawy w literacką autobiograficzność, czytelna bezpośredniość nigdy mnie nie zajmowała. Liczę, że Trzeci dziennik nie jest ostatnią pocztówką z Hożej w formie dziennika, którą Pilch nam wysłał.

Wszelkie cytaty pochodzą z Trzeciego dziennika.


0 komentarze:

Prześlij komentarz